Monthly Archives: Maj 2012

Co ma powolność do polityki

Media dostrzegły książkę Carla Honore, której poświęciłam pierwszy wpis na tym blogu, i opisywane w niej zjawisko „spowalniania” w różnych dziedzinach życia. Rozmowa z autorem „Pochwały powolności” pojawiła się w ostatnim numerze „Polityki”.  Ale ja nie tylko o tym. Kilka tygodni wcześniej, w innym periodyku – cotygodniowym dodatku do „Rzeczpospolitej” pod tytułem „Plus Minus” także zagościł temat niespiesznej egzystencji. Za to w jakim kontekście! Ujrzawszy okładkę – rysunek przedstawiający (z tego, co pamiętam) relaksującą się na zielonej murawie panią oraz jej psa,  a na tle tego sielskiego widoku tytuł  „Slow food, powolny seks, niespieszna rewolucja” – pomyślałam – no, no, jak miło, że i tutaj redaktorzy tak szybko dostrzegli, co w trawie piszczy! W miarę lektury, entuzjazm jednak malał, rosło natomiast zdziwienie.

Autor tekstu już w pierwszych akapitach ujawniał swą misję: demaskacji Honore i jemu podobnych. Cała ta „slow rewolucja”, to nic innego przecież jak „odświeżone idee lewicy z lat sześćdziesiątych”. Carlo Petrini, wspominany w książce lider ruchu slow food, był przecież kiedyś krytykiem kulinarnym dwóch włoskich dzienników komunistycznych („Il Manifesto” i „L’Unita”), i zdobył rozgłos w 1986 roku dzięki protestowi przeciw otwarciu restauracji McDonald’s nieopodal Schodów Hiszpańskich w Rzymie. A, i jeszcze jest „prawdziwym celebrytą, bywającym na salonach Europy i obu Ameryk”. W dodatku „wydawnictwo reklamuje „Pochwałę powolności” hasłem, że to książka, „która jest dla ruchu Slow tym, czym »Kapitał« dla komunizmu”. No i wszystko jasne, my już wiemy, z kim mamy do czynienia. Z takiej mąki dobrego chleba (tym bardziej wieloziarnistego) nie może być. Miejmy się na baczności.

Kpinom w kolejnych akapitach, rozwijających powyższą tezę, nie ma więc końca: „spowolnienie” to zabawa dla różnych artystycznych dusz z lewackimi poglądami i wypchanym portfelem, co to zmęczyli się kapitalizmem pozwalającym zarabiać do syta, więc emigrują na wieś i tam „kupują sobie pałac do remontu albo stawiają oryginalną chatę z bali”, by ubrani w giezła z organicznej bawełny bawić się w uprawę rzeżuchy czy aronii, domagając się jeszcze unijnego wsparcia dla tych fanaberii. A niby dlaczego, pyta autor, czemu podatnicy mają zrzucać się na jakąś rzeżuchę. Smutno się robi, bo nie przypuszczałam, że  kupując pyszną kozią bryndzę i dżem pomarańczowy w sklepie ze zdrową żywnością na mojej ulicy, zamiast paczkowanego półproduktu z supermarketu, dokonuję jakiegoś politycznego wyboru. A, ja głupia, myślałam, że kieruję się wyłącznie kaprysami moich kubków smakowych. Myślałam też, że komu jak komu, lecz zorientowanym pronarodowo publicystom, powinno zależeć na rodzimej bryndzy czy innym oscypku, a tym bardziej, by konsumenci z całej Europy płacili za nie krocie (bo wszystko, co zdrowe i powoli przygotowane, musi być drogie – ubolewa autor), nabijając przy okazji kabzę polskim producentom.

Na końcu autor sam się podkłada. Zapytując bowiem: „Czy naprawdę w życiu mamy wybór tylko między hamburgerem z McDonalda a własnoręcznie wyhodowanym karczochem? Czy jeśli nie chcemy osobiście prząść wełny, z której utkamy potem dziecku giezło, oznacza to, że jesteśmy niewolnikami społeczeństwa konsumpcyjnego? Czy jeśli zamiast pięciogodzinnych sesji medytacji nad orgazmem wolimy po prostu pójść do łóżka i uprawiać seks z ukochaną osobą, dowodzi to, że jesteśmy gorsi albo nienormalni? Nie ma dróg pośrednich?”  – udowadnia, że nic nie zrozumiał z książki, w której chodzi właśnie o umiar i zdrowy rozsądek. Ale tak to już jest, gdy widzi się świat w konwencji „czarne-białe”.

A nie można tak zwyczajnie utożsamiać się z filozofią minimalizmu czy też dobrego życia, mając politykę gdzieś albo i nie mając gdzieś, ale niezależnie od niej? Zwłaszcza że znam też (przykładowo) parę osób sympatyzujących z prawą stroną polskiej sceny politycznej, którzy zarazem są zwolennikami budowy ścieżek rowerowych i  wyprowadzenia ruchu samochodowego z centrów miast, czyli tego wszystkiego, co schematycznie myślący zwykli kojarzyć raczej z zieloną lewicą.

Żeby było jasne: nie oczekiwałam ochów i achów, rozwodzenia się jakiż to Honore świetny pisarz, a ideały ruchu slow  – najlepsze remedium na wszelkie bolączki XXI wieku.  Krytyka? Kpina? Czemu nie, byle kpina rzetelna. Sama, mimo sympatii do ruchu opisywanego przez autora, w pierwszym poście wypunktowałam kilka słabości książki, jak choćby wrzucanie do jednego worka z naklejką „slow” zabiegów o podniesienie jakości miejskiej przestrzeni oraz różnych form alternatywnej medycyny. A z drugiej strony – pomieszania gatunków, bo Honore bardzo chciałby być niezaangażowanym reporterem-badaczem, czemu przeczy autentyczna fascynacja opisywanym zjawiskiem, przebijająca z kart każdego rozdziału.

Owszem, są tacy, którzy podchwytują hasła ucieczki na łono natury czy innych przejawów minimalistycznego myślenia i realizują je, dopóki nie przeminie moda. Zawsze byli. Podobnie jak nadgorliwi neofici,  obsesyjnie kontrolujący liczbę posiadanych rzeczy, by nie wyjść poza ustalone minimum i piorący odzienie tylko w łupinach z orzecha. Ich wybór, jeśli tak lubią – czemu nie? Zresztą – szacunek za konsekwencję. Natomiast stosowanie argumentacji, że coś jest be, bo kojarzy się z hasłami nielubianej przez recenzenta kontrkultury lat 60., i sugerowanie, że za zwykłą potrzebą wyhamowania kryje się machinacja światowego lewactwa, to sprowadzanie sprawy do absurdu i wchodzenie z dialogu w monolog. A przy tym, dodam niepoprawnie, też zubażanie własnego życia.

Żródło wszystkich zdjęć: Adieu-Tristesse

Trochę tak jak pewien człowiek, o którym lata i redakcje temu, pisałam kiedyś reportaż. Zwykły urzędnik , dobijający emerytury na państwowej posadzie, który całą energię życiową poświęcał swej pasji: tropieniu obecności szatana w codziennym życiu. Człowiek ów miał w domu opasłe albumy, wypełnione własnoręcznie wykonanymi zdjęciami. Na zdjęciach bilboardy, znaki drogowe, szyldy. Z pozoru niewinne, przed nim odsłaniające jednak złowrogą treść. Na przykład jakaś cena wyeksponowana na billboardzie. Proszę zliczyć cyfry – mówił – i oto wychodził numeryczny odpowiednik jednego z demonów, skatalogowanych wedle podgatunków w tajemnych księgach. Jakiż ten świat różnorodny – pomyślałam sobie, tyle razy mijałam ten cały reklamowy szajs  i nic, co najwyżej myślałam  ze złością, że zaśmieca krajobraz. A on, starszy człowiek ogarnięty nagłą obsesją, potrafił pochylić się nad nim troskliwie i nadać mu własne znaczenie.

A Wy co sądzicie,  Czytelnicy drodzy?

P.S. Dziś kolejny wywiad z autorem „Pochwały powolności” – tym razem w Wysokich Obcasach.

Otagowane , , , , , , ,

O kosztach

Kiedy zimą tego roku zawoziłam na raty sterty nienoszonych/niepasujących/niesprzedanych na Allegro albo podczas garage sale ubrań do Caritasu (uwaga –  po długich poszukiwaniach udało mi się odnaleźć adres, pod którym codziennie można oddać odzież, oczywiście wypraną i wciąż w dobrym stanie – jeśli ktoś mieszka w Warszawie, polecam: ulica Żytnia 1A), z każdą kolejną partią „towaru” żałowałam tym bardziej, że odpowiednio wcześnie nie usłyszałam o zasadzie „cost per wear” i nie wzięłam jej sobie do serca. Zasadę tę można zdefiniować najkrócej: im częściej nosisz daną rzecz, tym niższy jest jej realny koszt zakupu, niezależnie od zapłaconej na początku ceny. I tym szybciej ta cena się zwraca. Nawiązując do poprzednich dwóch wpisów, to podejście idealnie wpisuje się też w filozofię francuskiego stylu, a konkretnie w zasadę zachęcającą do korzystania z rzeczy w możliwie najlepszym gatunku, pod warunkiem, że leżą na nas jak ulał.

Gdybym poznała tę zasadę wcześniej, zamiast kupować  pod wpływem impulsu dziesiątki kiepskiej jakości ubrań, zwykle w sieciówkach, albo ubrań niemierzonych wcześniej, a tak pięknie wyglądających na zdjęciach w serwisach Etsy czy Ebay,  roztrwonione w ten sposób pieniądze mogłabym spokojnie zainwestować w droższe, za to znacznie trwalsze i pasujące do mnie, podstawowe elementy garderoby. Nie stawałabym może tak często przed pękającą w  zawiasach szafą w panice, w co by też się dzisiaj ubrać. Nie musiałabym też teraz kursować na drugi koniec śródmieścia z torbą wypełnioną fatałaszkami, których jedynym atutem były atrakcyjne wzory, kolory albo modny akurat w danym sezonie fason.  Dodam od razu: nie jest też tak, że sieciówki to najgorsze zło, i w nich zdarzają się nabytki służące latami (choć coraz trudniej na nie trafić, bo mam wrażenie, że jakość oferowanych przez nie ubrań w ciągu ostatnich kilku lat drastycznie spadła; poświęcę temu odrębny wpis). A to, w czym nam do twarzy i co uznamy za owe podstawowe elementy – to już kwestia indywidualna. Inna sprawa, że nadmierne zamiłowanie do sieciówek skutkuje atakiem klonów: wystarczy przejrzeć większość polskich blogów z modą uliczną albo tzw. szafiarskich, gdzie królują zestawy: Zara, H&M, C&A i tym podobne. A styl ma to do siebie, że jest nasz i tylko nasz, nie można go kopiować. Ten temat pojawił się nawet ostatnio w radiu.

Kierując się wspomnianą zasadą „cost per wear” i jeszcze kilkoma innymi, rodem z poprzednich wpisów, w ciągu ostatnich kilku miesięcy zrobiłam rewolucję we własnej szafie i wcale nie żałuję. Pozbyłam się wszystkiego, co było za małe, za duże, deformowało mnie, postarzało albo sprawiało, że wyglądałam „jak zmyta” (patrz poprzedni wpis), po pierwszym praniu przypominało szmatę, pruło się albo wyglądało tandetnie.  Precz poszły wszystkie ubrania z tworzyw sztucznych – nigdy więcej!!! A potem zainwestowałam w rzeczy ponadczasowe, które pasują do mojego typu urody i sylwetki, z dobrych gatunkowo materiałów i dobrze uszytych. Przekonałam się też do kilku marek, które do tej pory wydawały mi się poza moim cenowym zasięgiem. Bynajmniej nie mam na myśli tych najbardziej luksusowych, raczej średnią, ale sprawdzoną półkę.

Źródło: Danse De Lune

Bolało, ale są efekty. Wiem, w czym wyglądam dobrze i w czym dobrze się czuję. Skompletowanie stroju na dany dzień przychodzi mi bez trudu. Poza tym istotnie noszę nowe nabytki na okrągło, co znacząco zmniejsza koszty ich zakupu. Nauczyłam się, że ilość niekoniecznie przechodzi w jakość i że 75 proc. rzeczy zakupionych impulsowo, „bo były takie tanie” albo upolowanych podczas wyprzedaży, powinna pozostać tam, skąd je wzięłam – czyli na sklepowych wieszakach. Nie pasowały do mnie, a gdy już sobie to uświadamiałam – zwykle po jednym lub kilku próbach występu w tych nabytkach – było niestety za późno by je oddać, leżały więc latami bezużyteczne, zajmując miejsce na półkach. Co ciekawe, pozbyłam się też większości internetowych zdobyczy vintage, przysięgając sobie przy okazji solennie, że nigdy więcej nie kupię w sieci czegoś, czego wcześniej nie przymierzę w realu (chyba, że będą to dodatki albo że znam doskonale rozmiarówkę danej firmy).

Źródło: Danse De Lune

Dalsze konsekwencje: odkąd skompletowałam wszystkie niezbędne elementy mojej garderoby, nie snuję się tak często jak dotąd po galeriach handlowych, bo po co? Brakuje mi tylko kilku rzeczy na liście, wiem już, gdzie mogę je znaleźć, a że są to rzeczy oferowane przez producentów z sezonu na sezon, kupię je, gdy będzie mnie stać. Szerokim łukiem omijam sieciówki, bo – patrz poprzednie akapity, a poza tym wiem, że nie znajdę tam zadowalającej mnie jakości. Wiem już, że niektóre rzeczy, choć z pozoru zwyczajne, warte są swojej ceny. A niektóre marki – renomy.  Dodam, że moja siła nabywcza nie zmieniła się w tym czasie, więc nikt nie przekona mnie, że studenta czy osobę zarabiającą tzw. średnią krajową stać tylko na tanie ciuchy z sieciówek czy działów odzieżowych hipermarketów. Kwestia przestawienia sobie priorytetów i nabycia umiejętności dłuższego odkładania na zaplanowane z góry cele, zamiast oczekiwania szybkiej gratyfikacji.

Źródło: Topknot

Poza tym dostrzegłam (i poprawcie mnie, jeśli tkwię w błędzie!), że my, Polacy, wciąż jesteśmy skażeni myśleniem, które nazwałabym postpeerelowskim: z jednej strony uważamy, że nie godzi się zbyt wiele wydawać na siebie, zwłaszcza na tak ulotne dobra jak ubrania. A niby czemu nie? Szacunek do siebie obejmuje i ten aspekt. Z drugiej: gdy już nas na to stać, często przesadzamy w drugą stronę, epatując przedmiotami, które – owszem – rzucają się w oczy, ale ze stylem czy elegancją, a często także wygodą i twarzowością nie mają wiele wspólnego. Te wszystkie torby ze złotym logo, te buty powyginane w najdziwniejsze kształty i w dzikich kolorach, lansowane przez niektóre celebrytki…. Celebrytkom ujdzie, ale komuś, kto nie jest stałym bywalcą kronik towarzyskich, taki zakup na dłuższą metę będzie średnio przydatny. Toż to dwa ekstrema, przypomina się profesor Antoni Kępiński i jego teoria o polskim charakterze narodowym: że trochę w nas prostego kmiecia, a trochę szlachciury z podejściem „zastaw się, a postaw się”! Chyba trochę w niej prawdy…..

I tu dochodzimy do paradoksu: wiele osób nie zawahałoby się przed wydatkiem kilku tysięcy złotych na torbę ze złotym logo, podpatrzoną u gwiazd z telewizji, ale krzywią się, widząc metkę z wyższą ceną przy rzeczach prostych i ponadczasowych. A to one właśnie służą nam na codzień. Wcale nie potrzebujemy ich wiele, bo można je nosić na okrągło, tylko w różnych zestawach i zmieniając dodatki. Powiedzenie, że „biednych nie stać na taniochę” jest, niestety, boleśnie prawdziwe.

Otagowane , , , ,

Francuska miłość, cz. 2

Jedno z najczęściej używanych słów w języku francuskim to „seduction” (pokusa, kuszenie, uwodzenie) i związany z nim czasownik „seduire” – pisze amerykańska dziennikarka Elaine Sciolino w książce „La Seduction. How the French Play the Game of Life”. Słowa te mają szersze znaczenie niż w innych językach. „Grand seducteur” (wielki uwodziciel) to niekoniecznie Casanova. Może być politykiem, który hipnotyzuje swoją osobowością wyborców*, wyjątkowo skutecznym sprzedawcą albo taksówkarzem, cenionym przez klientów za bezbłędną jazdę i umiejętność konwersacji. A to dlatego – pisze Sciolino – że słowo „seduction” jest nierozłącznie związane z tym, co Francuzi nazywają „plaisir” – sztuką tworzenia i czerpania przyjemności rozmaitego rodzaju. Francuzi są w niej mistrzami (a przynajmniej za takowych uchodzą), co daje im osobistą satysfakcję i narzędzie do uwodzenia innych. Stworzyli lub udoskonalili wiele codziennych przyjemności: perfumy, ogrody, wina, dzieła sztuki. Przede wszystkim zaś pozwalają sobie zaspokajać potrzebę przyjemności i odpoczynku na codzień, podczas gdy kultura amerykańska, sławiąca kult ciężkiej pracy, superkapitalistyczna, praktyczna do bólu i abstynencka zazwyczaj jej sobie odmawia.

Źródło: Vanilla Scented

Coś w tym jest, trzeba przyznać: stąd wysyp blogów i książek o tematyce frankofilskiej, a ściślej: sławiących dobre życie w wersji francuskiej, o których pisałam w poprzednim poście. Zanim jednak poddamy się jakże przyjemnej iluzji dobrego życia w pięknej Francji, warto pamiętać – co przypomina również autorka „La Seduction” – że mamy czasy globalizacji, a więc francuska prowincja to nie tylko rodzinne farmy z kilkusetletnią historią, ale i sporo szpetnych zakładów przemysłowych, że designerskie torebki, do niedawna wytwarzane w małych warsztatach, teraz szyte są w Chinach, a perfumy, zamiast pod okiem firmowych „nosów” na farmach kwiatowych w Grasse, powstają w nowojorskich laboratoriach (polecam przy okazji książkę Dany Thomas „Luksus. Dlaczego stracił blask”, rozwijającą ten temat), że restauracje w centrum Paryża serwują tradycyjną zupę cebulową na bazie mrożonek, i tak dalej, i tak dalej. Podstawowe zasady, na jakich opiera się owo dobre życie, są jednak wystarczająco uniwersalne, żeby praktykować je gdziekolwiek, nie musząc przenosić się nad Sekwanę ani do Prowansji. Oto one, w kolejności przypadkowej:

– Stawiaj na jakość, korzystaj tylko z najlepszych rzeczy, jakie możesz znaleźć. To tyczy się zarówno posiłków (świeże warzywa i owoce z targu zamiast kupowanych w hipermarketach mutantów o przemysłowym smaku, prawdziwy chleb, a nie biała pulpa o konsystencji waty), tego, co nakładamy na skórę i w co się ubieramy (lepiej mieć zestaw 10 ubrań w najlepszym gatunku, które można łączyć ze sobą na wiele sposobów, zamiast setek szmatek, które po dwóch praniach nadają się tylko do kosza); jak i tego, czym się otaczamy – każdy ma swoją definicję luksusu, nie musi on oznaczać przeładowania wnętrza przedmiotami, biały stół z prostą zastawą też jest wyrafinowany i elegancki.

– Szanuj się. Nie ubieraj byle czego, nie otaczaj się byle jakimi, przypadkowymi przedmiotami. Nie jedz w pośpiechu byle jakiego fast foodu, jednocześnie rozmawiając przez komórkę i przeglądając coś na ekranie, ale znajdź chwilę na to, żeby usiąść przy stole jak człowiek i skoncentrować choć przez chwilę na tym, co masz na talerzu. I nie chodzi tu o jakieś burżuazyjne wydziwianie. Bardziej o podejście, o jakim mówią w „Tygodniku Powszechnym” sprzed dwóch tygodni Adam i Maria Wodniccy. On: „Czasem pomaga przeniesienie najzwyklejszych czynności do innej warstwy, o której wspominałem – zaklinania rzeczywistości, która zaczyna być ciężka. W czasie stanu wojennego mieliśmy okres wyjątkowo trudny materialnie. Bywało, że chodziliśmy głodni. Czasem żonie udało się kupić na placu jedno jajko. Wtedy urządzaliśmy święto. Wiązałem krawat, ubierałem białą koszulę. Zapalaliśmy świecę i puszczaliśmy sobie Bacha.” Ona: „Ja wkładałam biżuterię i kręciłam loki. Uważnie gotowaliśmy jajko na miękko i uroczyście dzieliliśmy je na dwoje. Czuliśmy się najedzeni.”

Źródło: Adieu Tristesse

– Umiej wybierać, zastanawiaj się, czego naprawdę chcesz, a co tylko podsuwa ci jako „twoje” reklama albo inni, na których akurat zdarzyło ci się zapatrzeć. To dotyczy również przyjaciół. Lepiej mieć niewielu, ale naprawdę sprawdzonych, zamiast licznych, niewiele wartych na dłuższą metę kontaktów.

– Ciesz się chwilą, korzystaj z drobnych przyjemności (od razu przypomina się Amelia rozbijająca łyżką skorupkę creme brulee), znajduj je nawet w czynnościach zwykłych i powtarzalnych, wtedy nie będą tak ciążyć. Zwolnij, nie biegnij od jednego zadania do drugiego, naucz się koncentrować na tym, które aktualnie masz do wykonania. Nie obwiniaj się za chwile rozprężenia czy lenistwa, masz do nich prawo.

– Umiej świętować – zapraszaj przyjaciół z różnej okazji, świętuj razem z nimi, świętuj samotnie – choćby czytając dobrą książkę.

– Dbaj o siebie. Nie wychodź na ulicę „rozmamłana”, nawet po bułki, nigdy nie wiadomo, na kogo wpadniesz przypadkiem za rogiem. Rozmamłaniem wyrażasz nie tylko brak szacunku dla innych, ale przede wszystkim do własnej osoby.

– Zostaw miejsce na niedopowiedzenia, jakiś rodzaj tajemnicy. Nie opowiadaj wszystkim ze szczegółami swojego prywatnego życia, z wyjątkiem zaufanych przyjaciół, nie plotkuj o innych, nie dopytuj natarczywie o ich sprawy, naucz się milczeć i rozmawiać „o czymś”,  przyjmuj komplementy ze strony otoczenia naturalnie, z godnością, bez odruchu warunkowego, jakim często jest obniżanie rangi własnych osiągnięć, żeby nie wydać się bufonem.

– Zamiast wydawać krocie na karnety do siłowni i inne wymyślne ćwiczenia, z których i tak korzystasz sporadycznie albo wcale, włącz ruch do codziennych czynności. Idź do pracy piechotą albo wsiądź na rower. Zamiast korzystać z windy, użyj schodów. To wypróbowane sposoby Francuzek, które nie znoszą wyciskać z siebie siódmych potów, jeśli nie muszą – a jednak większości z nich udaje się zachować dobrą sylwetkę.

– Nie przywiązuj wagi do aktualnych wyznaczników statusu. Doceniaj to, co masz. Nie żyj ponad stan, nie zadłużaj się, żeby udowadniać innym, że należysz do lepszej kasty – najnowszym gadżetem, marką samochodu, bijącymi po oczach logo czy apartamentowcem za miastem kupionym na kredyt, do którego jedziesz godzinę, przeklinając w korkach. Prawdziwa klasa to przede wszystkim dobre maniery, odpowiednia prezencja i to, co masz w głowie, nie w portfelu.

– Korzystaj z dóbr kultury – zamiast wgapiać się non stop w telewizor czy komputer, poczytaj książkę, idź do kina, teatru, muzeum. To nie są propozycje tylko dla snobów.

– Umiej odpoczywać. W weekend wyłącz telefon, schowaj komputer i przestań patrzeć na zegarek. Rób tylko to, co sprawia ci przyjemność. Dla Francuzów les vacances to czas święty. Niekoniecznie trzeba go spędzić na wczasach all inclusive albo na intensywnym kursie kitesurfingu na egzotycznej wyspie (choć, żeby było jasne, nie mam nic przeciw takim formom spędzania czasu, jeśli ktoś lubi, a nie kieruje się przymusem towarzyskim). Równie dobrze może to być dom w lesie albo nawet – jeśli i na to nas nie stać – własne miasto, odkrywane w trybie wakacyjnym, z perspektywy turysty.

Źródło: MUUS

Dlaczego o tym piszę? Bo wydaje mi się, że w Polsce przyszedł wreszcie czas, żeby na nowo taki styl życia docenić. Przez czterdzieści lat biedowaliśmy, przyjemności dostępne na codzień Francuzom były dla nas nieosiągalne, ale mimo to umieliśmy się bawić, rozmawiać ze sobą, znajdować urok w rzeczach zwyczajnych. Potem, gdy przyszła długo oczekiwana wolność, ulegliśmy mitowi „Hameryki”. Niedościgłym ideałem i symbolem zaradności stał się dla wielu człowiek pnący się po szczeblach kariery w korporacji, nie rozstający się z telefonem i puchnącym od zadań kalendarzem, nie mający na nic czasu, biegający z obłędem w oczach i kawą w papierowym kubku. Harujący, żeby wziąć jak największy kredyt, kupić jak największy samochód i dom.

Kryzys trochę przewartościował to podejście. Okazuje się, że nie ma dożywotniej gwarancji etatu, że korporacyjny pracodawca wcale nie musi docenić wieloletniego poświęcenia. Kredyt trzeba spłacać, relacje międzyludzkie, które zaniedbaliśmy, rozpadają się, a te powierzchowne były dobre na czas, kiedy byliśmy na fali. Teraz telefon już nie dzwoni, wielki dom na przedmieściach pustoszeje. Zaczynamy się zastanawiać, co robić dalej, co jest dla nas naprawdę ważne, czego chcemy od życia. To dobry moment na zmianę.

*Notabene, Elaine Sciolino dowodzi, że Sarkozy dlatego nie podbił serc Francuzów, że nie posiadł tej sztuki – był zbyt prostolinijny, zbyt nuworyszowski i z ducha amerykański. 

Otagowane , , , , , , , , ,