Amerykańska nostalgia

Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków, miniony weekend. Chronimy się przed upałem w klimatyzowanych salach, oglądając skromną, ale frapującą wystawę. Pokazuje kraj, którego już nie ma, choć ciągle tkwi w mentalności jego byłych mieszkańców.  Ten, kto widział film „Good-bye, Lenin”, doskonale wie, o co chodzi.

Po obejrzeniu kilkudziesięciu czarno-białych zdjęć, dokumentujących codzienne życie rezydentów tej nieistniejącej planety wracam, żeby spojrzeć raz jeszcze na jedno. Fotografia przedstawia świeżo poślubioną parę. Twarze szerokie, chłopskie. Krzepkie sylwetki. Rozradowani, przysiedli na wielkim, nakrytym kapą łożu, obok białego pluszaka. Takich ujęć w rodzinnych albumach na całym świecie można znaleźć tysiące, ale to jest inne.  Przez tło. Wokół nowożeńców, na ścianach i suficie, ze wszystkich stron atakują wycięte z gazet reklamy, sprasowane puszki po zachodnioniemieckim piwie, fotosy pokazujące uśmiechniętych ludzi z innego, lepszego świata. Cały konsumpcyjny śmietnik, jaki pamiętamy dobrze z niejednego polskiego domu lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Nowożeńcy od zawsze pozują fotografom w sielskim otoczeniu: palmy, morskie zatoczki, zachody słońca, od biedy romantyczny ogród.  Ta para miała  inne wyobrażenie raju.

Myślałam sobie o nich, przeglądając po raz kolejny książkę, a właściwie album, nad którego zakupem zastanawiałam się długo. „Moje francuskie życie” Vicky Archer. Zaczęło się od bloga, na którym autorka – obywatelka świata, urodzona w Australii, po przeprowadzce do Francji  dokumentowała  doświadczenia związane z życiem na prowansalskiej prowincji, przerywanego wypadami do Paryża. To samo opisuje w książce.

Album pięknie wydany, z wysmakowanymi, może nawet nazbyt, zdjęciami Carli Coulson. Obraz i tekst, z przewagą obrazu. Twarda oprawa, duży format, piękny papier, czerwona zakładka, aż chce się kupić na prezent i wyobrażam sobie, jak francuski MSZ obdarowuje swoich gości właśnie albumami Vicky Archer, zamiast wydawnictwami promocyjnymi w bardziej konwencjonalnym stylu. Nie zdziwiłabym się zresztą, gdyby tamtejszy MSZ jakoś dyskretnie wspierał wydanie „Mojego francuskiego życia”. To przecież doskonała reklama kraju, który w przeciwieństwie do NRD wciąż istnieje, ale jego obraz pokazywany przez Vicky Archer tkwi głównie w wyobraźni. Bo umówmy się: Francja jest krajem pięknym, Paryż miastem urokliwym, ale jak każdy kraj i każde miasto nie składają się wyłącznie z pocztówkowych pejzaży. Przedmieścia zamieszkane w dużej mierze przez imigrantów, knajpy z nieuprzejmą obsługą i zaśmiecone ulice też mają swoją poetykę, której tu – z oczywistych przyczyn – zabrakło.

Żeby się dobrze zrozumieć – bardzo lubię Francję i francuski styl, inaczej nie zachwalałabym go tutaj. Jednak czytając zachwyty Vicky (której bloga notabene też cenię i regularnie czytam – polecam zwłaszcza takie wpisy jak ten) nad urokami powolnego picia kawy z filiżanki w lokalu z widokiem na ulicę, zamiast w biegu z papierowego kubka, albo możliwościami codziennych zakupów świeżych, sezonowych warzyw i owoców na miejskim targu i przypomniawszy sobie podobne peany płynące z książek innych autorów ogarniętych nagłą frankofilią, zaczynam rozumieć, że tak naprawdę chodzi o coś innego. O tęsknotę Australijek i Amerykanek za odmiennym światem – mityczną „starą, dobrą Europą”. Gdzie wciąż w miastach chodzi się piechotą i jeździ rowerem (rany!), kupuje dziesięć, za to dobrej jakości rzeczy, które mieszczą się w małej szafie, uprawia własny ogród  i podróżuje z jednym plecakiem. A Francja – z racji otaczającej ją legendy – jest tylko tych tęsknot  ucieleśnieniem.

I pomyślałam sobie też, że gdyby polski MSZ czy jakaś agenda promocyjna trochę się postarała, mogłaby z powodzeniem wydać podobny album, sławiący uroki naszego własnego kraju w podobnym kontekście. Rodzima fascynacja Ameryką jako jednym wielkim supermarketem czynnym 24 godziny na dobę, pełnym tych wszystkich dóbr, których artefaktami otaczała się na dobry początek wspólnej drogi para z NRD-owskiego zdjęcia, na szczęście powoli przemija. Dzięki ci, Sławomirze Shuty i inni nowi prorocy.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , ,

2 thoughts on “Amerykańska nostalgia

  1. vickiarcher pisze:

    Thank you for your comment… I am sorry I don’t understand! xv

    • minimalplan pisze:

      Thanks for commenting! I really enjoyed your book, and your blog. I wrote that French Ministry of Foreign Affairs should have distributed „My French Life” as a gift for foreign visitors:) Best!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: