Znikający punkt

Znacie to na pewno: wizyta w sklepie, z zamkniętymi nieomal oczami sięgacie na półkę, tę, co zawsze, po swój ulubiony produkt. Taki, który sprawdzał się od lat, dobrze współgrał z waszą skórą albo  wydawał się skrojony na miarę sylwetki. Pudło. Sprzedawca, indagowany na tę okoliczność, odpowiada, że towar został wycofany. Zniknął. Nie wiadomo, czy i kiedy pojawi się zamiennik. Pół biedy, jeśli rzeczywiście się pojawia, nawet jeśli zazwyczaj różni się czymś na niekorzyść względem oryginału. Gorzej, gdy znika nieodwołalnie i trzeba zadowolić się czymś gorszym, albo podjąć poszukiwania godnego zastępcy. Często kończą się fiaskiem.

Przykład: wosk do włosów firmy Body Shop, wydajny i świetnie ujarzmiający nawet najbardziej niesforne włosy. Ze sklepów w Polsce zniknął kilka lat temu, ale na szczęście można było kupować go w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Teraz, od roku, i tam go nie uświadczysz. Zniknął z Ebayu i innych portali, gdzie udawało się go upolować.

Może to znikanie towarów przynależy do tego samego kosmosu, co coraz krótszy cykl życia sprzętów AGD i RTV? Temu drugiemu zjawisku przyglądał się już Parlament Europejski po tym, jak ludzie zaczęli narzekać, że sprzęty psują się coraz szybciej i podejrzewali producentów o celowe „postarzanie”. Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych, nie napiszę więc, że chodzi o celowe działanie czy wręcz zmowę firm, by ciągle zarabiać na sprzedaży nowych pralek czy lodówek. Krótszy żywot sprzętów to zapewne skutek oszczędnościowych przenosin produkcji do Chin, gdzie trudniej zapanować nad jakością.

Nieodwołalne znikanie towarów – rzecz niby banalna, a jednak irytująca i uciążliwa, w dodatku coraz powszechniejsza. Jeszcze w książkach pisanych w dwudziestoleciu międzywojennym (nie mówiąc o wcześniejszych, jak „Lalka” Prusa) często między wierszami można natknąć się na  wzmianki o firmach, do których szło się po określone produkty. Zawsze te same, o których jakości przekonywały się kolejne pokolenia. Działało to na podobnej zasadzie, na jakiej dziś funkcjonują nieliczne firmy rzemieślnicze. Oczywiście w tamtych czasach ubrań nie wytwarzano przemysłowo w Chinach, nie było zjawiska szybkiej mody i trwających prawie okrągły rok wyprzedaży, ale mowa również o towarach z innych branż. Teraz jedyną radą, jaką chciałoby się dać komuś, kto trafił na krem odpowiadający mu w stu procentach albo idealnie leżące dżinsy, jest zakupienie kilku sztuk na zapas. Czemu, ach czemu nadal nie może być tak, że jeśli znalazło się idealnie skrojony płaszcz albo buty, które leżą jak ulał, co kilka sezonów, można w ciemno wrócić w miejsce je sprzedające lub wytwarzające i tylko zamówić odpowiedni rozmiar? Nie przekonuje mnie do końca odpowiedź, że większość ludzi pragnie nowości i że jeśli firma chce zarabiać, nie może mieć tak ograniczonego asortymentu. Weźmy owo koszmarnie dziś drogie A.P.C. – gdzie poza kilkoma nowościami na sezon powtarzają się niezmiennie te same modele koszul, sukienek i dżinsów, różniące się co najwyżej kolorami, i wiadomo, że jeśli chce się kupić określony model butów, co roku można uderzać tam w ciemno. Czyli jednak da się. W Polsce moda na minimalizm sprawiła co prawda, że na rynek weszło trochę młodych firm, które podbiły serca konsumentów jednym, flagowym rodzajem produktu i stopniowo rozszerzają tę bazę w takim stylu (przykładem, który od razu przychodzi mi na myśl, jest warszawsko-telavivska marka Balagan ze swoimi genialnymi „trumniakami”, które zdaje się mają tyle samo miłośniczek, co zagorzałych przeciwniczek, lecz produkowane są niezmiennie od kilku już lat). Takie przedsięwzięcia wciąż jednak stanowią wyjątek, nie regułę. Balaganowi na szczęście się udaje, co do innych – nie wiadomo, jak długo na rynku pozostaną. Dla ofiar takich praktyk pozostaje szycie na wymiar, zamawianie butów u jednego z nielicznych szewców świadczących takie usługi (dopóki nie znikną)  i samodzielne nauczenie się  kręcenia mazideł. Ale są takie sfery życia, w których poradzić sobie trudniej. Nie mniej okropnym zjawiskiem jest choćby „odświeżanie formuły”, w branży perfumeryjnej polegające na tym, że sprawdzone zapachy zmienia się nieznacznie (wtajemniczeni twierdzą, że pod kątem masowych gustów, być może to prawda) i wprowadza na półki z fanfarami w postaci nowej kampanii reklamowej. Przyczyniło się (między innymi) do tego, że od dawna nie zaglądam już do sieciowych perfumerii, wierna kilku niszowym zapachom wytwarzanym od wielu lat przez tę samą firmę, istniejącą od lat 60. Bo ja nie chcę odświeżenia, nowej, ulepszonej formuły, co najwyżej mogę zaakceptować inne opakowanie, choć do nich też się przywiązuję. Taka ze mnie nudna i przewidywalna konsumentka.

Czy Wam też przyszło opłakiwać sprawdzone, ulubione produkty? Jakie macie z tym doświadczenia i jak sobie radzicie?

Reklamy
Otagowane , , , , , , ,

Bardzo straszna Buka

Pamiętacie Bukę z „Muminków”, stwora, którego wszyscy się panicznie bali, a który okazał się personifikacją strachu o wielkich oczach, który trzęsie się na myśl o spotkaniu twarzą w twarz z innymi? Można się na Bukę natknąć w całkiem niespodziewanych miejscach.

Dwa lata temu, jak wspominałam tutaj między wierszami, po wahaniach i różnych eksperymentach zostawiłam za sobą pracę na etacie i zostałam wolnym strzelcem. Był to bardzo świadomy wybór. Wiedziałam, na czym chcę się skupić i po co chcę odzyskać te osiem godzin każdego dnia. Świadomie podjęłam też ryzyko, że przez pewien czas mogę zarabiać mniej albo nie zarabiać wcale; miałam oszczędności; pasywny dochód i kilka stałych zleceń, które zasilały konto na bieżąco. Zostawiałam też przed sobą otwartą perspektywę powrotu do etatowej pracy, jeśli byłaby taka konieczność finansowa lub jakieś niesamowicie ciekawe twórcze wyzwanie, choć na to drugie w firmowych ani instytucjonalnych strukturach raczej nie liczyłam. Czułam to, co powinno być dla mnie oczywiste od zawsze – że moim zdolnościom, charakterowi, trybowi życia najbardziej odpowiada praca na własny rachunek.

Czytam powyższe i nawet teraz dziwię się, że roztrząsanie wszystkich za i przeciw zajęło mi tyle czasu – opis mojej sytuacji wygląda na bardzo rozważne podejście do zagadnienia, wręcz przeciwieństwo modelowego „rzuć korpo i jedź w Bieszczady”. Wszystko przemawiało za taką zmianą, byłam jej pewna, moment wydawał się właściwy. Ale mimo tej wiedzy i zasobów, bałam się. Buka siedziała sobie przyczajona gdzieś obok, w ciemnościach.

Minęło jakieś pół roku, może więcej. Nie żałowałam starego życia. Cieszyłam się, że wreszcie mam czas na spacer albo jogę w środku dnia, na spotkanie z przyjaciółmi, że jestem panią swojego czasu i własnych decyzji. To, że Buka nie znikła, ze ciągle widzę utkwione w sobie jej ślepia, uświadomiłam sobie któregoś wieczora, zasypiając i jednocześnie robiąc w głowie przegląd zadań do wykonania. Czas gonił, w wyobraźni obawiałam się, że nie zdążę z tym lub z owym, że zleceniodawcy będą się irytować…. Olśniło mnie: niby wolna, bezwiednie naśladowałam mechanizm wyuczony w pracy dla kogoś. Sama stałam się dla siebie bezwzględnym ekonomem. Układam dni tak, żeby upchnąć w nich jak najwięcej spraw do załatwienia. Nadal siedzę nad pracą wieczorami i w niektóre weekendy. Znów nie starcza mi czasu na spacer, pójście do kina czy na wystawę, sama siebie obwiniam za zbyt długie bumelowanie w przerwie na kawę. Niby chciałam się uwolnić i zyskać czas na rzeczy ważne, a nadal biorę każde zlecenie, ba, zabiegałam o wiele zleceń do przodu, żeby napełnić symboliczną spiżarkę jak chomik przed zimą.

Po przemyśleniu sprawy, przy okazji rocznych podsumowań, zaprowadziłam nowe porządki. Zdecydowałam, że skupiam się na jednej, najważniejszej rzeczy, dla której porzuciłam etat. To pisanie. Że rezerwuję codziennie w kalendarzu czas na przyjemności, a także na nic nierobienie, niezbędne przy pracy twórczej – i nie pracuję w weekendy. Dokańczam już podjęte zlecenia, nie szukam nowych, a jeśli nowe same mnie znajdą, pytam sama siebie, dlaczego chcę się ich podjąć. Czy są zbieżne z moimi długoterminowymi celami? Czy nie będą zabierać zbyt wiele czasu, który poświęcam na moją jedną najważniejszą rzecz? Czy są ciekawe na tyle, że czuję ekscytację na samą myśl, że mogę się w nie włączyć?   Dla takich finansowo ustalam sobie granicę, poniżej której nie schodzę. Dziękuję za propozycje, które gwarantują wyłącznie lub głównie zarobek, ale nie spełniają wspomnianych kryteriów. Maksymalnie wybieram dwa, trzy dodatkowe projekty na kwartał, bo tylko wtedy mam gwarancję, że nie będą kolidować z moim podstawowym zajęciem, wywiążę się z nich dobrze i w terminie. Aha, właśnie – i realistycznie ustalam terminy wykonania, bo do tej pory nie dość, że podejmowałam się działań superekspresowych kosztem choćby weekendów, to sama proponowałam takie, którym nie podołałby nawet ktoś obdarzony umiejętnością bilokacji.

Dlaczego sobie to dotychczas robiłam, chociaż nie było potrzeby? Buka, moja stara znajoma, znała odpowiedź: ze strachu. Że jeśli odmówię, to ktoś się obrazi. I już nigdy niczego nie zaproponuje. Że gdy będę potrzebować pieniędzy, nie będzie dla mnie zleceń. Że wypadnę z obiegu.

Co naprawdę kryło się za ogólnikowym „wypadnięciem z obiegu”, zrozumiałam jednak dopiero wówczas, kiedy zaczęłam działać zgodnie z nowymi zasadami. Ograniczyłam czas pracy. Rezerwowałam sobie przedpołudnie na pisanie i codziennie rano w tym celu siadałam do biurka. Telefon milczał, nie spływały nowe zlecenia. Nie tęskniłam za nimi, nie potrzebowałam ich do przeżycia. Ale moja Buka znów wychynęła z lasu. „Stawiasz wszystko na jedną kartę – syczała tym razem, patrząc, jak męczę się, przepisując kilkanaście razy jedno zdanie, żeby nadać mu możliwie idealną formę. – A co, jeśli nie napiszesz nic sensownego? Wypaliłaś się. Popatrz, nikomu nie jesteś potrzebna. Twoi znajomi robią bardzo ważne rzeczy, a ty siedzisz w domu i wystukujesz na komputerze jakieś głupoty. Jeszcze żeby coś z tego było, coś wielkiego, genialnego, a nie ma takiej gwarancji. Może okazać się, że przeciętniak z ciebie”. Wtedy przez krótką chwilę udało mi się spojrzeć jej prosto w twarz. I odpowiedzieć w myślach: „To trudno. Najwyżej będę nikim. Do tego czasu już wystarczająco dużo zrobiłam. Mogę po prostu cieszyć się życiem”.

Tak to wyglądało w samym środku stolicy pod koniec ubiegłego tygodnia 🙂 

Co zobaczyłam, patrząc prosto w oczy Buki? To, że nie chodziło wcale o bezpieczeństwo materialne. Twórcza, wymarzona praca stawała się dla mnie sposobem na potwierdzenie sensowności własnego istnienia. Tak samo jak dotychczasowe prace, mniejsze i większe, wykonywane zwykle dla kogoś innego, czasem z pasją, czasem bez. Gubiła się gdzieś w tym wszystkim przyjemność i gotowość do eksperymentowania, niezbędna przecież przy wszelkich twórczych zajęciach. Buka przemawiała głosikiem doskonale mi znanym z dzieciństwa. W moim domu pisanie – podobnie jak malowanie, komponowanie i tym podobne – uchodziły za niepoważne. Można było traktować je co najwyżej jak hobby, zaś jako podstawowe zajęcie wybrać takie, które gwarantuje stabilne zarobki, prestiż społeczny i zatrudnienie do końca życia. Wiadomo: prawnik, lekarz, finansista. Oczywiście nikomu nie śniło się wtedy o blogerach, youtuberach i influencerach, którzy na takie prognozy zareagowaliby głośnym śmiechem.

Myśl, że przecież nic nie muszę, pomogła mi się odblokować. No bo co takiego się stanie, jeśli efekt nie będzie doskonały na sto procent? Albo będzie kompletnie do niczego? Ktoś wtrąci mnie za to na resztę życia do więzienia o chlebie i wodzie? Raczej nie. Wyśmieje, odrzuci? Niejednemu i niejednej się to zdarzyło, włącznie z największymi. Zawsze można rzecz napisaną przerobić, napisać od nowa. Albo zająć się czymś innym.  Odtąd, jeśli piszę, staram się pisać tak, jakby było to pierwsze pisanie w moim życiu. Bawić się słowem i wyobraźnią. Bez nastawienia na osiągnięcia i spełnienie czyichkolwiek oczekiwań, choć systematyczna jak dotąd. Co z tego wyniknie? Zobaczymy.

Dzielę się tymi doświadczeniami, bo zauważam coraz częściej, jak wielu z nas, wzdychających do zdrowej równowagi tak samo jak ja, katuje samych siebie za brak produktywności. Na etacie lub poza nim, bo formuła pracy ma tak naprawdę drugorzędne znaczenie. Dodatkowo nakręcają nas media społecznościowe, w których wszystko, w tym proste życie, minimalizm, urodzenie i wychowanie dziecka, a nawet odpoczynek, musi być projektem. Nawet jeśli pisze się o tym ironicznie, dodając emotikon sugerujący dystans do sprawy. Chłonąc codziennie taki przekaz, zwielokrotniony poprzez liczbę obserwowanych profili, nietrudno poczuć się bezwartościowym i uwierzyć, że istotą naszego życia jest nieustanna aktywność, zwieńczona konkretnymi rezultatami, którymi można pochwalić się światu. Jeśli nie udowodnię, że jestem zajęty, wszystko jedno czym – pracą nad bardzo ważnym zleceniem, robieniem zdjęć na Instagrama, przesadzaniem roślin –  to nic nie znaczę. Nawet spać nie można dla samego spania, tylko musi to być na przykład eksperymentowanie z własnym snem.

Dlatego też teraz tym bardziej cieszę się, że istnieje ten blog. I z tego, że na samym początku zdecydowałam, że będę go prowadzić anonimowo. Nawet jeśli w dzisiejszych czasach anonimowość to ponoć działanie samobójcze (choć Elena Ferrante jakoś daje radę 😉 Kto wie, ten wie, kto się domyśla, niech tonie w domysłach, a kogo to nie obchodzi, ten skupi się na czytaniu. Wygoda – nie muszę pilnować „wizerunku”, zastanawiać się nad każdym słowem, żeby odpowiadało wypracowanym założeniom profilu. Publikować z regularnością, która pozwoli zwiększać zasięgi. Czy nie korciło mnie, żeby działać inaczej? Korciło, zwłaszcza gdy minimalizm i proste życie zaczęły się świetnie sprzedawać. Ale nie zamierzam tego zmieniać, anonimowość przekreśla też przełączenie się na inne formy odbioru, jak nagrywanie filmików (no, może nie przekreśla całkiem, ale sporo byłoby z tym niepotrzebnych kombinacji). Zresztą wcale nie chce mi się niczego nagrywać. Lubię pisać dla tej grupy czytelników, która ciągle tutaj zagląda z nadzieją, nawet jeśli jest ich garstka. Długie posty, krótkie posty, z przerwami. A gdy wszystkie inne blogi znikną, przynajmniej będę się wyróżniać J

Czy Buka wróci? Pewnie tak, w jakiejś innej formie. Ale teraz przynajmniej trochę ją rozumiem – dlatego wygląda mniej strasznie.

Otagowane , , , , , , , , ,

Luksus nieoczywisty

Luksus – słowo, które każdemu kojarzy się inaczej. Bywa, że nie najlepiej, bo z szastaniem pieniędzmi na pokaz. Co się pod nim kryje? Pałac lub willa jak u gwiazd Hollywood, szofer z kierowcą, własny odrzutowiec, torba z limitowanej kolekcji?

Dawniej postrzegałam go na sposób materialny. Głównie jako rzeczy wysokiej jakości, choć niekoniecznie te reklamowane wszem i wobec. Czyli na przykład szalik z prawdziwego kaszmiru zamiast akrylu z poliestrem. Torebka szyta ręcznie w małej, rodzinnej pracowni, o której istnieniu wie tylko wąski krąg osób. Drewniany stół zamiast mebla ze sklejki. I tym podobne. Nie odrzucam takiego rozumowania, nadal uważam, że w dobie masowej produkcji luksusem będzie to, co naturalne, ręcznie wykonane, w czym odzwierciedla się oryginalność twórcy.

Coś się jednak zmieniło. Luksus to dla mnie teraz przede wszystkim nie coś, za co warto zapłacić, ale na co w ogóle nie ma ceny. Czyli przede wszystkim czas. Czas, który można przeznaczyć na zastanowienie się nad sprawami ważnymi albo myślenie o niebieskich migdałach. Na spokojną pracę nad czymś, w czym widzi się sens. Luksus to możliwość decydowania o kształcie swojego dnia, poczytania książki w parku w południe, pobieganiu, kiedy przyjdzie ochota, spędzeniu bez pośpiechu popołudnia w muzeum, zjedzenie dobrego obiadu, pogawędkę z kimś miłym bez nieustannego spoglądania na zegarek. Że to niby coś zwyczajnego? Spójrzmy z perspektywy tych, którzy nie mogą sobie pozwolić na wyjście z pracy w ciągu dnia i przez całą zimę siedzą w biurach przy sztucznym świetle. I na większość, która pędzi nieustannie przed siebie.

„Tobie to dobrze. Świat musi się kręcić. PKB samo się nie zrobi” – każdy, kto próbuje korzystać z luksusu, jakim jest czas, słyszał na pewno nie raz takie komentarze. Bo rezygnacja z jeszcze jednego intratnego zlecenia, żeby pobyć z rodziną, albo wybrać się w ciągu dnia na spacer do lasu, brzmi jak fanaberia, przywilej podobny do tych, jakimi w dawnych czasach cieszyła się arystokracja, która mogła pozwolić sobie na kilkudniowe przygotowania do przyjęć, cyzelowanie ręcznie pisanych listów, rozmowy o sztuce. Człowiekowi zapychającemu każdą wolną minutę aktywnościami jak chomik na bieżni nie przychodzi na razie do głowy, że ten luksus niekoniecznie musi być związany z materialnym uprzywilejowaniem. Albo że ktoś, kto teraz cieszy się nim z wyboru, wcześniej ciężko na to pracował, nawet przez kilka lat dokładając sobie zajęć.

Taki wybór wiąże się z ryzykiem odrzucenia. No i tym nieprzyjemnym z początku stanem, gdy dookoła zaczyna panować cisza, bo nie przypominasz o sobie światu, nie udowadniasz własnej przydatności. Powoli oswajasz się z myślą, że nic nie musisz. Znają na pewno ten stan mamy małych dzieci spędzające z nimi pierwsze miesiące życia, twórcy zaszywający się w swoich samotniach, żeby napisać książkę albo namalować obraz, naukowcy, którzy potrzebują przemyśleć ważne tezy klarujących się odkryć, podróżnicy wyruszający z jedną walizką dookoła świata – i mnisi. Taki stan, w którym człowiek zaczyna się w pewnym momencie czuć nieswojo, jest mu smutno, odcięty od kołowrotka zajęć zmuszony jest zacząć myśleć, rozeznawać, kim jest, skonfrontować się z różnym bałaganem zalegającym mu w głowie. To objawy świadczące o tym, że coś się zmienia, a zmiana czasem boli, w każdym razie na pewno nie następuje bez wysiłku i niepostrzeżenie.

Luksus to doświadczenia, nie przedmioty. Luksus to też spokój. Rezygnacja z przymusu bycia na bieżąco, odłączenie się od internetowego szumu i mnogości napływających zewsząd inspiracji. Może pod wpływem lektury rozmów z Lemem i świadomości, jak wiele jego prognoz zaczyna się sprawdzać, myślę sobie coraz częściej, że za kilka dekad wytworzy się nowy podział ludzkości, wypisz wymaluj jak z Nowego Wspaniałego Świata Huxleya: większość z nosem utkwionym w ekranach, która nieświadomie oddała nad sobą kontrolę, karmiona specjalnie preparowanymi treściami, reagująca według przygotowanych dla nich algorytmów, i nieliczni, wolni od przymusu, którzy zachowali zdolność do tworzenia. Możliwe też, że ci drudzy będą renegatami, zmuszonymi do ukrywania się ze swoją niesubordynacją. Albo staną się nową elitą. To już się dzieje – twórcy algorytmów z Doliny Krzemowej świadomie ograniczają swoim dzieciom korzystanie z wynalazków własnego autorstwa, które mają uszczęśliwiać miliony; najbogatsi płacą krocie za przyjemność spędzenia tygodnia lub dwóch w miejscach, gdzie odcięto dostęp do sieci; a komputery powoli zastępują najmniej wykwalifikowanych robotników.

Otagowane , , , , , , ,