Monthly Archives: Czerwiec 2012

Oda do jakości, część 3

Kilka miesięcy temu opowiadałam koledze o książce Lucy Siegle, tłumacząc, czym jest nowa etyka konsumencka w branży odzieżowej. – A ty w jakich sklepach kupujesz ubrania? – spytał. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, dodał: – Bo może znasz taką markę… Massimo Dutti. Ceny wyjątkowo wysokie. Ubrania na manekinach i wieszakach wyglądają nieźle, ale kiedy już skuszę się i idę z czymś do przymierzalni, czar pryska. Albo materiał dziwny, albo coś źle przyszyte, skrojone nie tak jak trzeba. Słowem – zawsze wyglądam inaczej, niż bym sobie to wyobrażał. I nie kupuję. Próbowałem trzy razy, ale już nie dam im kolejnej szansy.

Aha.

Coś jest na rzeczy, pomyślałam. Bo z  Massimo Dutti miałam podobne doświadczenia. Też dawałam się nabrać, że wyższa cena i elegantsze wnętrze oznacza wyższą jakość niż w sklepach Zara, Bershka czy Stradivarius, notabene należących do tej samej grupy Inditex, tylko kreowanych na marki bardziej pospolite. Tylko uświadomienie sobie prostej prawdy: że opakowanie nie zawsze świadczy o zawartości – zabrało mi więcej czasu niż mojemu rozmówcy.

Nie bez powodu blogerki dłużej zajmujący się tematem radzą, żeby budując własną garderobę, inspirować się męską szafą. I nie chodzi im bynajmniej o styl „na chłopczycę”. Większość mężczyzn jakoś instynktownie potrafi odróżnić lichą jakość od godnej zainwestowania. Być może dzięki temu, a nie z wrodzonej niechęci do odzieżowych zakupów, mogą później nosić te nabytki latami, często dosłownie aż do zdarcia. Być może jest też tak, że producenci męskiej odzieży wiedzą o tym i starają się bardziej? Tutaj ciekawy artykuł na ten temat.

A że jedna z Czytelniczek spytała mnie, które marki odzieżowe uchodzące za „średnią półkę” uważam za sprawdzone i godne polecenia,  poniżej subiektywny (podkreślam!) ich przegląd. Od razu zaznaczę, że nie ma takiej, której ufałabym w 100 procentach. Prawie do każdej mam jakieś uwagi:)

Jackpot&Cottonfield:  Pierwszy sklep na polskim rynku reprezentujący średnie rejestry jakościowo-cenowe, z którym nawiązałam flirt jeszcze w czasach studiów. Do dziś w mojej szafie uchowały się dwie letnie sukienki z porządnego, grubego lnu, w kolorach, które mimo wielokrotnego noszenia nie straciły świeżości. Ale, ale. Ceny wysokie pozostały, zaś podstawowy asortyment  zdominowały, niestety,  motywy kwiatowe. A te, zwłaszcza w odsłonie słodki róż i turkus, nie należą do moich ulubionych. Nie bywam też uczestniczką wyścigów w Ascot. Gdyby skoncentrowali się na prostych, podstawowych ubraniach na każdą okazję (żywe kolory mogłyby zostać) pewnie pozostałabym ich klientką.

Solar: Wysokiej jakości tkaniny, ciekawe wzornictwo. Rodzima firma, co też się chwali. Niestety nazbyt często zdarza się im zmierzać w kierunku, który określiłabym jako ” z szafy starszej pani”  – długość do połowy łydki, jakieś kwiatowe dziergania na sukienkach, brrr. Na szczęście bywają i malarskie inspiracje.  Uwielbiam szale i inne dodatki (i z reguły do tego ograniczają się moje zakupy w sklepach z tym logo).

Simple: Kiedyś, kiedy dopiero zaczynałam odróżniać poszczególne odzieżowe marki, zaprzyjaźniona stylistka wskazywała Simple jako punkt odniesienia, jeśli chodzi o dobrze skrojoną klasykę ” z pazurem”.  I chyba tak zostało. Piszę „chyba” – bo choć kilka razy w ciągu ostatnich lat odwiedziłam ich sklep, nic nie kupiłam.  Obserwacje: wzornictwo nadal super, jednak coraz więcej u nich sztucznych dodatków w tkaninach, których niestety nie trawię.  Zaś z tamtego, początkowego okresu pozostał mi czarny , wąski płaszcz z wełny boucle, nosiłam go kilka zim, niestety później się rozpadł.  Dosłownie – rozjechały się mu szwy na plecach:)  Spódnicę szytą z koła, czarną z czerwonymi lamówkami, zakładam do dziś i zachowuje się bez zarzutu.

Tatuum: Przestałam zaopatrywać się w tych sklepach, kiedy po obejrzeniu kilku metek na wszystkich znalazłam adnotację: „made in China”. A w składzie surowcowym sztuczne włókna. Kiedyś mieli w asortymencie dobrej jakości bawełniane podkoszulki i lniane koszule, teraz  znacznie ich mniej. A w sklepach jakoś coraz bardziej pstrokato i tandetnie. Mam wrażenie, że zmierzają raczej w stronę, którą podążył Reserved. Najpierw przyzwoity standard za przyzwoite pieniądze, potem coraz taniej i niestety również gorzej.

Massimo Dutti:  O tej marce była już mowa powyżej. Niby wszystko w porządku, kolory i fasony przyciągające oko, niby podstawa i klasyka, a jednak jakoś brak obopólnej chemii. Może tylko ja mam takie doświadczenia.  Polecić z czystym sercem mogę więc tylko marynarki i skórzane kurtki (uwaga: dziwna, jakby nieco zaniżona rozmiarówka) – w połączeniu z wyprzedażą, bo wydatek ponad tysiąca złotych na odzienie, nawet jeśli jest to odzienie wierzchnie , które przez trzy lub cztery miesiące w roku na okrągło pokazujemy światu, może być jednak zbyt bolesny dla portfela.

Benetton&Sisley: Wiem, że mieli wpadki z etycznym traktowaniem zwierząt (australijskie owce), wiem że są mistrzami PR, ale mam do nich słabość. Z jakością bywa różnie. Dwie pary sztruksów, kupionych – uwaga! – dziesięć lat temu, dotrwało do dziś i wciąż nie są nawet przetarte, choć należały do kategorii ulubionych i noszonych na okrągło. Buty – mam trzy pary – sprawdzają się znakomicie. Podobnie swetry z prawdziwej wełny. Natomiast płaszcze i kurtki – przynajmniej te, które oglądałam ostatniej zimy – już jakieś nie teges. Wiatrem podszyte, jakby ktoś powiedział, wełna z domieszkami (pół na pół), łatwo „obierająca się” wszystkim, co znajdzie się w  zasięgu. Co innego kurtki puchówki, te rzeczywiście gwarantują, że przetrwamy zimę bez odmrożeń.

Toast: Brytyjska marka, niestety nieobecna w naszym kraju. Szkoda, bo to zacny, wysokogatunkowy casual. Jeśli szuka się prostej sukienki w grochy, letniej spódnicy do kostek, skórzanej torby w miejskim stylu, można w ciemno zajrzeć właśnie tam (w Polsce do ich sklepu internetowego). Jako że to Wielka Brytania, widać dużo wzorów w łączkę i kratkę.

Muji: Przypadek osobny, bo trudno „japońską Ikeę” uznać za markę średniej półki, choć oferta jej odzieżowej sekcji nie należy do najtańszych, jeśli oceniać ją przez pryzmat polskiej siły nabywczej. Ubrania Muji wykonane są z dobrych tkanin (jak choćby bawełna organiczna) i dobrze uszyte. Należą do gatunku, który miło się ogląda i dotyka na wieszakach. Nie wszystkie jednak równie dobrze wyglądają na rzeczywistym modelu, a to ze względu na specyficzne kolory i kroje  O ile kolorystyka (czernie, szarości, biele i beże, od czasu do czasu mignie khaki, jakaś przygaszona zieleń czy granat) w zupełności mi odpowiada, to krój, który sprawdza się na Japonkach, już niekoniecznie. Może to kwestia kulturowa (w Polsce sukienki a la namiot nieodmiennie kojarzą się z odzieżą ciążową). Za to pasiaste  T-shirty Muji i podkoszulki z długimi rękawami nie mają sobie równych. Petit Bateau, rozreklamowane w odniesieniu do „le mariniere” jako wzorzec z Sevres może się schować. Świetne są też koszule z miękkiej bawełny.

COS: Czyli Collection of Style. Wyższa półka koncernu Hennes and Mauritz, która niedawno zadebiutowała fizycznie na polskim rynku (sklep w Warszawie), a kilka miesięcy wcześniej uruchomiła do naszego kraju wysyłkę towarów ze sklepu internetowego. W COS zaopatrywałam się dotąd w T-shirty z lepszej gatunkowo bawełny,  ale pozostały asortyment. też wart jest grzechu. Asymetria, dekonstrukcja, klasyka, ale zaskakująca na każdym kroku. Rozmiarówka duża (zazwyczaj kupuję ubrania w rozmiarze M lub S, tutaj jedynym odpowiednim jest XS, bo w S już pływam). Specyficzne fasony, nieco podobne do Muji. Ciekawe, minimalistyczne, ale dużo też workowatych kształtów, w których nie każda figura wyglądać będzie korzystnie.

A.P.C.: Gdyby ktoś zaproponował mi stanowisko ambasadora tej marki w Polsce, zgodziłabym się natychmiast bez wahania. Francuski Atelier de Production et de Création, założony przez tunezyjskiego projektanta Touitou uosabia w stu procentach to, co powinno się kryć pod hasłem podstawowa garderoba w minimalistycznym, francuskim stylu.  Przechył bardziej w stronę „francuskiej uczennicy” niż „francuskiej pokojówki”, i to uczennicy z lat 60.  Ich strona internetowa, eksponująca ubrania nie tylko według gatunków, ale i kolorów, przyprawia mnie za każdym razem o istny ślinotok. Niestety, ceny mocno zaporowe. Dlatego opłaca się czekać na sezon wyprzedaży, kiedy spadają o 50-70 proc., choć trzeba się liczyć z faktem, że najbardziej popularne elementy kolekcji nie będą już wtedy dostępne. Na szczęście, jeśli chodzi o takie klasyki, jak zamszowe botki czy sweter w marynarskie paski, ta firma prezentuje je w ofercie co sezon, co najwyżej lw lekko odświeżonej wersji. Można więc spokojnie oszczędzać i czekać. Mam kilka rzeczy z A.P.C. – wszystkie sprawdzają się znakomicie. No, z jednym wyjątkiem. Kupując biały bawełniany podkoszulek na lato, spodziewałam się mięsistego, grubego materiału, a dostałam coś, co niewiele różniło się od produkcji sieciówek H&M czy C&A. Wniosek: wpadki, niestety, zdarzają się wszystkim. Irytują jednak bardziej, jeśli płacimy słono, oczekując, że w zamian dostaje się gwarancję niezmiennej jakości. No ale uznajmy, że jeden wyjątek potwierdza regułę.

Marc`O Polo:  Typowa klasyka w wydaniu „casual”. Jakość, podobnie jak w przypadku A.P.C., praktycznie bez zarzutu,  choć podkoszulki z organicznej bawełny wyposażono w kiepskie szwy, nieadekwatne do tego typu tkaniny –  zaczęły się pruć. Pozostałe ubrania świetnie skrojone, wytrzymałe, z wysokogatunkowych materiałów. Podobnie jak w przypadku A.P.C. radzę czekać na wyprzedaże, bo nie zauważyłam, żeby oferta tej firmy cieszyła się w Polsce jakimś wielkim zainteresowaniem, więc istnieje spore prawdopodobieństwo, że upatrzone przez nas łupy dotrwają na półkach do momentu, gdy ich cena stopnieje o połowę.

Ciekawa jestem, czy macie podobne obserwacje, i co umieścilibyście jeszcze w tym zestawieniu?

Na koniec postanowienie, które podobno warto złożyć publicznie – żeby ułatwić sobie jego realizację. Od dziś do końca roku nie będę robić żadnych odzieżowych zakupów. Dzisiejsze (wyprzedaż w A.P.C., gdzie zawczasu miałam zaobserwowane dwa egzemplarze z letniej kolekcji) były ostatnimi. Zasady podobne jak w przypadku akcji The Great American Apparel Diet, czyli ograniczenia nie obejmą bielizny i dodatków. Jedyne wyjątki – bo przecież  bez nich asceza byłaby nie do zniesienia – to  dwie sukienki z jesienno-zimowej kolekcji wspomnianej wyżej firmy, nabytki też już upatrzone i zaplanowane – gdy nadejdzie czas kolejnej, tym razem zimowej wyprzedaży w internetowym sklepie. I jeśli oczywiście będę mieć wówczas na to odłożone środki, bo do końca roku planuję spłacić całkowicie pozostały kredyt na karcie i się jej pozbyć.

Skąd decyzja? Nie lubię narzucać sobie takich ograniczeń, uważam zasady w rodzaju „prawdziwy minimalista ma tylko 100 rzeczy” za sztuczne. Po detoksie moja szafa jest lżejsza. Zarazem zauważyłam jednak,  że mam już praktycznie wszystkie rzeczy z listy tych, które chciałam/planowałam mieć. W efekcie bez trudu, a nawet  z pewną nadwyżką, mogę skonstruować  „garderobę w pigułce”. Nie staję też już przed półkami z paniką: „co by tu na siebie włożyć?” Spisałam już cały swój odzieżowy stan posiadania i planuję jeszcze poddać go kolejnej selekcji. Dokładanie kolejnych zachcianek byłoby mnożeniem bytów ponad potrzebę. Przełoży się to, mam nadzieję, na oszczędności. A ile  zaoszczędzę czasu, nie zaglądając w ogóle do sklepów (w których już i tak mocno ograniczyłam wizyty)!   Jak to mówią – czego oczy nie widzą…. Prawdą jest, niestety, że wiele tak zwanych potrzeb  rodzi się dopiero wówczas, gdy zobaczymy coś na wieszaku albo zdjęciach blogerów.

Żródło wszystkich zdjęć: adieu-tristesse

Otagowane , , , , ,

Oda do jakości, część 2

Na początek uwaga, bo będzie sporo o konkretnych firmach: ten wpis nie powstał we współpracy z żadną z nich, nie jest też tekstem sponsorowanym przez zazdrosną konkurencję.  Gdyby do współpracy z jakimikolwiek firmami kiedykolwiek doszło – choć w przypadku antykonsumenta to raczej mało prawdopodobne:))) nie omieszkam o tym poinformować. Uwaga stąd, że dziś coraz częściej  – nie tylko w tradycyjnych mediach, ale i na blogach – zaciera się różnica między zwykłym pisaniem, a pisaniem kryptoreklamowym – tj. czytelnik często nie ma świadomości, że subiektywne recenzje, opisy, rekomendacje etc.  są de facto sponsorowanymi. Kropka.

A teraz już do rzeczy, czyli osobista retrospekcja.

Cofamy się w czasie o lat dwanaście, może trzynaście. Jest początek pierwszej dekady XXI w.  i zgadnijcie, co jest dla mnie synonimem jakości w odniesieniu do ubrań?

Nie zgadniecie. H&M. Tak, tak, popularna sieciówka rodem ze Szwecji, której właściciele dopiero zastanawiają się nad uruchomieniem pierwszego sklepu w Polsce. H&M odwiedza  się więc tylko podczas wypadów na tak zwany Zachód, gdzie sklepy z charakterystycznym czerwonym logo można znaleźć na każdej większej handlowej ulicy, i przepada w tym raju obfitości na długie godziny. Zachwycając się nie tylko stylem i kolorystyką,  ale też tym, co wówczas biorę za pierwszorzędną „zachodnią”, a wręcz „skandynawską” jakość. Zanim  zaczniecie się głośno śmiać, przypominam raz jeszcze – w Polsce królują w tym czasie ubrania z post- PRL-owskich butików i bazarów.

Gdy H&M pojawia się w Polsce, zakupy w nim szybko przestają ekscytować. Nie tylko dlatego, że znika znany z psychologii „efekt niedostępności”.  Za blaknący urok marki odpowiadają też: podkoszulki z cienkiej bawełny,  po jednym praniu nadające się tylko do wyrzucenia, koszule rozpadające się po wyprasowaniu (to nie miejska legenda!), mechacące się swetry, etc.  Zaczynam się zastanawiać, czy – jak w przypadku proszków do prania lub kawy popularnych marek –  nie mamy przypadkiem do czynienia z produkcją dwojakiego sortu: pierwszą na rynki Europy Zachodniej, i drugą, niżej gatunkową, do krajów Europy Wschodu.   Bo to, co widzę w sklepach H&M w Amsterdamie czy Berlinie, jednak wygląda solidniej. Ale wkrótce – jak Europa długa i szeroka – na wieszakach sklepów sieci zaczynają dominować sztuczne włókna i przysięgłabym, że już od wejścia czuję charakterystyczny zapach gumy  i poliestru. Pozbywam się teorii spiskowych. I niegdysiejszy raj obfitości zaczynam omijać szerokim łukiem.

Podobną drogę w podobnym czasie przechodzę z Reserved, tuż przed tym, zanim stanie się ulubioną marką wszystkich Polaków. (Śmiejcie się dalej, dziś sama się z siebie śmieję). A potem nastaje czas Zary. Razem z koleżankami wchodzimy do tych sklepów – pierwszych przyczółków koncernu Inditex na polskim rynku – prawie jak do świątyni,  zostawiając tam lwią część naszych pierwszych i dość skromnych zarobków.  To wyższa półka, myślimy. Zara uosabia dla nas zachodni luksus za mimo wszystko przystępną cenę. A te kolory, tak atrakcyjne na tle polskiej szarości! ….. Spowite w Zarę wyglądamy co prawda jak klony naszych rówieśniczek z innych europejskich miast, ale zupełnie nam to nie przeszkadza. Chyba nawet chcemy właśnie tak wyglądać, nie odróżniać się, nie być ubogą krewniaczką. Nie przeszkadza nam też, że do ceny kolorowego ciucha, do złudzenia przypominającego najnowsze propozycje projektantów z aktualnych wybiegów, trzeba doliczyć koszt wizyty u krawca, szewca lub w pralni chemicznej – guziki zwisają na nitkach, zamki błyskawiczne zacinają, podeszwy odklejają w mgnieniu oka.

Jeszcze etap ostrożnego, bardzo ostrożnego (z racji zasobności portfela) testowania wyrobów takich marek jak Jackpot&Cottonfield czy Benetton. Zwieńczony sukcesem, ale niestety – ceny uniemożliwiają nam bliższy z nimi związek. Poza tym jesteśmy oszołomione możliwościami, jakie dają tańsze sieciówki. A więc można ot tak, sobie, z ulicy wejść do sklepu i wyjść z torbą pełną odzieżowych trofeów za kilkadziesiąt złotych od sztuki!

Potem, gdy już szafa pęka mi w szwach od ubrań-jednorazówek, przerzucam się na vintage. Pierwsze z nim flirty już za mną, tylko że wówczas były to okazyjne polowania w krajowych „ciucholandach”. Teraz jest to vintage  z prawdziwego zdarzenia, wyławiane na portalu Etsy. To okres fascynacji międzynarodowymi blogami z modą uliczną, na których  stylizacja od stóp do głów w ciuchy z sieciówek uchodzi za faux pas. Każdy ma w stroju coś niepowtarzalnego, za czym kryje się osobna, często rodzinna historia. Wkrótce mam już listę ulubionych sprzedawców i śledzę na bieżąco dostawy w poczuciu elitarności.   Za to ocena rozmiarów i stanu potencjalnych nabytków na podstawie zdjęć ma liczne skutki uboczne: co trzeci z nich jest zbyt mały lub za duży. O kosztach wysyłki z litości wobec samej siebie nie wspomnę. Szafa puchnie więc dalej. Przy okazji pojawia się natomiast refleksja, która zaprocentuje na przyszłość: jak to możliwe, że rzeczy, które liczą sobie już dwadzieścia, a czasem i pięćdziesiąt lat, wciąż są w tak dobrym stanie? Bawełna jest bawełną prawdziwą, wełna ma grube sploty, szwy wciąż trzymają się na swoim miejscu, guziki nie są z plastiku, a z najprawdziwszej masy perłowej. To kiedyś naprawdę tak szyto? W dodatku na metkach znajduję nazwy rozmaitych krajów. Z wyjątkiem jednego – „China”.

Co było potem, już pisałam. Blogi minimalistów, otrzeźwienie i detoks.

Źródło: adieu-tristesse

Teraz, odbudowując po detoksie „garderobę w pigułce”, lub raczej budując ją od zera, uczę się powoli, że jeśli coś ma nam służyć latami, przed zakupem warto zwracać uwagę na takie kwestie, jak:

– skład materiałowy – czy inwestujemy w prawdziwą bawełnę, len czy wełnę, skórę etc. czy też miks bliżej nieokreślonych syntetyków  z domieszką bawełny (polecam uważne czytanie metek, a dodatkowo weryfikację „organoleptyczną”, jakość materiałów łatwo ocenić w dotyku)

– guziki- czy są przyszyte, czy dyndają na nitkach już na sklepowym wieszaku; oraz – jak są przyszyte,

– czy spódnica lub spodnie – o okryciach wierzchnich nie wspominając – mają podszewkę (która ma istotny wpływ na to, jak dane ubranie zachowuje się na naszej sylwetce),

– jak przeszyte są szwy, czy je widać, czy ubranie się pruje.

Właśnie: czy na etapie fascynacji H&M tego nie wiedziałam? A może wtedy nie było to takie widoczne, liczyło się zupełnie co innego?  Może w tamtej epoce nawet sieciówki trzymały jednak pewien poziom? Faktem jest, że gdy robiłam przegląd, a potem czystkę w szafie, kilka pochodzących z nich ubrań wciąż było w dobrym stanie i – o dziwo – były to właśnie rzeczy kupione na wczesnym etapie znajomości z sieciówkami, jeszcze za granicą. Przypadek?

A w kolejnej części rozważań na temat jakości będzie o tym, że wbrew pozorom nie zawsze idzie ona w parze z wyższą ceną, oraz o aktualnych doświadczeniach z tzw. średnią półką.

Otagowane , , , , , ,

Oda do jakości, część 1

Migawka z londyńskiej ulicy, rok 2008. Ulewny deszcz. Dziewczyna, której rozkleiła się na ulicy papierowa torba z logo Primark, obraca się i idzie dalej, nie zadając sobie trudu, żeby pozbierać z mokrego od deszczu chodnika zawartość – stertę świeżo zakupionych ubrań. Najwidoczniej były warte mniej niż rachunek z pralni – stwierdza z przerażeniem obserwujący tą scenę branżowy reporter. A jego reakcję zapisuje Lucy Siegle, dziennikarka BBC i felietonistka „The Observer“, niedzielnego dodatku do dziennika „The Guardian“. I przywołuje w swojej książce „To Die For: Is Fashion Wearing Out The World?“, nowej Biblii świadomych klientów przemysłu odzieżowego. Pisze w niej między innymi o: skórzanej kurtce (skórę impregnowano różnymi chemikaliami w jednej z setek garbarni nad brzegiem Gangesu), lśniącym cekinami topie za jedyne 35 funtów (cekiny mogła przyszywać ręcznie Farida, emigrantka z Delhi, pracująca dla jednego z chińskich podwykonawców znanej międzynarodowej sieci, który płaci jej 21 pensów od sztuki), czy kaszmirowy sweter z supermarketu (podejrzanie tani, ale nie dajmy się zwieść metce oznajmiającej z dumą: 100 proc. kaszmiru. Oględziny pod mikroskopem wykażą, że zmieszanego z wełną i króliczą sierścią).

– Uważajmy, co kupujemy – ostrzega Siegle. – Międzynarodowe sieci ustaliły nowe zasady na modowym rynku.  Podpatruje się najgorętsze trendy sezonu. Szyje szybko, by trafiały do sklepów chwilę po tym, gdy zostaną pokazane na luksusowych wybiegach. I sprzedaje tanio. Tak tanio, że trudno nie spytać: jak to możliwe? A gdy spytasz, w odpowiedzi dostajesz slogany o „indywidualnym modelu redukcji kosztów“ i misji, polegającej na dostarczaniu światowej mody za niską cenę zwykłym śmiertelnikom. Nikt nie zająknie się ani słowem o kosztach produkcji. A przecież dla wielkich sieci nie szyją jeszcze roboty, tylko ludzie zatrudniani często za głodowe stawki u podwykonawców z krajów Trzeciego Świata.

To tłumaczy, dlaczego w ledwo upchanych na wieszakach koszulach , spódnicach czy żakietach z nowej dostawy rwą się szwy, u mankietów dyndają guziki, a ściegi biegną zygzakiem. Sześćdziesięciu pięciu studentów wydziału mody na brytyjskim Northumbia University w ramach eksperymentu stworzyło własną linię produkcyjną najprostszych t-shirtów. W siedem godzin spod ich palców wyszło 95 sztuk. Byli rozczarowani, gdy usłyszeli, że przeciętna fabryka w Bangladeszu z identyczną liczbą pracowników i wyposażona w taką samą ilość maszyn, zdołałaby wytworzyć w tym czasie 900. Średni czas na przeszycie bluzki z jednej strony: 48 i pół sekundy.

Źródło: Live The Minimalism

„Fast fashion“, zauważa Siegle, zagryza też stopniowo odzieżowe marki średniego rzędu. Nie najtańsze, ale też nie bardzo drogie, przykładające wciąż wagę do jakości swoich ubrań. Stanęły przed dylematem: albo utrzymają poziom, albo dostosują się do wyśrubowanego tempa zamówień, narzucanego  przez nowych liderów rynku. To jeszcze dałoby się zrobić. Gorzej z ceną – poniżej pewnego progu jest już tylko bankructwo. Taki problem ma dziś Benetton, rozsławiony w całej Europie mocnymi, prowokacyjnymi kampaniami reklamowymi. Reprezentujący interesy jego założycieli właściciel większościowego pakietu akcji, firma Edizione Holding, ogłosił w lutym, że jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek odzieżowych średniej półki może wycofać się z giełdy. Zysk za 2011 r. mógł stopnieć nawet o 30 proc. Gdyby oświecony konsument nie martwił się, że niedługo nie będzie miał gdzie kupić przyzwoitych gatunkowo ubrań, mógłby powiedzieć: mają za swoje. Pamięta dobrze aferę z używaniem przez Benettona wełny od owiec z wielkoprzemysłowego chowu. A pierwsze przykazanie oświeconego konsumenta brzmi przecież: sprawdzaj, gdzie i jak produkują.

Kupując ubranie, nie patrz tylko na cenę – radzi Lucy Siegle. – Zbadaj metkę, skład surowcowy. Poszukaj informacji na temat producenta. Z jakich krajów pochodzą ciuchy? Kto je szyje? Czy właściciel firmy, do której należy marka, sam zatrudnia wykonawców, czy zleca wykonanie kontrahentom? Jakie obowiązują go standardy?

Standardem w Stanach Zjednoczonych i krajach Europy Zachodniej są już podobne pytania. Zadają je nie tylko dziennikarze, ale wpływowi blogerzy – bardzo drobiazgową, wręcz naukową analizę jakości można znaleźć m.in. na blogu Empty Emptor, a także działacze organizacji konsumenckich. W Polsce jako pierwsza wystąpiła z nimi koalicja Clean Clothes, zawiązana przez Polską Akcję Humanitarną, Polską Zieloną Sieć, Karat – organizacje kobiece z Europy Środkowo-Wschodniej i stowarzyszenie EFTE działające na rzecz świadomej konsumpcji.

 Oczywiście, nie wszyscy muszą być równie radykalni jak Lucy Siegle, która nawet ślub brała ekologicznie. (Goście jedli lokalne potrawy, a wodę pobierano ze studni z pompą napędzaną turbiną wiatrową). Ale na jakość tego, co kupujemy, warto zwracać uwagę, niezależnie od jej stosunku do ceny.  Kiedyś ubrania wytrzymywały lata – pisze Amanda Tan z Seattle na swoim blogu Assembled Hazardly. – Teraz wyrzuca się je po sześciu miesiącach, a niektóre nie nadają się do założenia już po pierwszym praniu. Masowa produkcja i chęć szybkiego zarobku zrobiła swoje.  Ale i sprawdzonym, lepszym jakościowo markom zdarzają się wpadki.  O tym już niedługo.

A dziś jeszcze a propos konsumpcji, nie tylko odzieżowej – aktualna Polityka przynosi bardzo dobry wywiad z Dorotą Masłowską. Rzadko się odzywa dziewczyna, ale jeśli już, to mądrze i własnym głosem.

Otagowane , , , , , , ,