Szkoła życia

„I ja, puściwszy wodze fantazji, chętnie wyobraziłbym sobie przedmiot nauczania, który by nazwać można retoryką (wbrew jej współczesnemu znaczeniu, a ku uczczeniu tradycji). Kształciłaby ona elementarne umiejętności niezbędne do życia w społeczeństwie z korzyścią dla niego i dla obywatela. A więc sztukę zwięzłego i trafnego wyrażania myśli, gromadzenia i przedstawiania swojego pomysłu, swojej opinii i kunsztu przekonywania do nich. Sprawnego i celowego przemawiania na konferencjach, prowadzenia zebrań, rzeczowej polemiki. Wychowankowie szkoły wchodzą w życie, nie mając o tym wszystkim żadnego wyobrażenia. A ile czasu i pieniędzy ta nieumiejętność kosztuje ich i społeczeństwo! Iluż widzimy inżynierów nie mogących nikogo przekonać do słusznego projektu, wynalazców grzebiących swe piękne osiągnięcia, społeczników marnujących zapał i czas kolegów! Ale po co sięgać tak wysoko! Wystarczy zapytać, czy maturzysta umie dorzecznie i jasno sformułować list, informację, sporządzić skrót jakiejś większej pracy. Czy potrafi szybko i sprawnie odszukać, gdzie i co na określony temat mówią źródła. Czy wie, jak można coś wyszperać w katalogach bibliotecznych, bądź w archiwum, lub po prostu znaleźć coś od razu we własnym pokoju pracy? Rozejrzyjcie się wokół siebie, a znajdziecie odpowiedź”.

To Władysław Kopaliński, w jednym z felietonów zebranych w książce „Mój przyjaciel Idzi” (bardzo polecam wszystkim, którzy dotąd kojarzyli jego nazwisko wyłącznie z działalnością leksykograficzną). Jego apel z lat 70. jest wciąż aktualny. Umiejętności retorycznych nikt nie naucza, a ich brak może okazać się wyjątkowo dotkliwy w przypadku, gdy w ramach upraszczania życia decydujemy się zrezygnować ze stałej etatowej pracy i zostać wolnym strzelcem. Przypomniałam sobie o tym fragmencie książki Kopalińskiego, planując powrót do tematu. Jak już tutaj wspominałam, na etacie w jednym zawodzie pracowałam trzynaście lat. Potem zrezygnowałam zeń na krótko i znów zatrudniłam się w innej, pokrewnej branży na dwa lata. W kolejnym roku postanowiłam ograniczyć zaangażowanie do pół etatu, by znaleźć więcej miejsca dla innej działalności, którą uznałam za priorytetową. Od niespełna roku jestem wolnym strzelcem (bez działalności gospodarczej, działam na umowy o dzieło i zlecenie) – była to świadoma decyzja, po przeanalizowaniu „za” i „przeciw”. Dochodziłam do niej stopniowo, można by nawet rzec – ostrożnie, nie ulegając popularnym huraoptymistycznym zawołaniom: „rzuć pracę w korporacji, a będziesz szczęśliwy!” W życiu nic nie jest takie proste i łatwe. Decyzji nie żałuję, bo dzięki niej mogę skupić się teraz na tym, co dla mnie najważniejsze; zyskałam elastyczność, sama organizuję sobie czas pracy, nie muszę trawić niepotrzebnie energii na uzasadnianie swoich pomysłów i decyzji przed osobami zajmującymi wyższe pozycje w hierarchii danej firmy czy instytucji, biorę też za te decyzje pełną odpowiedzialność – pod tym względem praca na własny rachunek jest bardziej zgodna z moim temperamentem; z obecnym doświadczeniem trudno byłoby mi podporządkować się strukturom i bez szemrania znosić biurokratyczne nawyki. Jednocześnie mam więcej czasu dla siebie – także na nicnierobienie. Czy tak zostanie na dłużej, czy np. za rok uznam, że jednak potrzebuję stałych przychodów, jest sprawą otwartą. Na razie wolałabym zostać wolnym strzelcem 🙂

Filozofia minimalistyczna, która prowadzi do przewartościowania wielu kwestii traktowanych dotąd jako pewniki sprzyja rozwojowi umiejętności, o jakich pisał Kopaliński. Ba, wręcz do tego zmusza. Jedną z pułapek wieloletniej pracy etatowej może być niesamodzielność – jeśli dotąd pracowało się głównie dla kogoś i wykonywało polecenia (lub realizowało cele ustalane przez firmę), stając nagle samemu wobec wyzwań tego świata można odczuwać mętlik w głowie. Nie wiadomo, w którą stronę się obrócić, jaką drogę wybrać. Skupiamy się na tym, żeby pomysł był świetny, identyfikacja wizualna zgodna z aktualnymi trendami, a informacja o naszym przedsięwzięciu dotarła do jak największej liczby potencjalnych odbiorców.  To bardzo ważne, ale gdy już ruszymy przed siebie, równie przydatne okazują się wówczas boleśnie praktyczne kwestie (kolejność przypadkowa!)

  • Punktualność

Sama nad nią pracuję, bo to moja pięta achillesowa (o przyczynach można by długo, są uwarunkowane psychologicznie). Nie żyjemy w kulturze, która ceni ją szczególnie wysoko, w Holandii lub Niemczech do punktualności w relacjach zawodowych przywiązuje się znacznie większą wagę. Zwłaszcza w tej pierwszej: na porządku dziennym jest odwołanie wizyty przez dentystę czy fryzjera, gdy klient spóźni się dziesięć minut; trzeba umawiać się jeszcze raz, co samoistnie dyscyplinuje. W Polsce jest znacznie większe przyzwolenie na elastyczność (vide stary dobry „kwadrans akademicki”. Jednak pojawienie się na miejscu 5 minut przed czasem naprawdę ma znaczenie dla pierwszego wrażenia, jakie możemy wywrzeć na rozmówcy i świadczy o szacunku zarówno dla niego, jak i dla siebie. Dowodzi też umiejętności dobrego planowania, która przydaje się przy każdej, ale to absolutnie każdej współpracy.

Źródło: tumblr

  • Konkret

W korporacjach i instytucjach niesłychaną ilość czasu i energii traci się na zebrania i wymianę maili. Jedno i drugie kończy się często przelewaniem z pustego w próżne. Te nawyki przenosimy potem do innej rzeczywistości – pracy na własny rachunek. Każdy z nas spotkał – i to nie raz – osoby, które zanim przejdą do rzeczy, zdołają opowiedzieć nam historię swojego życia (albo swojego rodzinnego miasta). Prawdopodobnie już po pięciu minutach czujemy znużenie słowotokiem i nie chcemy nawet wiedzieć, czego ten ktoś od nas naprawdę chce – i raczej nie zaczynamy marzyć o współpracy z nim. Zanim do kogoś napiszemy/zadzwonimy, warto spisać sobie na kartce, o co nam chodzi, i przedstawić to w możliwie zwięzłej formie, oczywiście z zachowaniem reguł grzecznościowych. Gwarantuję, że każdy interlokutor będzie  za to wdzięczny.

  • Umiejętność eliminacji

Po różnych zajęciach  i spotkaniach związanych z pracą „w słowie”,które zdarzyło mi się prowadzić, widzę, że istnieje pod tym względem spory problem. Stara dziennikarska mantra przekazywana na dzień dobry przez doświadczonych redaktorów  stawiającym pierwsze kroki w zawodzie brzmiała: „Nie ma tekstu, który nie zyskałby na skróceniu”. Jest boleśnie prawdziwa. Widać to na przykładzie ludzi, którzy próbują coś napisać. Niestety, większość zwykle nie mieści się w wyznaczonym limicie znaków i usiłuje upchnąć wszystko, czego się dowiedziała, bo żal im pozbyć się zdobytych z trudem informacji. Dopiero  zapytani, co tak naprawdę chcieli przekazać, o czym miał być ich tekst, powoli dochodzi po nitce do kłębka i zaczyna się mozolne rozplątywanie słownej przędzy. Nic dziwnego, że na codzień równie trudno klarownie wyłożyć im własne myśli w rozmowie. Także przekazać, na czym polega nasz genialny pomysł na własną działalność, i dlaczego właściwie inni mogliby go wesprzeć sponsorsko lub zainteresować się nim jako klienci.

  • Terminowość

W środowisku dziennikarskim (ale nie tylko) osoby, które oddają zamówiony tekst na czas, są na wagę złota. Dlaczego? Bo większość wolnych strzelców nie przestrzega terminów. Są zmorą redaktorów – to przez nich ślęczą nocami dzień przed zesłaniem tekstów do druku, walcząc ze stresem i nie mogą realnie zaplanować sobie własnego dnia pracy. Osoba, która wyróżnia się z tego grona terminowością, od razu ma szansę zostać pozytywnie zapamiętana przez zleceniodawcę i może liczyć na kolejne zlecenia.

  • Słowność

Tutaj mogłabym napisać całą epopeję, tak często spotkałam się po drugiej stronie (jako odbiorczyni czyichś usług) z kompletną nonszalancją. Psychologiczną reakcją jest schowanie głowy w piasek, ale przyznanie się do zaniedbania świadczy o dorosłości. Żeby do niego nie doszło, wystarczy realistycznie planować, nie łapać dziesięciu srok za ogon naraz (co często się zdarza początkującym freelancerom, którzy chcą zabezpieczyć sobie jak największy dochód na początek), odmawiać, jeśli widzimy, że nie mamy możliwości zrealizowania zlecenia w proponowanym przez klienta terminie – i negocjować inny, realistyczny zarówno dla niego, jak i dla nas.

  • Dokładność

I wreszcie umiejętność, która wydaje się dziś staroświecka – przecież wszyscy jesteśmy tak zaganiani! – ale niezbędna, jeśli myślimy o powodzeniu swoich działań w dłuższej perspektywie, wyrobieniu sobie marki, nazwiska. Takich, którzy robią szybko i byle jak, jest dookoła sporo. Zarabiają też byle jak i na byle czym. Jeśli chce się zyskać zaufanie i renomę, nie ma dróg na skróty – trzeba przykładać się do pracy. Punktem odniesienia mogą być tu japońscy mistrzowie rzemiosła. Nie chodzi o przesadny perfekcjonizm i szlifowanie w nieskończoność jednego zdania, ale wkładanie serca w zajęcie, które się lubi i wytworzenie w odbiorcach naszych usług czy produktów przekonania, że są dopracowane, jedyne w swoim rodzaju, słowem – wyróżniają się na tle przeciętnej konkurencji i warto za nie lepiej zapłacić.

Jak to mówi w rozmowie z magazynem Kinfolk 71-letnia dziś Margaret Howell, właścicielka firmy odzieżowej o ustalonej renomie (i cenach nie na przeciętną polską kieszeń): „Starannie zaprojektowane produkty nie przestają nas zachwycać. Stają się klasykami, jak oświetlenie Anglepoise czy zegary Brauna. (…) Kiedyś chodziłam sporo po sklepach z tanią odzieżą, teraz są tak napchane towarem, że nie sprawia mi to przyjemności. To wpływ sieciówek sprzedających tanie wytwory chińskich fabryk i kuszących ludzi, by kupowali więcej, niż faktycznie potrzebują. Jestem przekonana, że prowadzi to do zaniku wartości, które wpajało mi powojenne pokolenie naszych rodziców: szacunku i dbania o rzeczy. Naprawdę nie potrzebujemy całej masy przedmiotów, gdy jedna lub dwie w pełni zaspokoją nasze potrzeby. Osobiście wolę kupić jedną rzecz, za którą zapłacę więcej, ale wiem, że będę ją naprawdę lubić i długo mi posłuży”.

 

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , , , , ,

Test czasu

To było w ostatnie święta. Wigilijne przejedzenie, a może zatrucie – dość, że spędziłam dwa dni w łóżku, żywiąc się kleikiem i herbatką z mięty. Co ciekawe, uczucie przesytu nie ograniczyło się tylko do ciężkiego żołądka. Nie miałam ochoty zaglądać do Internetu, śledzić gonitwę cudzych myśli na portalach społecznościowych, zapoznawać się z tym, co nowego wydarzyło się na świecie. Sama myśl o ponownym wejściu w ten świat wywoływała nieprzyjemne fizyczne sensacje. Organizm mówił: „trzymaj się z dala”.

Post, ten spożywczy i ten wirtualny, trwał parę dni. Wyszłam z niego nie tylko lżejsza, ale spokojniejsza, z łatwością dłuższego skupienia na jednym zadaniu. Został też nowy nawyk, który gorąco polecam wszystkim, zadającym sobie pytanie: „jak poradzić sobie z rozproszeniem?” Otóż po przebudzeniu unikam kontaktu z siecią jak długo się da, jem spokojnie śniadanie, przygotowuję się do danego dnia, zamiast przeglądać wiadomości czytam książkę. Zaglądam do poczty i na portale społecznościowe dopiero po wykonaniu pierwszej najważniejszej w danym dniu rzeczy i kontroluję spędzany na przeglądaniu stron czas. Po paru dniach wchodzi w krew i człowiek nie ma najmniejszej ochoty napychać się od poranka śmieciami.

Tamto uczucie było bardzo intensywne: jakby na własne życzenie wchodzić w jakąś oklejającą, nieprzyjemną maź, którą jak najszybciej chciałoby się z siebie strząsnąć. Teraz nie jest już tak dotkliwe, podczytuję, sprawdzam, oglądam, ale kiedy ciągnie mnie do zanurzenia się w odmęty sieci na długie godziny, lubię je sobie przypominać.

Wracając do listy lektur w poprzednim poście: dlaczego tak ważne są dla mnie powroty do „listy klasyków” i zapoznawanie się z książkami wydanymi nawet pół wieku wcześniej, jeszcze nieczytanymi? Bo wtedy trudniej nabrać się na rzekomą świetność aktualnych publikacji, wbrew marketingowemu kołowrotkowi, który wmawia, że każda nowo wydana powieść jest sensacją i najważniejszym osiągnięciem od czasów… (tu wstawić dowolne uznane nazwisko). Odzyskuje się stępioną wrażliwość na słowo, umiejętność rozróżniania tego, co oryginalne od efekciarstwa i naśladownictwa i przekonuje o prawdziwości powiedzenia, że o jakości literatury decyduje czas. O większości współczesnych, reklamowanych jako genialne, już za dwadzieścia lat nikt nie będzie pamiętał (o ile ludzkość zachowa umiejętność czytania, na co wciąż mam nadzieję). Spędzić parę godzin czytając Leśmiana albo Eliota  – czy można sobie wyobrazić większy snobizm i luksus we współczesnym zagonionym świecie?

Otagowane , , , , , , ,

Książki 2017

W odpowiedzi na prośbę z komentarza pod ostatnim postem i w celu zmotywowania się do powrotu, przedstawiam moją listę książek przeczytanych w 2017 roku. Uwaga, będzie długa! Jakieś dwa lata temu zaczęłam zapisywać ich tytuły – trochę pod wpływem akcji czytania 52 książek rocznie, żeby przekonać się, ile też czyta naprawdę człowiek zaliczany do wielkomiejskiej inteligencji w Polsce początku XXI wieku – oraz żeby bardziej świadomie dobierać lektury. Mój wybór to ograniczenie nowości na rzecz książek wydanych dawniej, powroty do literackiej klasyki (którą każdy rozumie inaczej; dla mnie jest to raczej Nabokov niż Sienkiewicz), więcej literatury pięknej, większa różnorodność lektur – przeplatanie tych fabularnych biografiami czy pozycjami z półki „literatura faktu”.

A zatem, po kolei:

  1. Michaił Bułhakow, „Mistrz i Małgorzata” (powrót po latach)
  2. Wade Graham, „Miasta wyśnione”
  3. Frank van der Waald „Bystre zwierzę”
  4. Stanisław Lem, „Szpital Przemienienia”
  5. Stanisław Lem, „Astronauci”
  6. Anthony Flint „Le Corbusier. Architekt jutra”
  7. Joanna Szczęsna, Anna Bikont „Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny. Wspomnienie o Wisławie Szymborskiej” (powrót po kilku latach)
  8. Michał Olszewski, „#upał”
  9. Simona Kossak, „O ziołach i zwierzętach”
  10. „Sztuka powieści. Antologia wywiadów z The Paris Review”
  11. Joseph Conrad, „Smuga cienia”
  12. Aldous Huxley, „Nowy wspaniały świat”
  13. Agata Michalak, „O dobrym jedzeniu”
  14. Wojciech Bonowicz, „Wagiel. Jeszcze wszystko będzie możliwe” – rozmowa z Wojciechem Waglewskim
  15. Stanisław Lem „Pokój na ziemi”
  16. Stanisław Lem „Felietony ponadczasowe”
  17. Joseph Conrad „Zwierciadło morza”
  18. Peter Wohlleben „Sekretne życie drzew”
  19. Noah Strycker „O ptakach”
  20. Kakuzo Okakura „Księga herbaty”
  21. Wiesław Myśliwski „Pałac”
  22. Erling Kagge „Cisza”
  23. Olga Drenda, Bartłomiej Dobroczyński „Czyje jest nasze życie”
  24. Andrew Scott Berg „Geniusz”
  25. Max Frisch „Homo Faber”
  26. Dariusz Hybel, Maksymilian Nawara „Słuchaj, medytacja jest…” z ojcem Janem Berezą rozmowa post mortem
  27. Aleksandra Żabińska „Ludzie i zwierzęta”
  28. Wiliam Golding „Władca much” (powrót po latach)
  29. Heinrich Boll „Utracona cześć Katarzyny Blum” (powrót po latach)
  30. Italo Calvino „Baron drzewołaz” (powrót po latach)
  31. Stanisław Lem „Człowiek z Marsa”
  32. Stanisław Lem „Fiasko”
  33. Charles Duhigg „Mądrzej, szybciej, lepiej. Sekret efektywności”
  34. Mariusz Urbanek „Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono księżyc”
  35. Dave Goulson „Żądła rządzą”
  36. Anda Rottenberg „Już trudno” (powrót po latach)
  37. Wojciech Orliński, „Lem. Życie nie z tej ziemi”
  38. „Sztuka powieści. Antologia wywiadów z The Paris Review II” – wywiady z pisarkami
  39. Roberto Salvadori „Piękno i bogactwo. Amerykańscy kolekcjonerzy sztuki w XX wieku”
  40. Joseph Conrad „Nostromo”
  41. Raymond Russel „Locus Solus”
  42. Annemarie Schwarzenbach „Podróże przez Azję i Europę”
  43. James Wallman „Rzeczozmęczenie”
  44. Joanna Czeczott „Petersburg. Miasto snu”
  45. Czesław Miłosz „Rosja. Widzenia transoceaniczne”, cz. I
  46. Rafał Woś, „To nie jest kraj dla pracowników”
  47. Herbert Rosendorfer „Budowniczy ruin”
  48. Sebastian Frąckiewicz „Ten łokieć źle się zgina”. Rozmowy o ilustracji
  49. Herbert Rosendorfer „Wielkie solo Antona L.”
  50. Anna Bikont „Sendlerowa. Życie w ukryciu”
  51. Aleksandra Boćkowska „Księżyc z Peweksu”
  52. „Nieprzysiadalność”. Z Marcinem Świetlickim rozmawia Rafał Książek
  53. Małgorzata Czyńska „Dom polski. Meblościanka z pikasami”
  54. Natasza Goerke „Tam”
  55. Jan Potocki „Rękopis znaleziony w Saragossie” (nowe tłumaczenie; powrót po latach)
  56. Klementyna Suchanow „Gombrowicz. Ja, geniusz” t. I i II
  57. Herbert Rosendorfer „Stefania i tamto życie”
  58. Italo Calvino „Wicehrabia przepołowiony”
  59. Joanna Bator „Purezento”
  60. Anna Kamińska „Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak”
  61. Italo Calvino „Rycerz nieistniejący”

Do listy nie zaliczam książek, które czytałam zawodowo, bo były mi potrzebne na bieżąco w pracy – tylko czytanie dla przyjemności. Gdy spojrzeć na nią, gołym okiem widać nadreprezentację lektur dotyczących przyrody – taki był to rok. Zdecydowanie najlepszą z przeczytanych książek z tej dziedziny była „O ptakach” Stryckera. Autor-odkrycie roku to Herbert Rosendorfer.

A co o Was mówi Wasza lista lektur z 2017 r.?

 

Otagowane , , , , , , , , , , , , ,
Reklamy