Oda do jakości, część 3

Kilka miesięcy temu opowiadałam koledze o książce Lucy Siegle, tłumacząc, czym jest nowa etyka konsumencka w branży odzieżowej. – A ty w jakich sklepach kupujesz ubrania? – spytał. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, dodał: – Bo może znasz taką markę… Massimo Dutti. Ceny wyjątkowo wysokie. Ubrania na manekinach i wieszakach wyglądają nieźle, ale kiedy już skuszę się i idę z czymś do przymierzalni, czar pryska. Albo materiał dziwny, albo coś źle przyszyte, skrojone nie tak jak trzeba. Słowem – zawsze wyglądam inaczej, niż bym sobie to wyobrażał. I nie kupuję. Próbowałem trzy razy, ale już nie dam im kolejnej szansy.

Aha.

Coś jest na rzeczy, pomyślałam. Bo z  Massimo Dutti miałam podobne doświadczenia. Też dawałam się nabrać, że wyższa cena i elegantsze wnętrze oznacza wyższą jakość niż w sklepach Zara, Bershka czy Stradivarius, notabene należących do tej samej grupy Inditex, tylko kreowanych na marki bardziej pospolite. Tylko uświadomienie sobie prostej prawdy: że opakowanie nie zawsze świadczy o zawartości – zabrało mi więcej czasu niż mojemu rozmówcy.

Nie bez powodu blogerki dłużej zajmujący się tematem radzą, żeby budując własną garderobę, inspirować się męską szafą. I nie chodzi im bynajmniej o styl „na chłopczycę”. Większość mężczyzn jakoś instynktownie potrafi odróżnić lichą jakość od godnej zainwestowania. Być może dzięki temu, a nie z wrodzonej niechęci do odzieżowych zakupów, mogą później nosić te nabytki latami, często dosłownie aż do zdarcia. Być może jest też tak, że producenci męskiej odzieży wiedzą o tym i starają się bardziej? Tutaj ciekawy artykuł na ten temat.

A że jedna z Czytelniczek spytała mnie, które marki odzieżowe uchodzące za „średnią półkę” uważam za sprawdzone i godne polecenia,  poniżej subiektywny (podkreślam!) ich przegląd. Od razu zaznaczę, że nie ma takiej, której ufałabym w 100 procentach. Prawie do każdej mam jakieś uwagi:)

Jackpot&Cottonfield:  Pierwszy sklep na polskim rynku reprezentujący średnie rejestry jakościowo-cenowe, z którym nawiązałam flirt jeszcze w czasach studiów. Do dziś w mojej szafie uchowały się dwie letnie sukienki z porządnego, grubego lnu, w kolorach, które mimo wielokrotnego noszenia nie straciły świeżości. Ale, ale. Ceny wysokie pozostały, zaś podstawowy asortyment  zdominowały, niestety,  motywy kwiatowe. A te, zwłaszcza w odsłonie słodki róż i turkus, nie należą do moich ulubionych. Nie bywam też uczestniczką wyścigów w Ascot. Gdyby skoncentrowali się na prostych, podstawowych ubraniach na każdą okazję (żywe kolory mogłyby zostać) pewnie pozostałabym ich klientką.

Solar: Wysokiej jakości tkaniny, ciekawe wzornictwo. Rodzima firma, co też się chwali. Niestety nazbyt często zdarza się im zmierzać w kierunku, który określiłabym jako ” z szafy starszej pani”  – długość do połowy łydki, jakieś kwiatowe dziergania na sukienkach, brrr. Na szczęście bywają i malarskie inspiracje.  Uwielbiam szale i inne dodatki (i z reguły do tego ograniczają się moje zakupy w sklepach z tym logo).

Simple: Kiedyś, kiedy dopiero zaczynałam odróżniać poszczególne odzieżowe marki, zaprzyjaźniona stylistka wskazywała Simple jako punkt odniesienia, jeśli chodzi o dobrze skrojoną klasykę ” z pazurem”.  I chyba tak zostało. Piszę „chyba” – bo choć kilka razy w ciągu ostatnich lat odwiedziłam ich sklep, nic nie kupiłam.  Obserwacje: wzornictwo nadal super, jednak coraz więcej u nich sztucznych dodatków w tkaninach, których niestety nie trawię.  Zaś z tamtego, początkowego okresu pozostał mi czarny , wąski płaszcz z wełny boucle, nosiłam go kilka zim, niestety później się rozpadł.  Dosłownie – rozjechały się mu szwy na plecach:)  Spódnicę szytą z koła, czarną z czerwonymi lamówkami, zakładam do dziś i zachowuje się bez zarzutu.

Tatuum: Przestałam zaopatrywać się w tych sklepach, kiedy po obejrzeniu kilku metek na wszystkich znalazłam adnotację: „made in China”. A w składzie surowcowym sztuczne włókna. Kiedyś mieli w asortymencie dobrej jakości bawełniane podkoszulki i lniane koszule, teraz  znacznie ich mniej. A w sklepach jakoś coraz bardziej pstrokato i tandetnie. Mam wrażenie, że zmierzają raczej w stronę, którą podążył Reserved. Najpierw przyzwoity standard za przyzwoite pieniądze, potem coraz taniej i niestety również gorzej.

Massimo Dutti:  O tej marce była już mowa powyżej. Niby wszystko w porządku, kolory i fasony przyciągające oko, niby podstawa i klasyka, a jednak jakoś brak obopólnej chemii. Może tylko ja mam takie doświadczenia.  Polecić z czystym sercem mogę więc tylko marynarki i skórzane kurtki (uwaga: dziwna, jakby nieco zaniżona rozmiarówka) – w połączeniu z wyprzedażą, bo wydatek ponad tysiąca złotych na odzienie, nawet jeśli jest to odzienie wierzchnie , które przez trzy lub cztery miesiące w roku na okrągło pokazujemy światu, może być jednak zbyt bolesny dla portfela.

Benetton&Sisley: Wiem, że mieli wpadki z etycznym traktowaniem zwierząt (australijskie owce), wiem że są mistrzami PR, ale mam do nich słabość. Z jakością bywa różnie. Dwie pary sztruksów, kupionych – uwaga! – dziesięć lat temu, dotrwało do dziś i wciąż nie są nawet przetarte, choć należały do kategorii ulubionych i noszonych na okrągło. Buty – mam trzy pary – sprawdzają się znakomicie. Podobnie swetry z prawdziwej wełny. Natomiast płaszcze i kurtki – przynajmniej te, które oglądałam ostatniej zimy – już jakieś nie teges. Wiatrem podszyte, jakby ktoś powiedział, wełna z domieszkami (pół na pół), łatwo „obierająca się” wszystkim, co znajdzie się w  zasięgu. Co innego kurtki puchówki, te rzeczywiście gwarantują, że przetrwamy zimę bez odmrożeń.

Toast: Brytyjska marka, niestety nieobecna w naszym kraju. Szkoda, bo to zacny, wysokogatunkowy casual. Jeśli szuka się prostej sukienki w grochy, letniej spódnicy do kostek, skórzanej torby w miejskim stylu, można w ciemno zajrzeć właśnie tam (w Polsce do ich sklepu internetowego). Jako że to Wielka Brytania, widać dużo wzorów w łączkę i kratkę.

Muji: Przypadek osobny, bo trudno „japońską Ikeę” uznać za markę średniej półki, choć oferta jej odzieżowej sekcji nie należy do najtańszych, jeśli oceniać ją przez pryzmat polskiej siły nabywczej. Ubrania Muji wykonane są z dobrych tkanin (jak choćby bawełna organiczna) i dobrze uszyte. Należą do gatunku, który miło się ogląda i dotyka na wieszakach. Nie wszystkie jednak równie dobrze wyglądają na rzeczywistym modelu, a to ze względu na specyficzne kolory i kroje  O ile kolorystyka (czernie, szarości, biele i beże, od czasu do czasu mignie khaki, jakaś przygaszona zieleń czy granat) w zupełności mi odpowiada, to krój, który sprawdza się na Japonkach, już niekoniecznie. Może to kwestia kulturowa (w Polsce sukienki a la namiot nieodmiennie kojarzą się z odzieżą ciążową). Za to pasiaste  T-shirty Muji i podkoszulki z długimi rękawami nie mają sobie równych. Petit Bateau, rozreklamowane w odniesieniu do „le mariniere” jako wzorzec z Sevres może się schować. Świetne są też koszule z miękkiej bawełny.

COS: Czyli Collection of Style. Wyższa półka koncernu Hennes and Mauritz, która niedawno zadebiutowała fizycznie na polskim rynku (sklep w Warszawie), a kilka miesięcy wcześniej uruchomiła do naszego kraju wysyłkę towarów ze sklepu internetowego. W COS zaopatrywałam się dotąd w T-shirty z lepszej gatunkowo bawełny,  ale pozostały asortyment. też wart jest grzechu. Asymetria, dekonstrukcja, klasyka, ale zaskakująca na każdym kroku. Rozmiarówka duża (zazwyczaj kupuję ubrania w rozmiarze M lub S, tutaj jedynym odpowiednim jest XS, bo w S już pływam). Specyficzne fasony, nieco podobne do Muji. Ciekawe, minimalistyczne, ale dużo też workowatych kształtów, w których nie każda figura wyglądać będzie korzystnie.

A.P.C.: Gdyby ktoś zaproponował mi stanowisko ambasadora tej marki w Polsce, zgodziłabym się natychmiast bez wahania. Francuski Atelier de Production et de Création, założony przez tunezyjskiego projektanta Touitou uosabia w stu procentach to, co powinno się kryć pod hasłem podstawowa garderoba w minimalistycznym, francuskim stylu.  Przechył bardziej w stronę „francuskiej uczennicy” niż „francuskiej pokojówki”, i to uczennicy z lat 60.  Ich strona internetowa, eksponująca ubrania nie tylko według gatunków, ale i kolorów, przyprawia mnie za każdym razem o istny ślinotok. Niestety, ceny mocno zaporowe. Dlatego opłaca się czekać na sezon wyprzedaży, kiedy spadają o 50-70 proc., choć trzeba się liczyć z faktem, że najbardziej popularne elementy kolekcji nie będą już wtedy dostępne. Na szczęście, jeśli chodzi o takie klasyki, jak zamszowe botki czy sweter w marynarskie paski, ta firma prezentuje je w ofercie co sezon, co najwyżej lw lekko odświeżonej wersji. Można więc spokojnie oszczędzać i czekać. Mam kilka rzeczy z A.P.C. – wszystkie sprawdzają się znakomicie. No, z jednym wyjątkiem. Kupując biały bawełniany podkoszulek na lato, spodziewałam się mięsistego, grubego materiału, a dostałam coś, co niewiele różniło się od produkcji sieciówek H&M czy C&A. Wniosek: wpadki, niestety, zdarzają się wszystkim. Irytują jednak bardziej, jeśli płacimy słono, oczekując, że w zamian dostaje się gwarancję niezmiennej jakości. No ale uznajmy, że jeden wyjątek potwierdza regułę.

Marc`O Polo:  Typowa klasyka w wydaniu „casual”. Jakość, podobnie jak w przypadku A.P.C., praktycznie bez zarzutu,  choć podkoszulki z organicznej bawełny wyposażono w kiepskie szwy, nieadekwatne do tego typu tkaniny –  zaczęły się pruć. Pozostałe ubrania świetnie skrojone, wytrzymałe, z wysokogatunkowych materiałów. Podobnie jak w przypadku A.P.C. radzę czekać na wyprzedaże, bo nie zauważyłam, żeby oferta tej firmy cieszyła się w Polsce jakimś wielkim zainteresowaniem, więc istnieje spore prawdopodobieństwo, że upatrzone przez nas łupy dotrwają na półkach do momentu, gdy ich cena stopnieje o połowę.

Ciekawa jestem, czy macie podobne obserwacje, i co umieścilibyście jeszcze w tym zestawieniu?

Na koniec postanowienie, które podobno warto złożyć publicznie – żeby ułatwić sobie jego realizację. Od dziś do końca roku nie będę robić żadnych odzieżowych zakupów. Dzisiejsze (wyprzedaż w A.P.C., gdzie zawczasu miałam zaobserwowane dwa egzemplarze z letniej kolekcji) były ostatnimi. Zasady podobne jak w przypadku akcji The Great American Apparel Diet, czyli ograniczenia nie obejmą bielizny i dodatków. Jedyne wyjątki – bo przecież  bez nich asceza byłaby nie do zniesienia – to  dwie sukienki z jesienno-zimowej kolekcji wspomnianej wyżej firmy, nabytki też już upatrzone i zaplanowane – gdy nadejdzie czas kolejnej, tym razem zimowej wyprzedaży w internetowym sklepie. I jeśli oczywiście będę mieć wówczas na to odłożone środki, bo do końca roku planuję spłacić całkowicie pozostały kredyt na karcie i się jej pozbyć.

Skąd decyzja? Nie lubię narzucać sobie takich ograniczeń, uważam zasady w rodzaju „prawdziwy minimalista ma tylko 100 rzeczy” za sztuczne. Po detoksie moja szafa jest lżejsza. Zarazem zauważyłam jednak,  że mam już praktycznie wszystkie rzeczy z listy tych, które chciałam/planowałam mieć. W efekcie bez trudu, a nawet  z pewną nadwyżką, mogę skonstruować  „garderobę w pigułce”. Nie staję też już przed półkami z paniką: „co by tu na siebie włożyć?” Spisałam już cały swój odzieżowy stan posiadania i planuję jeszcze poddać go kolejnej selekcji. Dokładanie kolejnych zachcianek byłoby mnożeniem bytów ponad potrzebę. Przełoży się to, mam nadzieję, na oszczędności. A ile  zaoszczędzę czasu, nie zaglądając w ogóle do sklepów (w których już i tak mocno ograniczyłam wizyty)!   Jak to mówią – czego oczy nie widzą…. Prawdą jest, niestety, że wiele tak zwanych potrzeb  rodzi się dopiero wówczas, gdy zobaczymy coś na wieszaku albo zdjęciach blogerów.

Żródło wszystkich zdjęć: adieu-tristesse

Reklamy
Otagowane , , , , ,

14 thoughts on “Oda do jakości, część 3

  1. Ola pisze:

    Jestem kilka miesięcy po skończeniu studiów, w trakcie mojej pierwszej pracy. I pomimo że nie stać mnie jeszcze na zakupy w opisanych przez Ciebie sklepach, chciałam napisać, że lektura Twojego bloga jest dla mnie bardzo inspirująca! Pod wpływem zainteresowania minimalizmem przez ostatnie dwa miesiące moja szafa zmniejszyła objętość o 3/4 co dało mi niesamowitą satysfakcję. Zakupy są teraz dużo bardziej przemyślane, opracowałam sobie listę „braków” w szafie i staram się ją niwelować. Od kilku lat 80% moich zakupów odzieżowych robię w lumpeksach. Mam to szczęście, że znalazłam sklepy, gdzie -przy odpowiedniej wytrwałości- mogę kupić nowe levisy, koszulę ralpha laurena czy jedwabną bluzkę by Malene Birger za kilkanaście złotych. Z drugiej strony niska cena sprzyjała kupowaniu rzeczy bez większego zastanowienia. Teraz wytłumaczyłam sobie, że mam wystarczająco dużo ubrań, żeby nie kupować następnych, które są tylko „niezłe” i zrobiłam się bardzo wybredna 😉 Częściej wychodzę z moich secondhandów z pustymi rękami, co mnie zupełnie nie martwi. Bardzo mi pasuje „styl francuski” o którym tu piszesz, czuję że to właśnie ja! Z przyjemnością przejrzałam strony, z których czerpiesz fotografie ilustrujące notatki. Mam nadzieję że w miarę rozwoju kariery zawodowej będę mogła sobie pozwolić na więcej. Jak na razie odkąd pracuję mam jedno postanowienie, którego wiernie się trzymam – zaczęłam kupować buty i torby wyłącznie ze skóry naturalnej.
    Pozdrawiam i czekam na kolejne ciekawe notatki.

  2. minimalplan pisze:

    Dziękuję bardzo, miło to przeczytać! 🙂 I życzę powodzenia w realizacji planów. Ja też nie jestem na końcu „minimalistycznej” drogi, wręcz przeciwnie, ciągle uczę się racjonalnego podejścia do odzieżowych zakupów, selekcji, nieulegania impulsom. Bardzo pomogła mi lektura blogów, o których wspominam w jednym z początkowych wpisów – to było jak olśnienie:) Bardzo potrzebne.

  3. Krolisek pisze:

    Twój blog i dla mnie jest inspirujący i na kolejne wpisy czekam z niecierpliwością (my kobiety chyba nawet minimalistki lubimy poczytać o ciuchach). Nadal mam za dużo ubrań, ale od jakiegoś czasu kupuję tylko przemyślane pod wieloma względami, m.in. koloru (wcześniej miałam istny miszmasz). Głównie poluję w SH na ubrania dobrej jakości – wełna, len, jedwab itd.
    Jako najtrwalsze wspominam ubrania, które za młodu wyciągałam z szafy rodziców albo nawet dziadków i sobie przerabiałam. W spodniach dało się chodzić i 10 lat, tak samo flanelowe dziadkowe koszule albo górskie skórzane traperki mamy – mimo lat dawały radę. Ze starych rzeczy to mam jeszcze jeden sweterek po mamie i jedną spódnicę – absolutnie ulubioną – uszytą z jej sukienki. Nie łudzę się, że teraz znajdę taką jakość w sklepie.
    Chociaż ostatnio upolowałam na znanym serwisie aukcyjnym, który jednakże nie płaci mi za reklamę, więc jego nazwę pominę, bardzo fajną torebkę skórzaną za bodajże 19 zł. Idealny kształt i wielkość, czerwony kolor – jak się okazało z wszytej metki – oldskulowa torebka wyprodukowana w czasach PRL w Częstochowie. Porządna skóra, metalowe okucia, małe pieniądze – i dobrze wydane.
    Pozdrawiam!

    • minimalplan pisze:

      dziękuję:) coś jest na rzeczy z tymi rzeczami z maminych szaf, nawet rodzimej produkcji z czasów PRL-u, prawda? o ile to nie poliester czy inna sztuczyzna. być może dlatego że wtedy jeszcze przemysł odzieżowy w naszym kraju miał się nieźle i produkował z wysokogatunkowych tkanin. co do Torebkowej Manii – mi trochę pomogło, kiedy zakupiłam w sklepie typu cepelia torbę z naturalnej skóry, taką właśnie jaką nosiły nasze mamy na studiach:) od tamtego czasu praktycznie się z nią nie rozstaję, tylko latem wymieniam czasem na płócienne torby. wszystkie inne zdobycze dawno poszły w odstawkę. sama jestem zdziwiona….

  4. Krolisek pisze:

    Tak przy okazji – jak znacie jakiś sposób, aby przestać być Torebkowym Maniakiem, to poradźcie 🙂

  5. mini pisze:

    Może wystarczy wyobrazić sobie cierpienie zwierząt, które są zabijane, żebyśmy mogły sobie ponosić ładne torebki. Chyba, że mówimy o takich „materiałowych”, to nie znam sposobu.

  6. Krolisek pisze:

    Nigdy nie kupuję nowych toreb ze skóry, tylko i wyłącznie używane… Właśnie z powodów etycznych.

    • minimalplan pisze:

      Szacunek – tym trudniej jest w takiej sytuacji poradzić sobie z torebkowym uzależnieniem. Może zwykła płócienna torba, albo jakaś szyta na zamówienie z dobrego materiału?

    • fuendetodos pisze:

      Zwierzeta, z ktorych robione jest wiekszosc toreb, nie sa zabijane dla skor tylko dla miesa. Jesli skora zwierzat nie zostalaby wykorzystana na torebki, zostalaby uzyta na buty (nosisz skorzane buty, prawda?), lub przemielona na karme dla innych zwierzat. Skorzana kurtka, czy torba po kilkudziesieciu latach nabiera charakteru, ubranie ze skaju gora po kilku latach nadaje sie tylko na smietnik. Nie trawie antyskorzanej propagandy a dla ekomaniakow mam kontrargument: polichlorek winylu i poliuretan, czyli tzw skaj, albo (kto wymyslil taka nazwe?!) ekoskora rozkladaja sie na wysypiskach 300-500 lat, skora ok. 50. Nosze skorzane buty, nie mam co prawda skorzanej kurtki, ani torebki (od 3 lat nosze jeden plecak), ale jesli bede miala kiedys potrzebe jakas kupic, bedzie skorzana. Nie chce zostawic 15 pokoleniom spuscizny w postaci gory smieci. Argument antytorebkowy pt. „cierpienie zwierzat” uwazam za chybiony.
      Torba jest uwazana za symbol bagazu psychicznego i emocjonalnego, jaki kobieta ze soba nosi; mysle, ze lepiej sobie z nim poradzic niz zmieniac mu oprawe (czyli kupowac torebki), aby na chwile miec wrazenie, ze sie zmniejszyl, lub zmienil.

  7. em. pisze:

    Na bloga trafiłam niedawno i myślę, że się tu rozgoszczę, zasilając grono pozytywnie zainspirowanych 🙂
    Nie mogę jednak tego wpisu zostawić bez komentarza, zwłaszcza, że został otagowany jako „świadoma konsumpcja”. Czy to hasło oznacza dla Ciebie tylko kupowanie zgodnie z potrzebą, nie uleganie impulsom? Bo ja rozumiem to także jako zainteresowanie tym, co dzieje się „za kulisami”, zanim ubranie trafi na sklepowy wieszak.
    I tak Inditex, jak Hennes&Mauritz na tym polu nie błyszczą, oba koncerny mają na koncie wpadki z child labour, forced labour, nierespektowaniem praw pracowników i głodowym wynagrodzeniem. Tego nie pokona żaden marketing i żadna jakość, nie uważasz?

    Ciągle wytrwale poszukuję alternatywy dla łatwo dostępnej tandety, dzięki Tobie odkryłam na nowo Jackpot – do tej pory omijany jako sklep „dla starych bab” 😉
    Mam też kilka swoich typów, a że w tej chwili jestem zakupowym teoretykiem z przymusu, bardzo chciałabym skonfrontować je z Twoimi doświadczeniami.
    Timberland – nie mam nic od nich, ale robią bardzo fajne wrażenie 😉
    Tiffi – Polska firma, dużo naturalnych włókien, całkiem fajne , proste kroje. Mam od nich najcieplejszy płaszczyk na świecie, wypełniony kaczym puchem. 3 lata i kilka prań w międzyczasie, dalej w świetnej formie.
    Showroom – Moja kopalnia wiedzy o polskich młodych projektantach i małych odzieżowych markach, ogromna większość to produkcja ręczna, z dbałością o detale – tu znalazłam takie cukierki jak cud-buciki by Aga Prus handmade shoes i Loft37, piękne torebki z filcu Goshico, wełniane czapy Du.Dziń.Ska i mnóstwo, mnóstwo innych. Fakt, że nie wszystko można dostać stacjonarnie, ale i tak uważam to za very slow fashion 😉

  8. Ola pisze:

    Natrafiłam na tą notkę dopiero teraz i moje doświadczenia ubraniowe w zasadzie w stu procentach się zgadzają z tymi opisanymi, tylko z APC nie miałam okazji jeszcze skorzystać, ale zamierzam 🙂 Jeśli chodzi o koszulki/bluzy bawełniane mogłabym polecić te wręcz niezniszczalne z American Apparel, najzwyklejsze kroje z bardzo solidnej bawełny.

  9. Nika pisze:

    Musze przyznać,ze mam podobne doświadczenia z wymienionymi firmami. Choć cenowo dla mnie prezz kilka ostatnich lat wygladało to inzcej (mieszkałam do niedawna w Anglii i mogłam na wiecej sobie pozwolic). Z takiego Jackpota to miałam piżamę,która choć droga, służyła mi długimi latami. Fakt,ze maja teraz za dużo kwiatków;) Massimo Dutti w Polsce jest w ogóle cenowo porażajacy, wiec teraz juz nie wchodze do ich sklepów,żeby sie nie dołowac. Mam od nich kilka koszul i po paru latach wciaz sie swietnie trzymają. Moim absolutnym faworytem jest COS (w Londynie miałam go pod nosem, teraz zostaje sklep internetowy wiec jeszcze nie skorzystałam)-kroje i materiały bomba, choc obserwując ich rozwoj przez ostatnie 4 lata zauważylam że niestety też coraz więcej u nich poliestrów (choc przyznaje, łudzaco podobnych do naturalnych tkanin). Ogolnie rzecz biorac niestety coraz więcej jest tandety w niewspółmiernych cenach. Z H&M czasem sie trafi dobra jakość w linii z szarą metką (w odróżnieniu od szmat z linii czarnej). Pozdrawiam

  10. madziula pisze:

    Witam,moze to pytanie będzie trochę nie na miejscu,ale nie wiem gdzie szukać.. Nie myslalam jeszcze nad minimalizacja swojej szafy choć przydaloby się tylko problem twkwi w mojej głowie bo wszystko przyda się mimo tego ze juz średnio się podoba lub jest w kiepskim stanie,oczywiście nie mam nigdy co na siebie włożyć :). Od wczoraj szukam jakiegoś fajnego bloga na którym byłyby porady modnej klasyki w szafie takiej na lata bo nie chce juz kupować ubrań które czasem juz po pierwszym praniu są szmatką. Potrzebuję paru klasycznych rzeczy,dobrych butów itp. Czy mogłabys poradzić gdzie szukać takich informacji?Proszę 🙂
    Pozdrawiam

  11. Zuza pisze:

    Hej, wiem, że post jest stary, ale mam pytanie – gdzie mogę online zaopatrzyć się w kilka ciuchów Jackpot? 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: