Monthly Archives: Lipiec 2012

Gdzie jest ściana

Na przekór upałom: ciężki temat. I też związany z potrzebą jakości. Zastanawiając się od dłuższego czasu nad losem polskich mediów, czyli gałęzi, na której mimo wszystko ciągle siedzę, z każdym miesiącem myślę: gdzie jest ściana?

W dużym uproszczeniu, sytuacja polskiej prasy nie różni się zbytnio od zjawisk opisywanych przez Lucy Siegle, a dotyczących przemysłu odzieżowego. Mechanizm jest ten sam, tyle że w tej branży zamiast „fast fashion“ jakiś czas temu pojawiły się media elektroniczne, które taniej i szybciej dostarczają tak zwanych newsów. Prasa tradycyjna, widząc, że jej sprzedaż spada, ruszyła więc do wyścigu z siecią. Bez większych szans, bo medium, które ukazuje się nazajutrz, z naturalnych względów nie ma szans w starciu z takim, które publikuje informacje natychmiast. A jednak wydawcy  stali się zakładnikami „klikalności“. Im bardziej chwytliwy i sensacyjny tytuł, im popularniejszy temat – tym więcej osób kliknie w linka i otworzy artykuł (czy przeczyta do końca, to już kwestia wtórna). Tym samym zatarła się granica między tabloidem a prasą poważną. Tymczasem czytelnik to zwierzę rozumne i od tabloidu oczekuje treści błahych, a prasa poważna, z reguły droższa, ma pisać poważnie. Jeśli zmienia się w tabloid, to on tego nie kupuje. Kwestii etyki zawodowej i misji mediów świadomie nie tykam. Za czasów Mariana Eile i jemu podobnych wychodzono z założenia, że prasa ma edukować czytelnika, a nie równać w dół. Teraz jest najwyraźniej odwrotnie, lecz nawet najgłupszy użytkownik sieci męczy się w końcu przeglądaniem Pudelka i liczy na to, że jacyś mądrzy panowie objaśnią mu świat. Jeśli oni mówią do niego pudelkowym językiem, znaczy, że wcale nie mądrzy i nie ma co sobie nimi głowy zawracać.

Źródło: Adieu-Tristesse

Do tego dochodzą jeszcze dwa czynniki. Pierwszy – skoro sprzedaż i przychody spadają, trzeba ciąć koszty. Najłatwiej zrobić to, zwalniając albo obniżając pensje dziennikarzy, redaktorów, fotografów – czyli tych, którzy dostarczają – jak to się dziś pięknie mówi – treści, albo jeszcze lepiej „kontentu“.  I bez których istnienie prasy w ogóle nie ma sensu (podobno, bo ostatnio Facebook obiegł „list do wydawców“, w którym z przymrużeniem oka sugerowano, że jak dalej pójdzie, będą zamawiać teksty w Chinach i tłumaczyć je przy pomocy Google Translator). Słabiej wynagradzani pracują dłużej, przejmując obowiązki zwalnianych kolegów, w pocie czoła tworząc po kilka tekstów dziennie albo po kilkadziesiąt zdjęć, które nie mogą być dobrej jakości, bo jest to fizycznie niemożliwe – z własnego doświadczenia dopowiem, że dwa średniej wielkości informacyjne teksty dziennie to maksimum, jeśli chce się dochować reguł sztuki (rozeznać temat, odpytać przynajmniej dwie strony i jeszcze składnie napisać). W przypadku większej ilości zwyczajnie brak na to czasu. O braku motywacji nie wspomnę. Czytelnicy wbrew pozorom to widzą i po jakimś czasie rezygnują z czytania, bo szkoda im płacić za byle co. Koło się zamyka. Nie chce się też szukać oryginalnych tematów, śledzić trendów, pisać o czymś po raz pierwszy – skoro redaktorzy uważają, że Polak najbardziej lubi te piosenki, które już zna. Czyli  kilka najpopularniejszych tematów – na okrągło, do znudzenia, w coraz bardziej sensacyjnej odsłonie. A Internet, czyli młodzi czytelnicy, którzy nie kierują się już przyzwyczajeniem codziennej wyprawy po gazetę do kiosku – żyje milionem innych spraw. Siegnęliby po prasę, gdyby te sprawy wychwytywała i opisywała. Nie sięga = może dla nich nie istnieć. O takich młodych czytelnikach był ciekawy tekst kilka miesięcy temu w „Tygodniku Powszechnym“.

Źródło: Lapin de Lune

Drugi czynnik – uzależnienie od reklamodawców. Dotychczas za kontakty z nimi odpowiadały działy marketingu, ale im bardziej przychody ze sprzedaży topnieją, tym silniejsza presja na pozyskanie przychodów z reklam za wszelką cenę. Poważna, tak zwana niezależna prasa niepostrzeżenie zaczyna się więc upodabniać do pism reklamowych – gdzie w rzekomo obiektywnych tekstach reklamodawcy pojawiają się w najkorzystniejszym świetle, a newsy to zwykłe „wrzutki“, które mają za zadanie załatwić czyjeś sprawy za medialnym pośrednictwem. Tyle, że pisma reklamowe niczego nie udają, a czytelnik – jeszcze raz powtórzę – nie w ciemię bity i nie lubi, gdy wciska mu się kit. Stażyści, choćby chcieli, kitu nie odróżnią. Nie mają zresztą kiedy zajmować się analizowaniem tego, co trafia na ich biurka, bo ścigają się, który pierwszy wrzuci do sieci newsa.

Czy rzeczywiście „tradycyjne media“ – nie tylko w znaczeniu papierowego nośnika, ale  sposobów wykonywania rzemiosła – rzeczywiście są skazane na zagładę? Czy tylko tak wmawiają nam przeróżni eksperci, którzy w degradacji mediów mają własny interes? Podobnie, jak daliśmy sobie wmówić, że wielkie hipermarkety, w których na miejscu wypiekane są bułki o konsystencji waty, to postęp i Ameryka, a piekarnia za rogiem – zacofanie. I dopiero teraz zaczynamy rozumieć, że wystrychnięto nas na dudka.

Bernard Poulet, autor traktującej o tej materii książki „Śmierć gazet, przyszłość informacji“ (którą bardzo polecam) jest pesymistą. Ja jednak mimo wszystko wciąż wierzę, że po zderzeniu ze ścianą część wydawców otrzeźwieje. Zwłaszcza, gdy ci autorzy, którzy jeszcze nie znaleźli sobie innego zajęcia i teraz w pocie czoła wyrabiają dniówkę za stawki coraz bliższe tym, które odzieżowe sieciówki płacą szwaczkom w Indiach czy Chinach, zrozumieją, że to nie ma sensu i też odejdą (bo w przeciwieństwie do szwaczek mają jednak więcej możliwości) zostawiając wydawców w pustym newsroomie. A ci dojdą wreszcie do wniosku, że pogoń za newsem w dobie Internetu nie ma sensu. Zaczną stawiać na nisze tematyczne, większe analityczne teksty, reportaże, eseje. Za które będzie oczywiście godziwie płacić, jak za każdą dobrą robotę. A czytelnicy będą płacić za możliwość przeczytania tych materiałów, przekonani, że inwestują w wiedzę.

Źródło: Adieu-Tristesse

Paradoksalnie, właśnie Internet pokazuje, że nie zawsze warto płynąć z prądem. Owszem, sporo w nim chłamu, z drugiej jednak strony, jeśli ma się oryginalne pomysły, coś do powiedzenia i umie to ubrać w atrakcyjną dla czytelnika formę, nietrudno znaleźć odbiorców. Przypadki Garance Dore, Harel czy Styledigger, ostatnio wcielającej w życie zasady świadomej konsumpcji; nie mówiąc o polskich minimalistach – których istnienie odnotowały dziś „Wysokie Obcasy“ – pokazują, że jeśli się chce, można.

I tym optymistycznym mimo wszystko przesłaniem kończę ciężki, przedburzowy wręcz wpis.

Otagowane , , , ,

Chomik w podróży

Na pytanie: z czym kojarzą Ci się wakacyjne wyjazdy z dzieciństwa? – odpowiadam: z wolnym czasem i przygodami. Oraz stresem i nieustającym pakowaniem, a potem taszczeniem ze sobą całego dobytku – początkowo autobusem lub pociągiem (tu jednak obowiązywały pewne naturalne limity, zwłaszcza że pociągową regułą numer jeden było permanentne zatłoczenie), potem – samochodem, gdzie ograniczeń nie było.  Niestety. Jedna z dorosłych osób w mojej rodzinie jest bowiem klasycznym „chomikiem”, gromadzącym rzeczy ponad miarę. Ten sam schemat powtarzała na wakacjach: musiała wziąć wszystko, co potrzebne do życia. Na każdą okazję. Przy czteroosobowej rodzinie oznaczało to całą baterię ubrań, kosmetyków, nawet sztućców i innych sprzętów (jeździliśmy do domu dziadków).  Podczas pakowania się wybuchały kłótnie. Segregowanie i kompletowanie, a potem znoszenie tego wszystkiego do samochodu trwało w nieskończoność. I tak zawsze okazywało się, że czegoś zapomnieliśmy.

Nieprędko zauważyłam, że sama naśladuję ten wzorzec. Kiedy w liceum po raz pierwszy wyjeżdżałam pod namiot, moja współtowarzyszka podróży wybałuszyła ze zdumienia oczy na widok…. szczotki do mycia pleców, wystającej z i tak już wypchanego po brzegi plecaka. Tak, takiej szczotki z długim drewnianym trzonkiem, wieszanej zwykle w łazience na specjalnym uchwycie albo pokrętle prysznica. Przecież mogła się przydać!

Potem szczotki już nie woziłam. Zawsze jednak miałam ze więcej rzeczy, niż było mi naprawdę potrzeba. Zwłaszcza ubrań.

Kilka lat temu, lecąc do Ameryki Południowej, zabrałam plecak wypełniony zestawami ubrań na całe trzy tygodnie pobytu. Pobyt był z gatunku trekkingowych, podróżowałam po kraju autobusami, pociągami, często się przesiadając, wydeptując kilometry w poszukiwaniu noclegu, bo wcześniej nie robiliśmy rezerwacji. Nietrudno zgadnąć, ile razy byłam wówczas wściekła na siebie, mając ochotę wywalić zawartość plecaka do najbliższego kosza na śmieci. Dodam, że połowy rzeczy nie założyłam ani razu.


Za dwa tygodnie znów wyjeżdżam daleko – prawie do końca sierpnia będę w  Japonii. Jadę tam po raz pierwszy, zawsze chciałam odwiedzić ten kraj, ale po licznych lekturach zdaję sobie sprawę, że mogę czuć się w nim jak na innej planecie, więc ekscytacja miesza się jednak z przerażeniem.  Tym bardziej nie mam zamiaru powtarzać błędów z przeszłości. Kilka miesięcy temu na tygodniowy wyjazd do Hiszpanii zabrałam jeden mały plecak – o, taki: i jakoś pomieściłam w nim wszystko bez trudu, a nawet zostało trochę miejsca.

Niedościgłym wzorem w kwestii pakowania pozostaje dla mnie Francine Jay, autorka bloga Miss Minimalist ( i książki „The Joy of Less”) – z tym wpisem. Nie będę, oczywiście, powielać jej listy, bo każdy ma inne artykuły podstawowej potrzeby, ale traktuję ją jako pomocne narzędzie. Pomysł dzielenia wszystkiego na „moduły” zamierzam wcielić jednak w życie, bo mocno je ułatwia: żeby znaleźć cokolwiek, nie trzeba w panice przeszukiwać całej torby.

Planuję zabrać tylko bagaż podręczny, oszczędzając sobie tym samym dodatkowego czekania na lotniskach i nerwów (zgubili? nie zgubili?) Musi on więc być na tyle lekki, żeby dało się z nim bez trudu wędrować po mieście. Tam, gdzie zatrzymamy się na kilka dni, przydatna będzie też zwykła płócienna torba (nazywana też ekologiczną).  Zajmuje mało miejsca, łatwo ją złożyć lub zwinąć, w samolocie można upakować w nią różne materiały do czytania, niezbędne do przetrwania długiego lotu (nienawidzę długich lotów i w ogóle najlepiej czuję się  stojąc obiema nogami na ziemi). Poza tym człowiek nie wygląda z taką torbą jak turysta:) Ewentualnie – mała podręczna torebka na ramię, w której będę nosić dokumenty, pieniądze i małą kosmetyczkę.

Drugie postanowienie, poczynione po lekturze wpisów podróżniczych Lin, autorki bloga Out of the Bag – nie ma sensu dzielić garderoby na „podróżną” . Kiedy zabieramy ze sobą w podróż rzeczy, w których chodzimy na codzień, czujemy się lepiej i nie kusi nas, żeby zrobić odzieżowe zakupy pod pretekstem, że czegoś zapomnieliśmy z domu albo wyglądamy nie najlepiej. I – znów – nie krzyczymy z daleka: „jestem turystą!”

Oto, co zamierzam zabrać:

– plecak, tym razem nieco większy, o wymiarach 30×40 cm, głęboki na 17 cm

– dokumenty (paszport i jego kserokopia), dwie karty płatnicze, portfel z wymienioną zawczasu gotówką

– sekcja medyczna: aspiryna, ibuprom, węgiel, ziołowy preparat na przeziębienie,maść i krople do oczu, maść typu zovirax

– sekcja kosmetyczna: zestaw chusteczek nawilżających, gumy do żucia, mała kosmetyczka z podkładem, pudrem, etc., dezodorant, płyn do mycia i szampon, pasta i szczotka do zębów, perfumy, pasta wygładzająca do włosów w małym opakowaniu, szczotka do włosów, samoopalacz, golarka, krem nawilżający, zapas jednorazowych soczewek, okulary. Wszystkie kosmetyki przelewam do mniejszych pojemników (świetny patent, można je kupić w sklepie Muji – także online) i wkładam od razu do przezroczystej saszetki z myślą o kontroli bagażowej.

– sekcja odzieżowa: mały podróżny parasol (znów Muji jest tu nie do pobicia), okulary przeciwsłoneczne, tygodniowy zapas bielizny (będę robić pranie na bieżąco co wieczór), rozpinany granatowy kardigan, bawełniany szal w jakimś żywszym kolorze, bawełniana sukienka bez ramion, dwa czarne podkoszulki bez ramion, dwa granatowe t-shirty, krótkie spodnie, spódnica, bawełniany podkoszulek z długim rękawem, długie spodnie typu chinos z lekkiej bawełny w ciemnym kolorze, nakrycie głowy, podkoszulek do spania. Jeśli uda mi się dotrzeć do sklepu A.P.C. w Tokio, zamierzam uzupełnić ten zestaw o dawno upatrzone jeansy z surowego materiału (tzw. raw denim) typu petit standard albo new standard –  jak wyczytałam na różnych forach, ich numeracja jest myląca, należy wybierać o rozmiar-dwa mniejsze, a potem rozbić do tego właściwego, więc nie odważę się ich kupić przez Internet bez wcześniejszego zmierzenia.

buty: conversy i sandały,  japonki z H&M (pod prysznic). Rozważam jeszcze lekkie mokasyny, ale chyba lepiej sobie odpuścić, prawda? (chomik! chomik!), zobaczymy ile miejsca zostanie w plecaku.

sekcja technologiczno-rozrywkowa:  iPhone plus ładowarka, drukowany przewodnik, jedna książka (dobrym patentem jest zabieranie w tego typu podróże czegoś z klasyki, bo gdy ma się tylko jedną drukowaną lekturę, na nowo smakuje się każde zdanie). Gdyby mi się znudziło, w programie Kindle na iPhone`a mam też kilka książek elektronicznych. Być może dodatkowy aparat bez simloka, do którego będę mogła dokupić kartę z lokalnym numerem – do awaryjnych kontaktów na miejscu.

Mam nadzieję, że tym razem nie przesadziłam w drugą stronę i nie będę biegać w poszukiwaniu jakichś absolutnie niezbędnych rzeczy po nieznanych miastach, gdzie układ ulic i numeracja budynków ma niewiele wspólnego z europejską logiką.

Otagowane , , , , , , ,

Bylejakość jednak górą

Zanim wyruszymy na poszukiwanie idealnego białego podkoszulka, zwanego też T-shirtem – proszę państwa, oto pasek.

Pasek znaleziony na przecenie, w sklepie Massimo Dutti. Pozornie wszystko z nim w porządku – jest z prawdziwej skóry,  w rozmiarze i szerokości takiej, jakiej sobie życzyłam. Cena (po obniżce) nadal nieco wygórowana, ale jednak akceptowalna: 99 zł. Tylko jest jedno ale. To, co widać na zdjęciu, to już pasek „po” – skomplikowanej operacji polegającej na wycięciu metki ulokowanej dokładnie pod zapięciem paska. Długiej, czarnej metki, szerokością przekraczającą paskową szerokość, co oznaczało, że gdyby nie operacja, po założeniu metka byłaby doskonale widoczna, zwłaszcza że pasek w kolorze jasnego brązu. Co, u licha, autor chciał powiedzieć, myślałam, mocując się z nożyczkami do paznokci, jedynym narzędziem, które pozwalało w miarę precyzyjnie usunąć rzeczoną metkę i tym samym wykorzystywać nowy zakup zgodnie z przeznaczeniem (może właśnie chodziło o to, żeby tę metkę wraz z logo wytwórcy dumnie prezentować światu – pomyślałam, i ta zabawna skądinąd interpretacja wydała mi się jedyną obdarzoną jakąkolwiek logiką). Tak, zapewne jakiś menedżer w chińskiej fabryce wpadł na ten odkrywczy pomysł i kazał robotnikom montować metki większe od zapięcia, to jeszcze trzymało się kupy. Bo w to, że tak idiotyczną ozdobę wymyśliła sama firma, trudno raczej uwierzyć. Mocując się z czarnym materiałem, który, owszem, dał się ciąć, ale nijak usunąć całkowicie, natknęłam się na…. zszywki. Tak, tak, klasyczne zszywki, którymi przytwierdzono metkę, choć oczekiwać należałoby, że producent uchodzący za „średnią półkę” podczas całego procesu produkcyjnego używał wyłącznie nici. Niestety zszywki wbito tak mocno w wewnętrzną część paska, że ich usunięcie groziło naruszeniem całej konstrukcji. Poddałam się więc, nie chcąc pogodzić się z poczuciem, że jeszcze trochę dłubaniny, a wszystko pęknie i okaże się, iż 99 zł umieściłam w przysłowiowym błocie.  Podskubałam jeszcze trochę nieszczęsną metkę, i udało się – PRAWIE nie widać, że coś tam jeszcze tkwi pod spodem. A przynajmniej nikt nie zauważył, jako że pasek noszę od miesiąca dość regularnie. Metoda DIY niezawodną jest.

A, zapomniałabym. Pasek, sam w sobie szlachetnie minimalistyczny (ha, ha!)  okraszony był jeszcze niebieską kokardą ze skóropodobnego tworzywa, na szczęście przytwierdzoną doń tak niechlujnie zwykłym klejem, że jeszcze w sklepie udało mi się pozbyć tej wątpliwej ozdoby.  Z roztargnienia przyniosłam ją do domu, zamiast wrzucić do pierwszego lepszego kosza, i to był strzał w dziesiątkę. Sprawdza się świetnie jako zabawka dla kotów.

Otagowane , , ,