Oda do jakości, część 2

Na początek uwaga, bo będzie sporo o konkretnych firmach: ten wpis nie powstał we współpracy z żadną z nich, nie jest też tekstem sponsorowanym przez zazdrosną konkurencję.  Gdyby do współpracy z jakimikolwiek firmami kiedykolwiek doszło – choć w przypadku antykonsumenta to raczej mało prawdopodobne:))) nie omieszkam o tym poinformować. Uwaga stąd, że dziś coraz częściej  – nie tylko w tradycyjnych mediach, ale i na blogach – zaciera się różnica między zwykłym pisaniem, a pisaniem kryptoreklamowym – tj. czytelnik często nie ma świadomości, że subiektywne recenzje, opisy, rekomendacje etc.  są de facto sponsorowanymi. Kropka.

A teraz już do rzeczy, czyli osobista retrospekcja.

Cofamy się w czasie o lat dwanaście, może trzynaście. Jest początek pierwszej dekady XXI w.  i zgadnijcie, co jest dla mnie synonimem jakości w odniesieniu do ubrań?

Nie zgadniecie. H&M. Tak, tak, popularna sieciówka rodem ze Szwecji, której właściciele dopiero zastanawiają się nad uruchomieniem pierwszego sklepu w Polsce. H&M odwiedza  się więc tylko podczas wypadów na tak zwany Zachód, gdzie sklepy z charakterystycznym czerwonym logo można znaleźć na każdej większej handlowej ulicy, i przepada w tym raju obfitości na długie godziny. Zachwycając się nie tylko stylem i kolorystyką,  ale też tym, co wówczas biorę za pierwszorzędną „zachodnią”, a wręcz „skandynawską” jakość. Zanim  zaczniecie się głośno śmiać, przypominam raz jeszcze – w Polsce królują w tym czasie ubrania z post- PRL-owskich butików i bazarów.

Gdy H&M pojawia się w Polsce, zakupy w nim szybko przestają ekscytować. Nie tylko dlatego, że znika znany z psychologii „efekt niedostępności”.  Za blaknący urok marki odpowiadają też: podkoszulki z cienkiej bawełny,  po jednym praniu nadające się tylko do wyrzucenia, koszule rozpadające się po wyprasowaniu (to nie miejska legenda!), mechacące się swetry, etc.  Zaczynam się zastanawiać, czy – jak w przypadku proszków do prania lub kawy popularnych marek –  nie mamy przypadkiem do czynienia z produkcją dwojakiego sortu: pierwszą na rynki Europy Zachodniej, i drugą, niżej gatunkową, do krajów Europy Wschodu.   Bo to, co widzę w sklepach H&M w Amsterdamie czy Berlinie, jednak wygląda solidniej. Ale wkrótce – jak Europa długa i szeroka – na wieszakach sklepów sieci zaczynają dominować sztuczne włókna i przysięgłabym, że już od wejścia czuję charakterystyczny zapach gumy  i poliestru. Pozbywam się teorii spiskowych. I niegdysiejszy raj obfitości zaczynam omijać szerokim łukiem.

Podobną drogę w podobnym czasie przechodzę z Reserved, tuż przed tym, zanim stanie się ulubioną marką wszystkich Polaków. (Śmiejcie się dalej, dziś sama się z siebie śmieję). A potem nastaje czas Zary. Razem z koleżankami wchodzimy do tych sklepów – pierwszych przyczółków koncernu Inditex na polskim rynku – prawie jak do świątyni,  zostawiając tam lwią część naszych pierwszych i dość skromnych zarobków.  To wyższa półka, myślimy. Zara uosabia dla nas zachodni luksus za mimo wszystko przystępną cenę. A te kolory, tak atrakcyjne na tle polskiej szarości! ….. Spowite w Zarę wyglądamy co prawda jak klony naszych rówieśniczek z innych europejskich miast, ale zupełnie nam to nie przeszkadza. Chyba nawet chcemy właśnie tak wyglądać, nie odróżniać się, nie być ubogą krewniaczką. Nie przeszkadza nam też, że do ceny kolorowego ciucha, do złudzenia przypominającego najnowsze propozycje projektantów z aktualnych wybiegów, trzeba doliczyć koszt wizyty u krawca, szewca lub w pralni chemicznej – guziki zwisają na nitkach, zamki błyskawiczne zacinają, podeszwy odklejają w mgnieniu oka.

Jeszcze etap ostrożnego, bardzo ostrożnego (z racji zasobności portfela) testowania wyrobów takich marek jak Jackpot&Cottonfield czy Benetton. Zwieńczony sukcesem, ale niestety – ceny uniemożliwiają nam bliższy z nimi związek. Poza tym jesteśmy oszołomione możliwościami, jakie dają tańsze sieciówki. A więc można ot tak, sobie, z ulicy wejść do sklepu i wyjść z torbą pełną odzieżowych trofeów za kilkadziesiąt złotych od sztuki!

Potem, gdy już szafa pęka mi w szwach od ubrań-jednorazówek, przerzucam się na vintage. Pierwsze z nim flirty już za mną, tylko że wówczas były to okazyjne polowania w krajowych „ciucholandach”. Teraz jest to vintage  z prawdziwego zdarzenia, wyławiane na portalu Etsy. To okres fascynacji międzynarodowymi blogami z modą uliczną, na których  stylizacja od stóp do głów w ciuchy z sieciówek uchodzi za faux pas. Każdy ma w stroju coś niepowtarzalnego, za czym kryje się osobna, często rodzinna historia. Wkrótce mam już listę ulubionych sprzedawców i śledzę na bieżąco dostawy w poczuciu elitarności.   Za to ocena rozmiarów i stanu potencjalnych nabytków na podstawie zdjęć ma liczne skutki uboczne: co trzeci z nich jest zbyt mały lub za duży. O kosztach wysyłki z litości wobec samej siebie nie wspomnę. Szafa puchnie więc dalej. Przy okazji pojawia się natomiast refleksja, która zaprocentuje na przyszłość: jak to możliwe, że rzeczy, które liczą sobie już dwadzieścia, a czasem i pięćdziesiąt lat, wciąż są w tak dobrym stanie? Bawełna jest bawełną prawdziwą, wełna ma grube sploty, szwy wciąż trzymają się na swoim miejscu, guziki nie są z plastiku, a z najprawdziwszej masy perłowej. To kiedyś naprawdę tak szyto? W dodatku na metkach znajduję nazwy rozmaitych krajów. Z wyjątkiem jednego – „China”.

Co było potem, już pisałam. Blogi minimalistów, otrzeźwienie i detoks.

Źródło: adieu-tristesse

Teraz, odbudowując po detoksie „garderobę w pigułce”, lub raczej budując ją od zera, uczę się powoli, że jeśli coś ma nam służyć latami, przed zakupem warto zwracać uwagę na takie kwestie, jak:

– skład materiałowy – czy inwestujemy w prawdziwą bawełnę, len czy wełnę, skórę etc. czy też miks bliżej nieokreślonych syntetyków  z domieszką bawełny (polecam uważne czytanie metek, a dodatkowo weryfikację „organoleptyczną”, jakość materiałów łatwo ocenić w dotyku)

– guziki- czy są przyszyte, czy dyndają na nitkach już na sklepowym wieszaku; oraz – jak są przyszyte,

– czy spódnica lub spodnie – o okryciach wierzchnich nie wspominając – mają podszewkę (która ma istotny wpływ na to, jak dane ubranie zachowuje się na naszej sylwetce),

– jak przeszyte są szwy, czy je widać, czy ubranie się pruje.

Właśnie: czy na etapie fascynacji H&M tego nie wiedziałam? A może wtedy nie było to takie widoczne, liczyło się zupełnie co innego?  Może w tamtej epoce nawet sieciówki trzymały jednak pewien poziom? Faktem jest, że gdy robiłam przegląd, a potem czystkę w szafie, kilka pochodzących z nich ubrań wciąż było w dobrym stanie i – o dziwo – były to właśnie rzeczy kupione na wczesnym etapie znajomości z sieciówkami, jeszcze za granicą. Przypadek?

A w kolejnej części rozważań na temat jakości będzie o tym, że wbrew pozorom nie zawsze idzie ona w parze z wyższą ceną, oraz o aktualnych doświadczeniach z tzw. średnią półką.

Advertisements
Otagowane , , , , , ,

5 thoughts on “Oda do jakości, część 2

  1. mini pisze:

    Walka z garderobą jeszcze przede mną, aż się boję czy podołam. No, bo cóż z tego, że za ciasne, za duże, nienoszone od roku, ale przecież mogę schudnąć, przytyć, może mnie królowa angielska zaprosi na przyjęcie i wtedy „przydasie”. Faktem jest, że lepiej mieć kilka „ciuchów” dobrej jakości, niż pięć zapchanych szaf. Zresztą, to dotyczy wszystkiego. Nawet znajomości z ludźmi.

  2. Olga pisze:

    Odkąd zrobiłam totalny „porządek” w szafie – mam się w co ubrać. Powstaje masa różnorakich zestawów, nie ma problemów przy wyborze garderoby. Naprawę lepiej mieć mniej urań/butów, ale dobrej jakości. Polecam wszystkim! Mam wrażenie, że dawniej w sieciówkach były jednak rzeczy lepszej jakości niż obecnie.

  3. minimalplan pisze:

    mini: Tak, „przydasie”, zabezpieczanie się na każdą możliwą okoliczność to prawdziwa zmora, pisała o tym szerzej Ajka Minimalistka. Też się z nią ciągle zmagam. Gdzieś czytałam, że ma to podobno podłoże psychologiczne – występuje zwłaszcza u osób których przodkowie z jakichś powodów cierpieli niedostatek. Nie wiem, ile w tym prawdy.
    Olga: Rzeczywiście, im mniej rzeczy się ma, ale sprawdzonych i dobrze dobranych, tym mniej dylematów „nie mam co na siebie włożyć”. Możnaby to nazwać paradoksem minimalisty;)

  4. Domi pisze:

    Przechodzilam podobne fascynacje…i fakt jest faktem ze kilka lat temu w H&M mozna bylo dostac dobra jakosc, ba, nawet Zara miala czasem niezle rzeczy. Swego czasu, jeszcze jakies 4 lata temu w Reserved moglam kupowac w ciemno wiedzac ze ubrania sa porzadnie odszyte…do dzisiaj mam komplet,kupiony wlasnie jakies 4 lata wstecz, ktory wciaz wzbudza uznanie gdziekolwiek sie w nim pojawie.Szkoda wielka ze tak zeszli na psy, podobnie jak i Tatuum…Inna kwestia to stosuenk ceny do zarobkow,wlasnie taka Zara na zachodzie to srednia cena, no, nawet niezbyt wygorowana cena, ale juz w Polsce to co innego, przy naszych zarobkach. tak wiec tym bardziej jest to haniebne co taka Zara i inni wyprawiaja.Pozdrawiam

  5. Ada pisze:

    Zara, Bershka i Stradivarius mają moim zdaniem znacznie gorszą jakość od H&Mu.Moje najdłużej posiadane i noszone rzeczy są właśnie stamtąd: sweter sprzed 6 lat (gruby, długi, wełniany, zakładam go na mrozy, wygląda tak samo jak zakupiony 6 lat temu).
    Z h&m-u baaardzo kiepską jakość mają zwykłe bawełniane t-shirty, buty (wytrzymują jakiś tydzień), rzeczy z tego ich młodzieżowego i dżinsy. Zaopatruje się tam wyłącznie w sukienki/bluzki/koszule/swetry bo spodni nie noszę i nie zdarzyła mi się jeszcze wpadka z ich rzeczami. Potrafię wyczuć u nich szmelc 😛 Massimo Dutti: ładne rzeczy, prawdopodobieństwo wpadek mniejsze niż w Zarze, ale nadaj jest. Mam wrażenie, że wszystkie produkty Inditimexu są po prostu kiepsko zszyte.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: