O kosztach

Kiedy zimą tego roku zawoziłam na raty sterty nienoszonych/niepasujących/niesprzedanych na Allegro albo podczas garage sale ubrań do Caritasu (uwaga –  po długich poszukiwaniach udało mi się odnaleźć adres, pod którym codziennie można oddać odzież, oczywiście wypraną i wciąż w dobrym stanie – jeśli ktoś mieszka w Warszawie, polecam: ulica Żytnia 1A), z każdą kolejną partią „towaru” żałowałam tym bardziej, że odpowiednio wcześnie nie usłyszałam o zasadzie „cost per wear” i nie wzięłam jej sobie do serca. Zasadę tę można zdefiniować najkrócej: im częściej nosisz daną rzecz, tym niższy jest jej realny koszt zakupu, niezależnie od zapłaconej na początku ceny. I tym szybciej ta cena się zwraca. Nawiązując do poprzednich dwóch wpisów, to podejście idealnie wpisuje się też w filozofię francuskiego stylu, a konkretnie w zasadę zachęcającą do korzystania z rzeczy w możliwie najlepszym gatunku, pod warunkiem, że leżą na nas jak ulał.

Gdybym poznała tę zasadę wcześniej, zamiast kupować  pod wpływem impulsu dziesiątki kiepskiej jakości ubrań, zwykle w sieciówkach, albo ubrań niemierzonych wcześniej, a tak pięknie wyglądających na zdjęciach w serwisach Etsy czy Ebay,  roztrwonione w ten sposób pieniądze mogłabym spokojnie zainwestować w droższe, za to znacznie trwalsze i pasujące do mnie, podstawowe elementy garderoby. Nie stawałabym może tak często przed pękającą w  zawiasach szafą w panice, w co by też się dzisiaj ubrać. Nie musiałabym też teraz kursować na drugi koniec śródmieścia z torbą wypełnioną fatałaszkami, których jedynym atutem były atrakcyjne wzory, kolory albo modny akurat w danym sezonie fason.  Dodam od razu: nie jest też tak, że sieciówki to najgorsze zło, i w nich zdarzają się nabytki służące latami (choć coraz trudniej na nie trafić, bo mam wrażenie, że jakość oferowanych przez nie ubrań w ciągu ostatnich kilku lat drastycznie spadła; poświęcę temu odrębny wpis). A to, w czym nam do twarzy i co uznamy za owe podstawowe elementy – to już kwestia indywidualna. Inna sprawa, że nadmierne zamiłowanie do sieciówek skutkuje atakiem klonów: wystarczy przejrzeć większość polskich blogów z modą uliczną albo tzw. szafiarskich, gdzie królują zestawy: Zara, H&M, C&A i tym podobne. A styl ma to do siebie, że jest nasz i tylko nasz, nie można go kopiować. Ten temat pojawił się nawet ostatnio w radiu.

Kierując się wspomnianą zasadą „cost per wear” i jeszcze kilkoma innymi, rodem z poprzednich wpisów, w ciągu ostatnich kilku miesięcy zrobiłam rewolucję we własnej szafie i wcale nie żałuję. Pozbyłam się wszystkiego, co było za małe, za duże, deformowało mnie, postarzało albo sprawiało, że wyglądałam „jak zmyta” (patrz poprzedni wpis), po pierwszym praniu przypominało szmatę, pruło się albo wyglądało tandetnie.  Precz poszły wszystkie ubrania z tworzyw sztucznych – nigdy więcej!!! A potem zainwestowałam w rzeczy ponadczasowe, które pasują do mojego typu urody i sylwetki, z dobrych gatunkowo materiałów i dobrze uszytych. Przekonałam się też do kilku marek, które do tej pory wydawały mi się poza moim cenowym zasięgiem. Bynajmniej nie mam na myśli tych najbardziej luksusowych, raczej średnią, ale sprawdzoną półkę.

Źródło: Danse De Lune

Bolało, ale są efekty. Wiem, w czym wyglądam dobrze i w czym dobrze się czuję. Skompletowanie stroju na dany dzień przychodzi mi bez trudu. Poza tym istotnie noszę nowe nabytki na okrągło, co znacząco zmniejsza koszty ich zakupu. Nauczyłam się, że ilość niekoniecznie przechodzi w jakość i że 75 proc. rzeczy zakupionych impulsowo, „bo były takie tanie” albo upolowanych podczas wyprzedaży, powinna pozostać tam, skąd je wzięłam – czyli na sklepowych wieszakach. Nie pasowały do mnie, a gdy już sobie to uświadamiałam – zwykle po jednym lub kilku próbach występu w tych nabytkach – było niestety za późno by je oddać, leżały więc latami bezużyteczne, zajmując miejsce na półkach. Co ciekawe, pozbyłam się też większości internetowych zdobyczy vintage, przysięgając sobie przy okazji solennie, że nigdy więcej nie kupię w sieci czegoś, czego wcześniej nie przymierzę w realu (chyba, że będą to dodatki albo że znam doskonale rozmiarówkę danej firmy).

Źródło: Danse De Lune

Dalsze konsekwencje: odkąd skompletowałam wszystkie niezbędne elementy mojej garderoby, nie snuję się tak często jak dotąd po galeriach handlowych, bo po co? Brakuje mi tylko kilku rzeczy na liście, wiem już, gdzie mogę je znaleźć, a że są to rzeczy oferowane przez producentów z sezonu na sezon, kupię je, gdy będzie mnie stać. Szerokim łukiem omijam sieciówki, bo – patrz poprzednie akapity, a poza tym wiem, że nie znajdę tam zadowalającej mnie jakości. Wiem już, że niektóre rzeczy, choć z pozoru zwyczajne, warte są swojej ceny. A niektóre marki – renomy.  Dodam, że moja siła nabywcza nie zmieniła się w tym czasie, więc nikt nie przekona mnie, że studenta czy osobę zarabiającą tzw. średnią krajową stać tylko na tanie ciuchy z sieciówek czy działów odzieżowych hipermarketów. Kwestia przestawienia sobie priorytetów i nabycia umiejętności dłuższego odkładania na zaplanowane z góry cele, zamiast oczekiwania szybkiej gratyfikacji.

Źródło: Topknot

Poza tym dostrzegłam (i poprawcie mnie, jeśli tkwię w błędzie!), że my, Polacy, wciąż jesteśmy skażeni myśleniem, które nazwałabym postpeerelowskim: z jednej strony uważamy, że nie godzi się zbyt wiele wydawać na siebie, zwłaszcza na tak ulotne dobra jak ubrania. A niby czemu nie? Szacunek do siebie obejmuje i ten aspekt. Z drugiej: gdy już nas na to stać, często przesadzamy w drugą stronę, epatując przedmiotami, które – owszem – rzucają się w oczy, ale ze stylem czy elegancją, a często także wygodą i twarzowością nie mają wiele wspólnego. Te wszystkie torby ze złotym logo, te buty powyginane w najdziwniejsze kształty i w dzikich kolorach, lansowane przez niektóre celebrytki…. Celebrytkom ujdzie, ale komuś, kto nie jest stałym bywalcą kronik towarzyskich, taki zakup na dłuższą metę będzie średnio przydatny. Toż to dwa ekstrema, przypomina się profesor Antoni Kępiński i jego teoria o polskim charakterze narodowym: że trochę w nas prostego kmiecia, a trochę szlachciury z podejściem „zastaw się, a postaw się”! Chyba trochę w niej prawdy…..

I tu dochodzimy do paradoksu: wiele osób nie zawahałoby się przed wydatkiem kilku tysięcy złotych na torbę ze złotym logo, podpatrzoną u gwiazd z telewizji, ale krzywią się, widząc metkę z wyższą ceną przy rzeczach prostych i ponadczasowych. A to one właśnie służą nam na codzień. Wcale nie potrzebujemy ich wiele, bo można je nosić na okrągło, tylko w różnych zestawach i zmieniając dodatki. Powiedzenie, że „biednych nie stać na taniochę” jest, niestety, boleśnie prawdziwe.

Reklamy
Otagowane , , , ,

3 thoughts on “O kosztach

  1. Phalange pisze:

    Przyznam się, że nie rozumiem tego szału na kupowanie ogromnej ilości ciuchów „bo jest okazja”. (A moje koleżanki zupełnie nie pojmują jak można nie robić zakupów 😉 Fakt, gdy zamieszkałam za granicą i zobaczyłam jak wyglądają prawdziwe wyprzedaże, naszło mnie małe szaleństwo zakupowe, ale szybko się otrząsnełam. Niestety mimo świadomości, że nie potrzebuję wiele aby dobrze wyglądać, nadal nie mogę sobie poradzić z moją garderobą. I mimo że zgadzam się w 100%, że biednych na taniochę nie stać, to jednak ciągle mam opory przed wydaniem większej sumy na ciuchy. I znowu winne są wyprzedaże, bo wiem, że za kilka tygodni dana rzecz będzie 50% tańsza i wolę zaczekać. A potem niestety już jej nie ma. Zazdroszczę Ci, że tak dobrze Ci idzie 🙂

  2. Petitka pisze:

    Pochwal się proszę jakie to marki?;). Coś pomiędzy sieciówką a marką luksusową?. Ja od kilku miesięcy też mam stworzoną listę do tzw. capsule wardrobe i staram się jej konsekwentnie trzymać, zdarza mi się wyłamać od czasu do czasu, ale faktycznie coraz rzadziej w ogóle chodzę do galerii i ….dobrze mi z tym:). Szafa czeka jeszcze na odgruzowanie, ale mam wrażenie, że u mnie to jakaś psychiczna niemoc – czyli powiedzenie sobie, że czas skończyć z udawaną wersją mnie samej, którą przez kilka miesięcy/lat ostatnich byłam, bo chciałam być trendy, modna i na czasie….

    • minimalplan pisze:

      🙂 moje największe odkrycie to a.p.c., ale nie ma ich w Polsce, najbliższy sklep chyba w Berlinie, choć można kupować przez Internet (wysyłają do nas też). Ceny niestety koszmarne, dlatego jedyną opcją jest polowanie na wyprzedaże, kiedy wszystko można dostać za połowę tego, co pierwotnie było na metce. Drugie takie odkrycie – brytyjski Toast, też niestety na razie tylko podczas wyjazdów albo online. Z marek dostępnych na naszym rynku dość dobre gatunkowo wydają mi się rzeczy z Benettona i Sisleya – np. wełniane swetry, mam też sztruksowe spodnie które noszę już chyba z 7 lat, nie do zdarcia. Ale ostatnio trochę się tam pogorszyło… Podobnie z Jackpot&Cottonfield – super lny i bawełny, tylko nie zawsze pasuje mi wzornictwo w stylu „wiejska łączka” 🙂 No i odkrycie ostatnich miesięcy – szwedzko-niemiecki Marc`O Polo, otworzył już kilka sklepów w naszym kraju. Z rodzimych – Solar, Simple, niektóre rzeczy w Tatuum, choć jakoś głupio czytać na metkach, że produkują w Chinach… Postaram się poświęcić temu zagadnieniu osobny wpis, bo nawet w przypadku takich marek czasem bywa różnie z jakością – niektóre kategorie ubrań są rzeczywiście bez zarzutu, ale zdarzają się też wpadki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: