Z życia wzięte

Spotkałam się niedawno na kawie ze znajomą. Znajoma zajmuje się PR-em. Duża, częściowo państwowa firma, równie duża odpowiedzialność. Znajoma, streszczając swój zabiegany tydzień, zaczęła opowiadać: pana X odwołano z zarządu, bo nie spodobał się panu Y., na jego miejsce typowany jest pan Z., człowiek pana A., i raczej on wygra, choć niespodziewanie w wyścigu zapragnął wziąć udział czarny koń, pan B., który aktualnie już zasiada w zarządzie i jest dobrze oceniany. Ale wszystko zależy i tak od układanki w innej dużej firmie, bo jak tam wywalą pana C., związanego z B. i Z., to wszystko się posypie. Po chwili dołączyła do nas jeszcze jedna koleżanka, do niedawna też w mediach, teraz po drugiej stronie – jako rzecznik i PR-owiec. Okazało się, że pan Z. to jednocześnie były prezes firmy D., jej aktualnego pracodawcy. – Ma duże szanse. Oprócz A. wspiera go przecież G. – dziewczyny rozwinęły dialog. – Ale pozycja G. też jest niepewna. – Więc kto?B.? – Raczej nie. G. i jego ekipa mu nie ufają. Nie rozumiem po co mu to, mógł dalej zasiadać w zarządzie, a jak przegra, to na pewno straci posadę. – Wtedy ma jeszcze szansę na firmę E., bo tam jest teraz wakat, a oni przecież powiązani są z B……

– Zmęczona jesteś? – spytała nagle jedna z nich, spojrzawszy na mnie. Urwały konwersację, zorientowawszy się, że od kwadransa biorą w niej udział tylko we dwie.

Zastanawiałam się, czy ściemniać, czy walnąć prosto z mostu. Nie chciałam urazić żadnej z nich – są autentycznie zaangażowane w swoją pracę i świetne w tym, co robią. Pewnie – myślałam – zachowywałabym się podobnie, gdyby rozmowa dotyczyła spraw, które dla mnie są życiową pasją. Pewnie jeszcze dwa lata temu chłonęłabym z równym zaangażowaniem te wszystkie zakulisowe informacje z ważnych firm, zastanawiając się, jaki wpływ mają na sprawy, które opisuję. Teraz jednak nie miały dla mnie najmniejszego znaczenia. Nie odróżniałam C. od B, nie kojarzyłam, przez jakie korporacje przewędrował każdy z nich, i wcale nie chciałam wytężać w tej kwestii pamięci. Nie interesowały mnie powiązania między G., jego ludźmi a Z. czy A. Zresztą nie różniły się prawie niczym od podobnych konfiguracji sprzed dwóch, czterech czy sześciu lat właśnie, tylko że wówczas zamiast Z., Y. czy G. brali w niej udział panowie i panie, powiedzmy, M., L. i F. Co więcej, cieszyłam się, że już mnie to kompletnie nie dotyczy i nie muszę się tym zajmować.

I to im powiedziałam.

Spojrzały na mnie zaskoczone, z niedowierzaniem, trochę jak na kogoś, kto próbuje zwrócić na siebie uwagę niekonwencjonalnym zachowaniem, albo zręcznego prowokatora. Bo tego, że zwariowałam, raczej nie brały pod uwagę. Rozmowa potoczyła się jednak dalej, już na bardziej uniwersalne tematy.

Podczas całego spotkania telefon jednej  drugiej znajomej dzwonił non stop. Mój milczał. (Nie zawsze tak jest, czasem też dzwoni jak oszalały). Ale wydało mi się to jakoś symboliczne. Przypomniałam sobie, jak słyszałam jego dźwięk coraz rzadziej, kiedy jakiś czas temu za radą lekarza, zaniepokojonego moją postępującą bezsennością i innymi psychosomatycznymi objawami, zrobiłam sobie kilkumiesięczną przerwę. PR- owcy, tacy jak moje koleżanki, słysząc, że nie będzie mnie w pracy przez dłuższą chwilę, rzeczowo pytali: kto będzie panią teraz zastępował? i prosili o kontakt do tej osoby. Potem już się nie odzywali. Niektórzy, chcąc zapewne „ocieplić” konwersację, zadawali też pytania nazbyt osobiste jak na naszą służbową i mało zażyłą znajomość, po których zapadała cisza, bo doprawdy nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Ochrzanić? Tłumaczyć się – ale przed kim i dlaczego? Zignorować?

Przez tych kilka miesięcy przemyślałam sobie spraw kilka. I zrozumiałam, że naprawdę chcę robić zupełnie coś innego niż zajmować się perypetiami państwa A., G. czy Z. Tym bardziej, że branża, w której pracuję od ponad dekady, umiera powoli, poniekąd sama się wykańczając, a jednym ze sposobów na przedłużenie jej agonii będzie pisanie tekstów dyskretnie wspierających interesy panów Z., G. lub A., by zechcieli sypnąć groszem w celach reklamowych.

Co więcej, stwierdziłam, że gdyby nie to, czym faktycznie chciałam się zajmować, rozwijane od dłuższego czasu „na boku” lub też „po godzinach”, w kategorii zawodowej mogłabym teraz spisać prawie całą wspomnianą dekadę na straty. Bo owszem, doraźne satysfakcje zdarzały się nader często – ale co zostałoby mi w dłuższej perspektywie? Rozważania o opisanych dawno perypetiach państwa G., A. czy Z.? Czy o to mi chodziło, kiedy zaczynałam pracę? Niekoniecznie.

Reszta była kwestią przestawienia priorytetów i korzystnego zbiegu okoliczności. Nie zmieniłam pracy, ale zmieniłam stanowisko. Dzięki temu o ww. perypetiach pisać już nie muszę. Zarabiam mniej, mam za to więcej czasu na inne działania, na pozór może mniej spektakularne, które faktycznie – śmiem twierdzić – mają jednak trochę inny ciężar gatunkowy.

Można to nazwać pochwałą powolności na moją prywatną miarę. Howgh!

Advertisements
Otagowane , ,

3 thoughts on “Z życia wzięte

  1. MOCNY pisze:

    Zgodziłbym się z Tobą, że życie jest „kwestią przestawienia priorytetów i korzystnego zbiegu okoliczności”. Choć może w odwrotnej kolejności.
    A także z tym, że w życiu warto spowolnić. A już z pewnością nie warto śpieszyć się do tego, o czym niewiele się wie.
    Do zobaczenia

    • minimalplan pisze:

      Będę zaglądać, dziękuję! Zbiegi okoliczności często prowadzą nas niespodziewanie właśnie w kierunku tego, co tak naprawdę zawsze chcieliśmy robić:)

      • MOCNY pisze:

        Czy często? Tego nie wiem. Z pewnością jednak mogą poprowadzić, jeśli umiesz je dostrzec i właściwie zinterpretować (wykorzystać). Też tak miałem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: