Francuska miłość, cz. 2

Jedno z najczęściej używanych słów w języku francuskim to „seduction” (pokusa, kuszenie, uwodzenie) i związany z nim czasownik „seduire” – pisze amerykańska dziennikarka Elaine Sciolino w książce „La Seduction. How the French Play the Game of Life”. Słowa te mają szersze znaczenie niż w innych językach. „Grand seducteur” (wielki uwodziciel) to niekoniecznie Casanova. Może być politykiem, który hipnotyzuje swoją osobowością wyborców*, wyjątkowo skutecznym sprzedawcą albo taksówkarzem, cenionym przez klientów za bezbłędną jazdę i umiejętność konwersacji. A to dlatego – pisze Sciolino – że słowo „seduction” jest nierozłącznie związane z tym, co Francuzi nazywają „plaisir” – sztuką tworzenia i czerpania przyjemności rozmaitego rodzaju. Francuzi są w niej mistrzami (a przynajmniej za takowych uchodzą), co daje im osobistą satysfakcję i narzędzie do uwodzenia innych. Stworzyli lub udoskonalili wiele codziennych przyjemności: perfumy, ogrody, wina, dzieła sztuki. Przede wszystkim zaś pozwalają sobie zaspokajać potrzebę przyjemności i odpoczynku na codzień, podczas gdy kultura amerykańska, sławiąca kult ciężkiej pracy, superkapitalistyczna, praktyczna do bólu i abstynencka zazwyczaj jej sobie odmawia.

Źródło: Vanilla Scented

Coś w tym jest, trzeba przyznać: stąd wysyp blogów i książek o tematyce frankofilskiej, a ściślej: sławiących dobre życie w wersji francuskiej, o których pisałam w poprzednim poście. Zanim jednak poddamy się jakże przyjemnej iluzji dobrego życia w pięknej Francji, warto pamiętać – co przypomina również autorka „La Seduction” – że mamy czasy globalizacji, a więc francuska prowincja to nie tylko rodzinne farmy z kilkusetletnią historią, ale i sporo szpetnych zakładów przemysłowych, że designerskie torebki, do niedawna wytwarzane w małych warsztatach, teraz szyte są w Chinach, a perfumy, zamiast pod okiem firmowych „nosów” na farmach kwiatowych w Grasse, powstają w nowojorskich laboratoriach (polecam przy okazji książkę Dany Thomas „Luksus. Dlaczego stracił blask”, rozwijającą ten temat), że restauracje w centrum Paryża serwują tradycyjną zupę cebulową na bazie mrożonek, i tak dalej, i tak dalej. Podstawowe zasady, na jakich opiera się owo dobre życie, są jednak wystarczająco uniwersalne, żeby praktykować je gdziekolwiek, nie musząc przenosić się nad Sekwanę ani do Prowansji. Oto one, w kolejności przypadkowej:

– Stawiaj na jakość, korzystaj tylko z najlepszych rzeczy, jakie możesz znaleźć. To tyczy się zarówno posiłków (świeże warzywa i owoce z targu zamiast kupowanych w hipermarketach mutantów o przemysłowym smaku, prawdziwy chleb, a nie biała pulpa o konsystencji waty), tego, co nakładamy na skórę i w co się ubieramy (lepiej mieć zestaw 10 ubrań w najlepszym gatunku, które można łączyć ze sobą na wiele sposobów, zamiast setek szmatek, które po dwóch praniach nadają się tylko do kosza); jak i tego, czym się otaczamy – każdy ma swoją definicję luksusu, nie musi on oznaczać przeładowania wnętrza przedmiotami, biały stół z prostą zastawą też jest wyrafinowany i elegancki.

– Szanuj się. Nie ubieraj byle czego, nie otaczaj się byle jakimi, przypadkowymi przedmiotami. Nie jedz w pośpiechu byle jakiego fast foodu, jednocześnie rozmawiając przez komórkę i przeglądając coś na ekranie, ale znajdź chwilę na to, żeby usiąść przy stole jak człowiek i skoncentrować choć przez chwilę na tym, co masz na talerzu. I nie chodzi tu o jakieś burżuazyjne wydziwianie. Bardziej o podejście, o jakim mówią w „Tygodniku Powszechnym” sprzed dwóch tygodni Adam i Maria Wodniccy. On: „Czasem pomaga przeniesienie najzwyklejszych czynności do innej warstwy, o której wspominałem – zaklinania rzeczywistości, która zaczyna być ciężka. W czasie stanu wojennego mieliśmy okres wyjątkowo trudny materialnie. Bywało, że chodziliśmy głodni. Czasem żonie udało się kupić na placu jedno jajko. Wtedy urządzaliśmy święto. Wiązałem krawat, ubierałem białą koszulę. Zapalaliśmy świecę i puszczaliśmy sobie Bacha.” Ona: „Ja wkładałam biżuterię i kręciłam loki. Uważnie gotowaliśmy jajko na miękko i uroczyście dzieliliśmy je na dwoje. Czuliśmy się najedzeni.”

Źródło: Adieu Tristesse

– Umiej wybierać, zastanawiaj się, czego naprawdę chcesz, a co tylko podsuwa ci jako „twoje” reklama albo inni, na których akurat zdarzyło ci się zapatrzeć. To dotyczy również przyjaciół. Lepiej mieć niewielu, ale naprawdę sprawdzonych, zamiast licznych, niewiele wartych na dłuższą metę kontaktów.

– Ciesz się chwilą, korzystaj z drobnych przyjemności (od razu przypomina się Amelia rozbijająca łyżką skorupkę creme brulee), znajduj je nawet w czynnościach zwykłych i powtarzalnych, wtedy nie będą tak ciążyć. Zwolnij, nie biegnij od jednego zadania do drugiego, naucz się koncentrować na tym, które aktualnie masz do wykonania. Nie obwiniaj się za chwile rozprężenia czy lenistwa, masz do nich prawo.

– Umiej świętować – zapraszaj przyjaciół z różnej okazji, świętuj razem z nimi, świętuj samotnie – choćby czytając dobrą książkę.

– Dbaj o siebie. Nie wychodź na ulicę „rozmamłana”, nawet po bułki, nigdy nie wiadomo, na kogo wpadniesz przypadkiem za rogiem. Rozmamłaniem wyrażasz nie tylko brak szacunku dla innych, ale przede wszystkim do własnej osoby.

– Zostaw miejsce na niedopowiedzenia, jakiś rodzaj tajemnicy. Nie opowiadaj wszystkim ze szczegółami swojego prywatnego życia, z wyjątkiem zaufanych przyjaciół, nie plotkuj o innych, nie dopytuj natarczywie o ich sprawy, naucz się milczeć i rozmawiać „o czymś”,  przyjmuj komplementy ze strony otoczenia naturalnie, z godnością, bez odruchu warunkowego, jakim często jest obniżanie rangi własnych osiągnięć, żeby nie wydać się bufonem.

– Zamiast wydawać krocie na karnety do siłowni i inne wymyślne ćwiczenia, z których i tak korzystasz sporadycznie albo wcale, włącz ruch do codziennych czynności. Idź do pracy piechotą albo wsiądź na rower. Zamiast korzystać z windy, użyj schodów. To wypróbowane sposoby Francuzek, które nie znoszą wyciskać z siebie siódmych potów, jeśli nie muszą – a jednak większości z nich udaje się zachować dobrą sylwetkę.

– Nie przywiązuj wagi do aktualnych wyznaczników statusu. Doceniaj to, co masz. Nie żyj ponad stan, nie zadłużaj się, żeby udowadniać innym, że należysz do lepszej kasty – najnowszym gadżetem, marką samochodu, bijącymi po oczach logo czy apartamentowcem za miastem kupionym na kredyt, do którego jedziesz godzinę, przeklinając w korkach. Prawdziwa klasa to przede wszystkim dobre maniery, odpowiednia prezencja i to, co masz w głowie, nie w portfelu.

– Korzystaj z dóbr kultury – zamiast wgapiać się non stop w telewizor czy komputer, poczytaj książkę, idź do kina, teatru, muzeum. To nie są propozycje tylko dla snobów.

– Umiej odpoczywać. W weekend wyłącz telefon, schowaj komputer i przestań patrzeć na zegarek. Rób tylko to, co sprawia ci przyjemność. Dla Francuzów les vacances to czas święty. Niekoniecznie trzeba go spędzić na wczasach all inclusive albo na intensywnym kursie kitesurfingu na egzotycznej wyspie (choć, żeby było jasne, nie mam nic przeciw takim formom spędzania czasu, jeśli ktoś lubi, a nie kieruje się przymusem towarzyskim). Równie dobrze może to być dom w lesie albo nawet – jeśli i na to nas nie stać – własne miasto, odkrywane w trybie wakacyjnym, z perspektywy turysty.

Źródło: MUUS

Dlaczego o tym piszę? Bo wydaje mi się, że w Polsce przyszedł wreszcie czas, żeby na nowo taki styl życia docenić. Przez czterdzieści lat biedowaliśmy, przyjemności dostępne na codzień Francuzom były dla nas nieosiągalne, ale mimo to umieliśmy się bawić, rozmawiać ze sobą, znajdować urok w rzeczach zwyczajnych. Potem, gdy przyszła długo oczekiwana wolność, ulegliśmy mitowi „Hameryki”. Niedościgłym ideałem i symbolem zaradności stał się dla wielu człowiek pnący się po szczeblach kariery w korporacji, nie rozstający się z telefonem i puchnącym od zadań kalendarzem, nie mający na nic czasu, biegający z obłędem w oczach i kawą w papierowym kubku. Harujący, żeby wziąć jak największy kredyt, kupić jak największy samochód i dom.

Kryzys trochę przewartościował to podejście. Okazuje się, że nie ma dożywotniej gwarancji etatu, że korporacyjny pracodawca wcale nie musi docenić wieloletniego poświęcenia. Kredyt trzeba spłacać, relacje międzyludzkie, które zaniedbaliśmy, rozpadają się, a te powierzchowne były dobre na czas, kiedy byliśmy na fali. Teraz telefon już nie dzwoni, wielki dom na przedmieściach pustoszeje. Zaczynamy się zastanawiać, co robić dalej, co jest dla nas naprawdę ważne, czego chcemy od życia. To dobry moment na zmianę.

*Notabene, Elaine Sciolino dowodzi, że Sarkozy dlatego nie podbił serc Francuzów, że nie posiadł tej sztuki – był zbyt prostolinijny, zbyt nuworyszowski i z ducha amerykański. 

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , ,

6 thoughts on “Francuska miłość, cz. 2

  1. Agata pisze:

    Inspirujący wpis. A co do bloga, bardzo podoba mi się, że każdy post jest przemyślany i dobrze napisany, aż przyjemnie się czyta :). Pozdrawiam, kibicuję i na pewno będę zaglądać.

  2. Olga pisze:

    Całkowicie zgadzam się z treścią poprzedniego komentarza. Takiego bloga szukałam. Czekam na więcej. Pozdrawiam.

  3. Martyna pisze:

    Piękny wpis, przeczytałam go 3 razy i chyba go sobie wydrukuję 🙂
    Dziś trafiłam na Twojego bloga i przepadłam, jakbym czytała swoje przemyślenia, tylko składnie i ładnie napisane (i odziane w ładny blogowy szablon z wyjustowanym tekstem, jak ja to lubię!).

  4. Dokładnie o tym samym pisze Dominique Loreau w „Sztuce prostoty”, którą się ciągle inspiruję. Ale cóż się dziwić – jest Francuzką 😉
    Proste rzeczy: zawsze odprasowane, pachnące ubrania, kąpiel i uczesanie włosów przed śniadaniem czy ciche i dokładne zamknięcie szafki to właśnie te małe codzienne przyjemności, które uwielbiam!
    Im bardziej staram się doszlifować najdrobniejszy element życia, nawet pozamiatanie podłogi, tym bardziej widzę jak bardzo „bylejacy” są ludzie dookoła mnie (mieszkam w domu z sześcioma innymi osobami) – niepozgarnianie okruszków ze stołu po śniadaniu, niedokręcenie kranu, paradowanie w poprutych bokserkach…
    Nie widzą, że jakiś mały gest mógłby tak poprawić nastrój 🙂

  5. Sandra pisze:

    ” Nie wychodź na ulicę „rozmamłana”, nawet po bułki, nigdy nie wiadomo, na kogo wpadniesz przypadkiem za rogiem. Rozmamłaniem wyrażasz nie tylko brak szacunku dla innych, ale przede wszystkim do własnej osoby.” To zdanie mnie zdruzgotało. Nie bardzo rozumiem czym istotnym różni się taki styl od tego „masowego”. Jak dla mnie to wyszło na „to samo tylko inaczej”. Teza dla mnie zupełnie niezrozumiała… ja właśnie dla prostszego życia bym ją odwróciła 🙂
    Pozdrawiam

    • minimalplan pisze:

      A ja nie za bardzo rozumiem Twoją uwagę… Akurat ta zasada wydaje mi się dość oczywista – chodzi w niej o to, by z szacunku, jeśli nie dla innych, to przynajmniej dla samego siebie, prezentować się godnie, wychodząc do ludzi. Ma tyleż wspólnego ze stylem francuskim, co z dobrym wychowaniem – zawsze z podziwem patrzę na starsze panie i panów na ulicy, również polskiej, którzy nie wbijają się w byle dres czy bezkształtne odzienie-worek, ale trzymają fason – jakaś marynarka, płaszcz, nawet jeśli lekko wytarte i nie ostatniej mody, apaszka, ułożone włosy. Pokazują, że nie jest im wszystko jedno i mam wrażenie, że przez to też sami jakoś czują się lepiej, niż gdyby poddali się i rozmemłali, bo przecież „w tym wieku już nic od życia oczekiwać nie można”…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: