Co ma powolność do polityki

Media dostrzegły książkę Carla Honore, której poświęciłam pierwszy wpis na tym blogu, i opisywane w niej zjawisko „spowalniania” w różnych dziedzinach życia. Rozmowa z autorem „Pochwały powolności” pojawiła się w ostatnim numerze „Polityki”.  Ale ja nie tylko o tym. Kilka tygodni wcześniej, w innym periodyku – cotygodniowym dodatku do „Rzeczpospolitej” pod tytułem „Plus Minus” także zagościł temat niespiesznej egzystencji. Za to w jakim kontekście! Ujrzawszy okładkę – rysunek przedstawiający (z tego, co pamiętam) relaksującą się na zielonej murawie panią oraz jej psa,  a na tle tego sielskiego widoku tytuł  „Slow food, powolny seks, niespieszna rewolucja” – pomyślałam – no, no, jak miło, że i tutaj redaktorzy tak szybko dostrzegli, co w trawie piszczy! W miarę lektury, entuzjazm jednak malał, rosło natomiast zdziwienie.

Autor tekstu już w pierwszych akapitach ujawniał swą misję: demaskacji Honore i jemu podobnych. Cała ta „slow rewolucja”, to nic innego przecież jak „odświeżone idee lewicy z lat sześćdziesiątych”. Carlo Petrini, wspominany w książce lider ruchu slow food, był przecież kiedyś krytykiem kulinarnym dwóch włoskich dzienników komunistycznych („Il Manifesto” i „L’Unita”), i zdobył rozgłos w 1986 roku dzięki protestowi przeciw otwarciu restauracji McDonald’s nieopodal Schodów Hiszpańskich w Rzymie. A, i jeszcze jest „prawdziwym celebrytą, bywającym na salonach Europy i obu Ameryk”. W dodatku „wydawnictwo reklamuje „Pochwałę powolności” hasłem, że to książka, „która jest dla ruchu Slow tym, czym »Kapitał« dla komunizmu”. No i wszystko jasne, my już wiemy, z kim mamy do czynienia. Z takiej mąki dobrego chleba (tym bardziej wieloziarnistego) nie może być. Miejmy się na baczności.

Kpinom w kolejnych akapitach, rozwijających powyższą tezę, nie ma więc końca: „spowolnienie” to zabawa dla różnych artystycznych dusz z lewackimi poglądami i wypchanym portfelem, co to zmęczyli się kapitalizmem pozwalającym zarabiać do syta, więc emigrują na wieś i tam „kupują sobie pałac do remontu albo stawiają oryginalną chatę z bali”, by ubrani w giezła z organicznej bawełny bawić się w uprawę rzeżuchy czy aronii, domagając się jeszcze unijnego wsparcia dla tych fanaberii. A niby dlaczego, pyta autor, czemu podatnicy mają zrzucać się na jakąś rzeżuchę. Smutno się robi, bo nie przypuszczałam, że  kupując pyszną kozią bryndzę i dżem pomarańczowy w sklepie ze zdrową żywnością na mojej ulicy, zamiast paczkowanego półproduktu z supermarketu, dokonuję jakiegoś politycznego wyboru. A, ja głupia, myślałam, że kieruję się wyłącznie kaprysami moich kubków smakowych. Myślałam też, że komu jak komu, lecz zorientowanym pronarodowo publicystom, powinno zależeć na rodzimej bryndzy czy innym oscypku, a tym bardziej, by konsumenci z całej Europy płacili za nie krocie (bo wszystko, co zdrowe i powoli przygotowane, musi być drogie – ubolewa autor), nabijając przy okazji kabzę polskim producentom.

Na końcu autor sam się podkłada. Zapytując bowiem: „Czy naprawdę w życiu mamy wybór tylko między hamburgerem z McDonalda a własnoręcznie wyhodowanym karczochem? Czy jeśli nie chcemy osobiście prząść wełny, z której utkamy potem dziecku giezło, oznacza to, że jesteśmy niewolnikami społeczeństwa konsumpcyjnego? Czy jeśli zamiast pięciogodzinnych sesji medytacji nad orgazmem wolimy po prostu pójść do łóżka i uprawiać seks z ukochaną osobą, dowodzi to, że jesteśmy gorsi albo nienormalni? Nie ma dróg pośrednich?”  – udowadnia, że nic nie zrozumiał z książki, w której chodzi właśnie o umiar i zdrowy rozsądek. Ale tak to już jest, gdy widzi się świat w konwencji „czarne-białe”.

A nie można tak zwyczajnie utożsamiać się z filozofią minimalizmu czy też dobrego życia, mając politykę gdzieś albo i nie mając gdzieś, ale niezależnie od niej? Zwłaszcza że znam też (przykładowo) parę osób sympatyzujących z prawą stroną polskiej sceny politycznej, którzy zarazem są zwolennikami budowy ścieżek rowerowych i  wyprowadzenia ruchu samochodowego z centrów miast, czyli tego wszystkiego, co schematycznie myślący zwykli kojarzyć raczej z zieloną lewicą.

Żeby było jasne: nie oczekiwałam ochów i achów, rozwodzenia się jakiż to Honore świetny pisarz, a ideały ruchu slow  – najlepsze remedium na wszelkie bolączki XXI wieku.  Krytyka? Kpina? Czemu nie, byle kpina rzetelna. Sama, mimo sympatii do ruchu opisywanego przez autora, w pierwszym poście wypunktowałam kilka słabości książki, jak choćby wrzucanie do jednego worka z naklejką „slow” zabiegów o podniesienie jakości miejskiej przestrzeni oraz różnych form alternatywnej medycyny. A z drugiej strony – pomieszania gatunków, bo Honore bardzo chciałby być niezaangażowanym reporterem-badaczem, czemu przeczy autentyczna fascynacja opisywanym zjawiskiem, przebijająca z kart każdego rozdziału.

Owszem, są tacy, którzy podchwytują hasła ucieczki na łono natury czy innych przejawów minimalistycznego myślenia i realizują je, dopóki nie przeminie moda. Zawsze byli. Podobnie jak nadgorliwi neofici,  obsesyjnie kontrolujący liczbę posiadanych rzeczy, by nie wyjść poza ustalone minimum i piorący odzienie tylko w łupinach z orzecha. Ich wybór, jeśli tak lubią – czemu nie? Zresztą – szacunek za konsekwencję. Natomiast stosowanie argumentacji, że coś jest be, bo kojarzy się z hasłami nielubianej przez recenzenta kontrkultury lat 60., i sugerowanie, że za zwykłą potrzebą wyhamowania kryje się machinacja światowego lewactwa, to sprowadzanie sprawy do absurdu i wchodzenie z dialogu w monolog. A przy tym, dodam niepoprawnie, też zubażanie własnego życia.

Żródło wszystkich zdjęć: Adieu-Tristesse

Trochę tak jak pewien człowiek, o którym lata i redakcje temu, pisałam kiedyś reportaż. Zwykły urzędnik , dobijający emerytury na państwowej posadzie, który całą energię życiową poświęcał swej pasji: tropieniu obecności szatana w codziennym życiu. Człowiek ów miał w domu opasłe albumy, wypełnione własnoręcznie wykonanymi zdjęciami. Na zdjęciach bilboardy, znaki drogowe, szyldy. Z pozoru niewinne, przed nim odsłaniające jednak złowrogą treść. Na przykład jakaś cena wyeksponowana na billboardzie. Proszę zliczyć cyfry – mówił – i oto wychodził numeryczny odpowiednik jednego z demonów, skatalogowanych wedle podgatunków w tajemnych księgach. Jakiż ten świat różnorodny – pomyślałam sobie, tyle razy mijałam ten cały reklamowy szajs  i nic, co najwyżej myślałam  ze złością, że zaśmieca krajobraz. A on, starszy człowiek ogarnięty nagłą obsesją, potrafił pochylić się nad nim troskliwie i nadać mu własne znaczenie.

A Wy co sądzicie,  Czytelnicy drodzy?

P.S. Dziś kolejny wywiad z autorem „Pochwały powolności” – tym razem w Wysokich Obcasach.

Advertisements
Otagowane , , , , , , ,

4 thoughts on “Co ma powolność do polityki

  1. Olga pisze:

    Jestem w trakcie lektury. Uczucia na razie mieszane… Generalnie idea wydaje się dobra, tylko nie jestem pewna, czy ci, o których pisze Carl rzeczywiście mają na myśli i w sercu jedynie „chwalenie powolności”. Jak każdy pomysł – znajdzie takich, którzy zwęszą po prostu dobry interes. Chyba to jest jednak utopia. Sama spróbowałam na razie po prostu zwolnić, starać się robić nie kilka, a jedną rzecz na raz, jeździć wolniej autem…

    • minimalplan pisze:

      Tak, metoda „złotego środka” sprawdza się chyba najlepiej. Nietrudno sobie wyobrazić, że jeśli ktoś był np. zakupoholikiem, zachwyciwszy się filozofią minimalizmu popadnie w kolejne uzależnienie, obsesyjnie redukując stan posiadania i oglądając wszystko pod lupę, czy aby to zgodne z minimalistycznym kanonem. A to kolejna ślepa uliczka…. Myślę że jeśli idea powolnego życia przypada nam do gustu, to można próbować wcielać ją w życie w tych obszarach i w taki sposób, gdzie najbardziej jej potrzebujemy, nic na siłę.
      A tacy, którzy zwęszyli na tym interes – już się pojawili. Zakładam jednak, że myślący odbiorca-konsument zdoła odróżnić „minimalistyczne” biznesy powstałe z potrzeby serca od tych, których założycielom chodzi tylko o szybkie (nomen omen) nabicie kabzy przy wykorzystaniu aktualnie modnych haseł.

  2. Lena pisze:

    A mi się ta książka bardzo podoba, bo autor ma po prostu bardzo zdroworozsądkowe podejście. Nikomu nie sprzedaje recepty na życie, nie upraszcza – po prostu opisuje swoje obserwacje i badania. Można samemu sobie wyciągnąć wnioski. Bardzo mi się podoba jego styl, niczego nie narzucający. I nie zgadzam się, że to o czym pisze to utopia, bo on przecież opisuje rzeczywistość, a nie przedstawia jakieś wizje z kosmosu. Jeśli ktoś jest mądrym czytelnikiem, wiele może dla siebie z tej książki wyciągnąć.

  3. […] – Francine Jay (Miss Minimalist)” – wywiad z inną autorką bloga o minimalizmie. „Co ma powolność do polityki” – czyli recenzja pewnego artykułu w pewnej ogólnopolskiej […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: