Monthly Archives: Lipiec 2012

Amerykańska nostalgia

Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków, miniony weekend. Chronimy się przed upałem w klimatyzowanych salach, oglądając skromną, ale frapującą wystawę. Pokazuje kraj, którego już nie ma, choć ciągle tkwi w mentalności jego byłych mieszkańców.  Ten, kto widział film „Good-bye, Lenin”, doskonale wie, o co chodzi.

Po obejrzeniu kilkudziesięciu czarno-białych zdjęć, dokumentujących codzienne życie rezydentów tej nieistniejącej planety wracam, żeby spojrzeć raz jeszcze na jedno. Fotografia przedstawia świeżo poślubioną parę. Twarze szerokie, chłopskie. Krzepkie sylwetki. Rozradowani, przysiedli na wielkim, nakrytym kapą łożu, obok białego pluszaka. Takich ujęć w rodzinnych albumach na całym świecie można znaleźć tysiące, ale to jest inne.  Przez tło. Wokół nowożeńców, na ścianach i suficie, ze wszystkich stron atakują wycięte z gazet reklamy, sprasowane puszki po zachodnioniemieckim piwie, fotosy pokazujące uśmiechniętych ludzi z innego, lepszego świata. Cały konsumpcyjny śmietnik, jaki pamiętamy dobrze z niejednego polskiego domu lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Nowożeńcy od zawsze pozują fotografom w sielskim otoczeniu: palmy, morskie zatoczki, zachody słońca, od biedy romantyczny ogród.  Ta para miała  inne wyobrażenie raju.

Myślałam sobie o nich, przeglądając po raz kolejny książkę, a właściwie album, nad którego zakupem zastanawiałam się długo. „Moje francuskie życie” Vicky Archer. Zaczęło się od bloga, na którym autorka – obywatelka świata, urodzona w Australii, po przeprowadzce do Francji  dokumentowała  doświadczenia związane z życiem na prowansalskiej prowincji, przerywanego wypadami do Paryża. To samo opisuje w książce.

Album pięknie wydany, z wysmakowanymi, może nawet nazbyt, zdjęciami Carli Coulson. Obraz i tekst, z przewagą obrazu. Twarda oprawa, duży format, piękny papier, czerwona zakładka, aż chce się kupić na prezent i wyobrażam sobie, jak francuski MSZ obdarowuje swoich gości właśnie albumami Vicky Archer, zamiast wydawnictwami promocyjnymi w bardziej konwencjonalnym stylu. Nie zdziwiłabym się zresztą, gdyby tamtejszy MSZ jakoś dyskretnie wspierał wydanie „Mojego francuskiego życia”. To przecież doskonała reklama kraju, który w przeciwieństwie do NRD wciąż istnieje, ale jego obraz pokazywany przez Vicky Archer tkwi głównie w wyobraźni. Bo umówmy się: Francja jest krajem pięknym, Paryż miastem urokliwym, ale jak każdy kraj i każde miasto nie składają się wyłącznie z pocztówkowych pejzaży. Przedmieścia zamieszkane w dużej mierze przez imigrantów, knajpy z nieuprzejmą obsługą i zaśmiecone ulice też mają swoją poetykę, której tu – z oczywistych przyczyn – zabrakło.

Żeby się dobrze zrozumieć – bardzo lubię Francję i francuski styl, inaczej nie zachwalałabym go tutaj. Jednak czytając zachwyty Vicky (której bloga notabene też cenię i regularnie czytam – polecam zwłaszcza takie wpisy jak ten) nad urokami powolnego picia kawy z filiżanki w lokalu z widokiem na ulicę, zamiast w biegu z papierowego kubka, albo możliwościami codziennych zakupów świeżych, sezonowych warzyw i owoców na miejskim targu i przypomniawszy sobie podobne peany płynące z książek innych autorów ogarniętych nagłą frankofilią, zaczynam rozumieć, że tak naprawdę chodzi o coś innego. O tęsknotę Australijek i Amerykanek za odmiennym światem – mityczną „starą, dobrą Europą”. Gdzie wciąż w miastach chodzi się piechotą i jeździ rowerem (rany!), kupuje dziesięć, za to dobrej jakości rzeczy, które mieszczą się w małej szafie, uprawia własny ogród  i podróżuje z jednym plecakiem. A Francja – z racji otaczającej ją legendy – jest tylko tych tęsknot  ucieleśnieniem.

I pomyślałam sobie też, że gdyby polski MSZ czy jakaś agenda promocyjna trochę się postarała, mogłaby z powodzeniem wydać podobny album, sławiący uroki naszego własnego kraju w podobnym kontekście. Rodzima fascynacja Ameryką jako jednym wielkim supermarketem czynnym 24 godziny na dobę, pełnym tych wszystkich dóbr, których artefaktami otaczała się na dobry początek wspólnej drogi para z NRD-owskiego zdjęcia, na szczęście powoli przemija. Dzięki ci, Sławomirze Shuty i inni nowi prorocy.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , ,

Inspiracje – Dead Fleurette

Ma zaledwie 20 lat, mieszka w Norwegii, ale jej ulubionym miastem jest Paryż. Pochodzi z wietnamskiej rodziny. Studiuje, współpracuje z mediami, udziela lekcji muzyki, a przede wszystkim pisze bloga, który ponad rok temu stał się dla mnie objawieniem. Nie mogłam uwierzyć, że jego autorka, mimo młodego wieku, ma tak dojrzały, wysublimowany gust (nie tylko w dziedzinie mody) i zdroworozsądkowe podejście do życia. Dlatego, gdy przygotowywałam jakiś czas temu tekst o minimalizmie, była jedną z pierwszych osób z międzynarodowej blogosfery, której chciałam zadać kilka pytań. Udało się nam porozmawiać (mailowo). Nie ujawniam prawdziwego imienia i nazwiska, bo Dead Fleurette z różnych względów chce chronić swoją prywatność za pseudonimem. Ponieważ nie wykorzystałam całości naszej rozmowy w przygotowanym materiale,  pozwalam sobie przedstawić ją poniżej, otwierając tym samym nowy cykl. Może kogoś zainspiruje:)

– Czy zgodzisz się z obserwacją, że postawa określana jako „minimalizm” ostatnio stała się bardziej widoczna – zarówno na blogach, jak w zachowaniu konsumentów, w modzie i innych dziedzinach sztuki, stopniowo wkraczając także do świata kultury popularnej? Jaki jest tego powód?


Dead Fleurette:– Zdecydowanie, minimalizm coraz bardziej dochodzi do głosu. Zastanawiam się jednak, czy nie dostrzegam tak wyraźnie tej tendencji dlatego, że sama jestem mocno zaangażowana w temat. Znajomi, którzy nie identyfikują się z podejściem „mniej znaczy więcej” nie odnotowują podobnego trendu albo w ogóle się nim nie przejmują. Wydaje mi się, że tak zwany nowy minimalizm z jednej strony jest reakcją na nadmiar konsumpcji i hałasu, który atakuje nas teraz w różnej formie ze wszystkich stron, z drugiej – zwykłym trendem, takim jak każdy inny, rozpopularyzowanym dzięki takim projektantom jak Phoebe Philo czy Jil Sander, którym minimalistyczne środki wyrazu zawsze były bliskie. Trudno to rozdzielić, bo chcąc nie chcąc bez przerwy ulegamy wpływom trendów, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy – trudno się więc dziwić, że „minimalistyczny” trend na blogach i w ilustrowanych magazynach ma ostatnio mocną pozycję. Wydaje mi się, że minimalizm był widoczny w kulturze przez cały czas (weźmy choćby architekturę i sztukę lat 90., czy muzykę Philipa Glassa), lecz gdy do głosu dochodzi większa grupa osób, którym bliska jest ta estetyka, wtedy mówi się o jego powrocie. Sprzyjają temu czasy, w jakich żyjemy – kiedy wszystko dostarczane jest tak szybko, kiedy wszystkiego jest w nadmiarze, masz dość i skłaniasz się ku temu, co jest przeciwieństwem nadmiaru. To jak znużenie fast foodem i moda na slow food.

– Twoim zdaniem ta tendencja będzie rosnąć jako masowa reakcja na kryzys światowych  finansów (na  blogach można znaleźć ostatnio ciekawe rozważania na ten temat)? Czy jest szansa, że zainteresowanie minimalizmem może zmienić na trwałe nasze podejście do konsumpcji, czy też zostanie kolejnym trendem, wypieranym po jakimś czasie przez inny trend? Często, gdy coś zaczyna być popularne, albo przedstawiane jako popularne, ludzie naśladują to bez zastanowienia, ale po jakimś czasie zdają sobie też sprawę z filozofii, jaka się za tym trendem kryje i zmieniają sposób myślenia.

– Trendy przychodzą i odchodzą, ale czasem trwają dłużej, niż się spodziewano. Przypuszczam, że aktualny minimalizm też ustąpi pola innym tendencjom za kilka sezonów, ale filozofia, którą reprezentuje, jednak pozostanie. To trend ponadczasowy. Dotyczy tego, co najistotniejsze. Osobiście wierzę, że gdy tylko ludzie zaczynają rozumieć, o co w tym naprawdę chodzi (w  odniesieniu do stylu życia), minimalizm może trwale zmienić ich podejście do konsumpcji. Sama nie byłam świadoma, że istnieje coś takiego jak moda na minimalizm czy minimalistyczny styl życia, kiedy zaczęłam się nim bliżej zajmować. Dla mnie to była moja własna reakcja na tendencję do gromadzenia, obserwowaną wokół od małego. Terapia. Próba ograniczenia mojego stanu posiadania do naprawdę niezbędnych rzeczy, pozbycia się przymusu, żeby „mieć”. Rodzaj wyzwania.

Dead Fleurette – zdjęcie pochodzi z jej blogu: http://grayzine.no/deadfleurette/

– Na blogu piszesz, że nie przejmujesz się trendami i wychwalasz minimalistyczną garderobę pod hasłem „jakość zamiast ilości”. Dowodzisz też własnym przykładem, że wcale nie trzeba zarabiać mnóstwo, żeby wejść w posiadanie przynajmniej kilku wysokogatunkowych ubrań – które mogą stworzyć garderobę na całe życie. To brzmi bardzo rozsądnie, zwłaszcza, gdy podobne tezy głosi tak młoda osoba. W jaki sposób doszłaś do podobnych wniosków? Czy wpływ miało Twoje wychowanie, własne spostrzeżenia, czy też wcześniejsze eksperymenty z modą?

– Cóż… Zawsze miałam dość kosztowny gust, jeśli chodzi o ubrania (zarówno w odniesieniu do stylu, jak i jakości), lecz mało pieniędzy. Stwierdzenie, że jeśli przestanę kupować masę kiepskiej jakości rzeczy i zamiast tego co sezon będę w stanie zainwestować w kilka wysokogatunkowych elementów garderoby, nie było wielkim odkryciem. Kiedyś – powiedzmy do 17 roku życia – stawiałam ilość nad jakość. Pozbycie się wszystkich nagromadzonych rzeczy zajęło mi sporo czasu. Teraz lubię powtarzać, że nie stać mnie na to, żeby kupować tanio. Z drugiej strony, przytłaczał mnie nadmiar nagromadzonych przez lata ubrań i to, że śledzone przeze mnie na bieżąco blogi dotyczące mody nieustannie koncentrowały się na ilości i bezmyślnej konsumpcji. To była negatywna reakcja na kulturę nadmiaru, która dominuje teraz w wielu zachodnich społeczeństwach.

– To podejście ma związek z wiekiem?

– Bardziej ze stopniowym nabywaniem mądrości, jeśli można to tak nazwać.

Jak przekonałabyś kogoś, kto twierdzi, że „minimalizm” – jako osobisty styl, ale także pewna postawa w stosunku do otaczającego świata jest nudna –  że się jednak myli?

– Cóż… każdy lubi coś innego. Lubię w takich sytuacjach cytować Massimo Vingelli: „Minimalizm nie jest stylem, jest podejściem, sposobem życia. To zasadnicza odtrutka na hałas, wizualny chaos, nieporządek, wulgarność. Minimalizm jest dążeniem do istoty rzeczy.” Nie wszyscy rozumieją, o co chodzi w całym tym upraszczaniu. Trzeba to uszanować – ludzie mają różne punkty odniesienia.

Czy nazwałabyś samą siebie „minimalistką” czy też wolisz unikać etykietek tego typu? Jeśli tak – dlaczego?

– Nie, nie powiedziałabym, że jestem minimalistką. Początkowo byłam kimś, kto do minimalizmu aspiruje, ale ostatecznie odnalazłam dobrą równowagę i teraz mogę powiedzieć tyle, że inspiruje mnie minimalistyczny styl życia. Nie chcę być ekstremistką. Wierzę, że spokojny umysł wynika ze zrównoważonego i zdrowego stylu życia, a bycie ekstremistką  bynajmniej zdrowe nie jest.

Poniżej oryginalna wersja:

– Do you observe that the attitude of so-called „minimalism” – „less is more” – has become more visible nowadays – on blogs, in consumers`behaviour, art etc. making gradually its way into the popular culture and fast food fashion as well? If so, what`s the reason for it – how do you think?

– It definitely has become more visible nowadays, but I wonder if it’s because I’m into in these kind of things, which is why it is visible to me. People I know who aren’t into „minimalism” and „less is more” haven’t seen the trend or do not care. I guess the „new minimalism” is a reaction against over-consumption and noise in every form… or just a trend thanks to the designers who do minimalistic design such as Phoebe Philo, Jil Sander, etc. Anyhow, we are subconsciously influenced by trends and things we read about, even though we deny it, so it’s no wonder that the so-called „minimalism” trend on blogs and magazines have made a dominating entrance as of late. I guess minimalism has always been in the picture (the 90s, in architecture and art, music such as Philip Glass), but when bigger „tribes” of people who embrace „minimalism” come into existence online it surely comes across as a revival. I suppose that living in a world/era where everything is delivered so fast, where everything is excessive, you want to hold on to the opposite. It’s like fast food versus slow food.

– Do you think this tendency would grow as a mass reaction to the world`s financial crisis (there were some interesting posts relating to that topic on other blogs lately)? Would it be another passing „trend” or is there a chance it could change people`s attitude towards consumption? You know, sometimes people are just imitating sth because it`s so popular, following the trend but soon they realise somehow what kind of philosophy is hidden behind it…

– Trends come and trends go, but sometimes they stick around for a longer time than anticipated. I suppose the current minimalism will kind of „die” off in a couple of seasons, but the philosophy behind it will remain. It’s a timeless trend. it’s about what’s essential. I think once people become familiar with the philosophy (in terms of lifestyle), it will change people’s attitude towards consumption. Personally, I wasn’t aware that minimalism or a minimalist lifestyle was in fashion when I started exploring it. To me, it was more like a reaction towards being a hoarder since I was little. It was therapy. It was all about paring my life down to the bare essentials, rid myself of the tyranny of possessions. A challenge.

–  On your blog, you write that you don`t care much about fashion trends nowadays and praise the minimalist, yet good quality wardrobe – „quality, not quantity”. An you prove that one doesn`t have to earn much to afford few good quality items – a wardrobe for life. It sounds very wise, especially when written by a young person. How did you came to such conclusions? Was it more your upbringing, your own reflections/observations or experiences/experiments with fashion as a teenager?

– Well.. I’ve always had very expensive taste in clothing (both designer and quality-wise) but no money. It wasn’t rocket science to figure out that if I just stopped buying lots of bad quality clothing and just invested in a few coveted items a season, I would be able to afford whatever I wanted. I used to choose quantity over quality but I changed when I was 17. It was a long process to let go of my possessions. I like to say that I’m not rich enough to buy cheap things. On the other hand, I was just sick of the amount of clothes and stuff I had accumulated, and how fashion blogs was insanely focused on quantity and mindless consumerism. Again, it was a reaction towards the consumption culture in western countries nowadays.

– Do you think this attitude usually comes with age, or can come at any time when someone is tired and bored of the excess surrounding him?

– I think this attitude comes with wisdom, if you know what I mean.

– How would you convince someone who states that minimalism – as one`s personal style and an attitude towards all kind of things is boring and dull, that he is probably wrong?

– Well.. to each his own. I’d like to quote Massimo Vingelli: „Minimalism is not a style,  it is an attitude,  a way of being. It’s a fundamental reaction against noise,  visual noise,  disorder, vulgarity. Minimalism is the pursuit of the essence of things, not the appearance.”. Not all people get simplicity. We just have to respect that people have different basis.

– Would you call yourself „a minimalist” or rather escape from labelling of that kind? Why? 

– I wouldn’t say that I’m a minimalist. At first, I was an aspiring minimalist,  but I’ve finally found a good balance and now I’m just being inspired by the minimalist lifestyle. I don’t want to be an extremist. I believe that a peaceful mind is by virtue of a balanced and healthy lifestyle,  and being an extremist isn’t something I would define as healthy.

Dead Fleurette – zdjęcie pochodzi z jej blogu: http://grayzine.no/deadfleurette/

Otagowane , , , , , ,