Monthly Archives: Wrzesień 2012

Pół roku w innym wymiarze

„Nasz mały PRL” Izabeli Meyzy i Witolda Szabłowskiego (Wydawnictwo Znak) zakrawa na najgorętszą premierę książkową września. Wszyscy o niej mówią, dyskutują, spierają się, czy aby książka wpisuje się w nurt „PRL-nostalgii”, kładąc nacisk na dobre strony ustroju, w którym kraj nasz tkwił z przymusu przez pięć kolejnych dekad, czy może wręcz przeciwnie – udowadnia, że były to czasy straszne. (Dla niezorientowanych: autorzy, oboje dziennikarze, przeprowadzili swoisty eksperyment: przez pół roku starali się żyć tak, jakby PRL wciąż istniał, a później opisali to doświadczenie).

Książkę właśnie przeczytałam i uważam, że sprowadzanie dyskusji wokół niej do aspektu rozliczeń historycznych jest nieporozumieniem. Ani przesadnie nie gloryfikuje PRL-u, ani do niego nie zniechęca – choć autorzy nie ukrywają, że po zakończeniu dobrowolnej maskarady nie chcieliby naprawdę przenieść się w czasie, bo minusy życia w gospodarce niedoboru przeważały jednak nad plusami.

Mam za to kilka innych uwag. Sam pomysł był świetny. Gorzej, niestety, z wykonaniem. Autorzy przekonali się kilkakrotnie na własnej skórze, że w dzisiejszej rzeczywistości nie da się już odtworzyć realiów życia w gospodarce socjalistycznej w skali jeden do jeden. Bo owszem, udaje się im odnaleźć mieszkanie w PRL-owskim stylu, wyposażone w sprzęty z epoki, ba, nawet wejść w posiadanie niektórych oryginalnych produktów żywnościowych z lat 80., kupić malucha, nie używać telefonów komórkowych ani Internetu. Ale nie da się już (co przyznają sami zainteresowani po kilku próbach) stać godzinami w kolejkach, próbować zaopatrzenia w sklepach świecących pustymi półkami (choć trzeba przyznać, że bardzo starają się znaleźć w Warszawie handlowe enklawy, gdzie wciąż unosi się duch PRL-u), czy podróżować wyłącznie archaicznymi typami komunikacji miejskiej. Poza tym wszyscy inni ludzie, z którymi stykają się na co dzień, choćby koledzy z pracy, funkcjonują w odmiennej rzeczywistości. Meyza i Szabłowski musieliby chyba nie opuszczać przez pół roku mieszkania, co na inny sposób dowodziłoby sztuczności przedsięwzięcia. Stąd tak liczne podczas tej sztuki, odgrywanej w dekoracjach A.D. 1980, wyłomy, zza których wyzierają przedmioty i zwyczaje należące do zupełnie współczesnej epoki. Weźmy choćby sytuację, w której Szabłowski naprawdę chce napisać zlecony mu reportaż bez użycia komputera, próbuje nawet dokonać tego za pomocą maszyny do pisania, ale niestety, nic z tego. Tekst nie nadaje się do druku, dziennikarz nie potrafi przestawić się na inny tryb tworzenia, musi więc pożyczyć komputer od znajomego…. Nie mówiąc już o innym poziomie, z którym związane było życie w państwie takim jak Polska Rzeczpospolita Ludowa tuż przed stanem wojennym: inwigilacje, cenzura,  nieustanne lęki podsycane zresztą przez władzę, konieczność opowiedzenia się w praktyce po którejś ze stron historycznego sporu…. Tego nie da się odtworzyć, bo i jak? Trzymając w tapczanie zakazaną przez cenzurę publikację? A kto niby miałby przyjść na rewizję?

Podczas czytania drażniło mnie też nierównomierne rozłożenie akcentów, nawet w kierunku, który mnie samą interesowałby najbardziej. Wyjątkowo dużo miejsca poświęcono np. kwestiom higieny osobistej albo relacji kobieta-mężczyzna, dowodzący, że PRL równał się kulturze macho. Nie wspomniano natomiast zupełnie o innych kwestiach – ot, choćby jak w „niby-PRL-u”  załatwiono kwestię rozliczeń finansowych. Drażni też przydługi wywód Szabłowskiego w formie listu do generała Jaruzelskiego. Niezależnie od tego, czy zgadzam się z tymi poglądami, czy nie, miejsce takich wynurzeń byłoby raczej na łamach macierzystej gazety autora. Chyba lepiej było dać sobie spokój z historyczną interpretacją i pozwolić czytelnikowi, by samodzielnie wyrobił sobie zdanie na temat minionego ustroju i jego włodarzy.

Szabłowski i Meyza, prywatnie małżeństwo, wzięli udział w eksperymencie solidarnie, ale to jej udział obarczony był większym ryzykiem. I nie chodzi tu tylko o podział ról w gospodarstwie domowym, zgodny z ówczesnym standardem – zgodnie z którym większość obowiązków była właśnie na jej głowie. Pod koniec „PRL-u” okazuje się, że autorka jest w ciąży. Nie może skorzystać z usług kapitalistycznej przychodni, bo oznaczałoby to naruszenie zasad gry i jej przedwczesny koniec, szuka więc lekarza, który funkcjonowałby nadal na podobnych zasadach jak w minionym ustroju, zadając sobie przy tym pytania, czy nie naraża przypadkiem zdrowia własnego i dziecka. To najmocniejsze – i nie jedyne zresztą – zetknięcie z mniej teatralną rzeczywistością poprzedniej epoki.

Autorom nie chodziło ani o wybielanie PRL-u, ani o pokazanie, jaki był to straszliwy i mroczny czas. Jak sami piszą pod koniec, dzięki eksperymentowi przekonali się, że można, naprawdę można wytrzymać przez pół roku bez Internetu, telefonów komórkowych, całego medialnego szumu otaczającego nas od rana do nocy. Zwolnić tempo, bawić się z dzieckiem zabawkami może archaicznymi, ale za to uruchamiającymi wyobraźnię. Zrozumieć, że najważniejsze są nie modne gadżety i ciągły pęd, ale ludzie, zwłaszcza najbliżsi, i czas wzajemnie sobie poświęcany. Stąd też recenzja „Naszego małego PRL-u” w Bibliotece Minimalisty….. 🙂

Chyba lepiej jednak przekonać się do tego wszystkiego metodą przemyśleń, niż doświadczając na własnej skórze uroków życia w PRL-u, nawet niekompletnym.

Reklamy
Otagowane , , , , , ,

O radości z małych zwycięstw

Są piękne. Mają czarne noski i czarną obłożynę, reszta przyszwy w ciemnozielonym kolorze, kojarzącym się od razu z tak modnym w tym sezonie nurtem militarnym. Może dlatego kosztują prawie 500 zł, podczas gdy porównywalne modele, bynajmniej nie gorszej jakości – połowę. Patrzę na nie i podobają mi się coraz bardziej. Czekały na mnie od rana, kiedy wypatrzyłam je w sklepie Benettona.

Oglądam oba raz jeszcze, przymierzam, obracając się przed lustrem, układając już w głowie kombinacje, w jakich będę mogła je nosić. I jeszcze raz. I jeszcze.

A potem zdejmuję, odkładam na półkę, obejrzawszy się za nimi od drzwi. Zostaną w sklepie.

Tak niewiele brakowało do kolejnej odsłony dobrze znanej historii, która powtarzała się wcześniej w różnych wariantach:

–       Buty na słupku z różnokolorowej plecionki, z otwartymi palcami, wypatrzone na aukcji eBay. Kupując je, widziałam rozliczne mieszkanki Nowego Jorku i Londynu, sfotografowane przez Scotta Schumana z The Sartorialist, w kombinacji podobnych butów oraz rajstop w kontrastowym kolorze, która wydawała mi się jakże awangardowa. Założyłam je raz, pech chciał że podczas deszczu, drobiąc w nich po nierównych, mokrych płytkach chodnikowych i mocząc zarówno buty, jak i rajstopy. To zniechęciło mnie do kolejnych eksperymentów i resztę żywota spędziły jak na razie w szafie.

–      Czerwone szpilki z kokardką na cienkim 10-centymetrowym obcasie, sklep polskiej firmy Ryłko. Znamy to wszystkie, odwieczne marzenie o czerwonych szpilkach, które potrafią rozjaśnić nawet najbardziej pochmurny dzień (w szafie miałam już wówczas 2 pary innych czerwonych butów na obcasie). Nie założone nigdy, z wyjątkiem prezentacji we własnym domu przed lustrem.

–       Białe sznurowane buty w szpic do kostki, zakupione na Etsy w chwili innej fantazji o awangardzie – takie buty nosiło wówczas wiele modowych blogerek, a w kontekście „białych kozaczków“ wydawały mi się świetnym żartem, mrugnięciem oka do znającego się na rzeczy obserwatora. Jak dotąd nie opuściły pudełka.

–       Czarne retro butki na obcasie, marki Topshop – wybór na fali zachwytu retromodą, prezentowaną przez niektóre polskie „szafiarki“. Nie wnikałam nawet, czy są z prawdziwej skóry, w każdym razie w moją wpiły się tak mocno, że po jednym założeniu nie dałam im kolejnej szansy.

–       Mokasyny marki Gino Rossi. Bardzo, bardzo, natychmiast potrzebowałam mokasynów, by nosić je do podwiniętych spodni w typie cygaretek, eksponując kawałek kostki. Niestety, czarnych już w moim rozmiarze nie było. Nie było też bordowych ani w kolorze ładnie spatynowanego brązu. Więc wzięłam te, też brązowe, zlewające się z barwą skóry, o kształcie, który może zachwyciłby pruderyjną nauczycielkę sprzed trzech dekad. Ubrałam je raz i więcej nie powtórzyłam tego błędu. Mam nadzieję, że za pośrednictwem Caritasu trafiły do kogoś, kto nie przywiązuje tak wielkiej wagi na przykład do kształtu nosków i  buty, pełniąc swą podstawową funkcję przydadzą się mu na codzień.

Tym razem finał jest inny. Wychodząc ze sklepu, czuję ulgę. Bo gdyby się zastanowić głębiej, tak naprawdę w każdym z tych (oraz innych, bo było ich więcej) przypadków chodziło o coś innego:

–       Odsunięcie perspektywy pracy nad czymś, nad czym bardzo nie chciało mi się pracować. Nic łatwiejszego, gdy po drodze do domu ma się centrum handlowe (tylko popatrzę, zrelaksuję się, żeby potem umysł mógł koncentrować się na trudniejszych kwestiach…)

–       Zły humor i chęć zrekompensowania go sobie zakupami

–       Obniżone z jakiegoś powodu poczucie własnej wartości (zakupiona rzecz na pewno, ależ na pewno poprawi mój wygląd!)

Rzecz dziwna: po samodzielnym wyperswadowaniu sobie zakupu wcale nie żałuję, że do niego nie doszło. Nie śnią mi się te trzewiki po nocach. Jakoś straciły na atrakcyjności. A więc widocznie nie były mi przeznaczone. Przypomniałam sobie też, jak trudno zestawiać takie buty z całą resztą, bo niestety – o ile nie są na wyższym obcasie, a te akurat nie są – optycznie skracają i pogrubiają łydki. Poza tym, gdyby jednak przyszła mi ochota na eksperymenty, przecież jedne „oksfordy“ w swojej szafie już mam. Rzadko noszone. Co prawda nie dwukolorowe, a czarne, jednak ten ciemnozielony nie kontrastuje jakoś wyraźnie z czernią. Jest więc okazja, żeby przywrócić je do łask.

Nie wiem, jaki wpływ na tę decyzję miała czytana w międzyczasie książka „Nasz mały PRL“ (recenzja wkrótce), ale jedno jest pewne: 500 zł, które pod wpływem obuwniczego amoku chciałam ot tak, lekką rączką przepuścić, zostało w kieszeni!

A poniżej obiecane zdjęcia dżinsów New Cure:

Z bliska:

Z oddali:

Oraz na modelu, tak, by było widać, jak leżą na sylwetce, ale bez szczegółów;)

Otagowane ,

Zbieranka posierpniowa

Tegoroczny sierpień – niestety – nie należał do najlepszych miesięcy w moim życiu. Nie zagłębiając się w szczegóły, napiszę tylko, że chodzi o jedno z doświadczeń granicznych. Takich, które przewartościowują wszystko wokół. W sytuacji, kiedy – na przykład – ktoś bliski zmaga się z ciężką chorobą albo umiera, większość kwestii, która zaprząta nas codziennie, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Przestajemy zamartwiać się, co też zdarzy się znów w pracy, frustrować z powodu tego, że ktoś krzywo na nas spojrzał, rozmyślać, co by tu włożyć na siebie następnego dnia  – i to nie dlatego, że tak podpowiada nam nasz zdrowy rozsądek, wzmocniony lekturą wpisów Leo Babauty czy jemu podobnych.  Choć już wcześniej to doskonale rozumieliśmy, teraz widzimy z całą wyrazistością, że jedyne, co naprawdę się liczy i na co warto poświęcać czas, to dobre relacje z sobą samym i z bliskimi ludźmi, oraz zajęcia zgodne z naszymi zainteresowaniami (nie zawaham się napisać: w jakiś sposób twórcze, a nie mechaniczne czynności), czyli to, co lubimy robić, w czym jesteśmy dobrzy (albo czujemy, że bylibyśmy, gdybyśmy poświęcili się temu w pełni).  Bo tylko to po nas zostanie. Dobrze jest przypominać sobie o tym od czasu do czasu, kiedy sytuacja już wróci do normy, czyli codziennego zabiegania.

To tyle, nie chcę bawić się w głoszenie kazań. Zdarzenia, o których wspominam powyżej, zmusiły mnie do zmiany wakacyjnych planów – Japonię, na którą się tak cieszyłam, trzeba było odłożyć na później.  Może „później” będzie oznaczać ten rok, może początek przyszłego. A że urlop już został wzięty i nie chciałam spędzić jego reszty w Warszawie, pojechałam na półtora tygodnia do Berlina, jednego z moich ulubionych miast, co pomogło mi się pozbierać i wrócić do rzeczywistości.

Była to podróż w sensie geograficznym bardzo nieodległa, a jednak jakby na inną planetę. Nie jestem bezkrytycznie zauroczona miastem Berlin, dostrzegam zarówno jego plusy, jak i minusy, które zdążyłam poznać dość dobrze z racji częstych tam wyjazdów, krótszych i dłuższych pobytów i relacji z mieszkańcami. A jednak zawsze będę zachwycać się jedną cechą, która uderzyła mnie już bardzo dawno. Najprościej można by ją nazwać „wyluzowaniem”  – chodzi o to, że w sporej i ważnej europejskiej stolicy (choć zadłużonej po uszy, to też fakt) miejscowa ludność nie gna przed siebie  z obłędem w oczach, jak dzieje się nierzadko w stolicy kraju naszego.  Ceni się natomiast chwile  spędzone na miłym nicnierobieniu, jedzeniu, piciu, przesiadywaniu przy kawiarnianych stolikach.  Praca jest po to, żeby zarobić na życie, a samo życie toczy się często gdzie indziej – w takiej sytuacji są choćby znajomi wykonujący tak zwane artystyczne zawody, którzy mimo wyższego wykształcenia pracują np. jako kelnerzy czy barmani, a po godzinach realizują swoje niekomercyjne projekty. Podejście to bliższe jest raczej postawom rozpowszechnionym w moim rodzinnym mieście, Krakowie, które też ma wiele wad, ale gdzie ciągle można umawiać się ze znajomymi na kawę czy wino, a nie po to, żeby coś załatwić przy kawie lub winie, popatrzeć na zegarek i biec dalej. I gdzie ciągle można zaimponować komuś tym, co ma się do powiedzenia albo tym, co się zrobiło, niż, dajmy na to, marką samochodu lub pozycją zajmowaną w korporacji, a o pieniądzach z zasady się nie rozmawia (ale się ich zazdrości warszawiakom!), takie już te krakowskie snobizmy.

Druga kwestia, która wpisuje się w owo zjawisko, to berliński styl uliczny czy w ogóle miejski styl życia w berlińskim wydaniu (dla tych, którzy nie wiedzą, o co chodzi, (tu znajduje się jego prawdziwe kompendium). Berlińska ulica jest mocno nonszalancka, wręcz niedbała – większość ciekawie ubranych ludzi wygląda tak, jakby kompletowali swoje stroje zupełnie przypadkowo, nie gardząc też zdobyczami ze śmietnika.  Trudno spotkać kogoś zapiętego na ostatni guzik, chyba że to świadoma, przerysowana stylizacja. Z chwalonym tu wcześniej przeze mnie francuskim stylem ma to niewiele wspólnego, ale może być mocno inspirujące.  Bo zabawa ubraniem polega na tym, żeby wyrażało w jakiś sposób osobowość kogoś, kto je nosi, nieprawdaż?  Można mieć w szafie wszystkie rzeczy z obowiązkowych zestawów, te trencze, marynarki w męskim stylu, małe czarne, ale jeśli będziemy traktować je śmiertelnie poważnie, a nie jako bazę, której trzeba nadać indywidualny charakter, możemy wyglądać co najwyżej jak model z wysyłkowego katalogu.  Berlińczycy to doskonale rozumieją, nie podchodząc z nabożeństwem do  trendów ani do konkretnych marek, choć oczywiście pewne trendy są na ulicy widoczne, a wprawne oko bez trudu dostrzeże akcenty z wyższej półki, choć zwykle są to akcenty pozbawione logo.

Piszę to zwłaszcza w kontekście obejrzanych niedawno odcinków internetowego przedsięwzięcia portalu Lula.pl i Gazeta.pl pod nazwą „Street Fashion”, gdzie reporterka ściga z kamerą ciekawie (jej zdaniem) ubranych ludzi na ulicach Warszawy.  Podczas oglądania uderzyły mnie trzy kwestie. Pierwsza – język. 90 proc. namówionych na występ przed kamerami ludzi nie potrafi wymienić, w co jest ubrana i odpowiedzieć na kilka innych, równie prostych pytań, bez wtrącania całej gamy zmasakrowanych anglicyzmów. Mamy więc mast hevy, autfity, sekend hendy, bejziki, tylko koloru kamelowego brakuje. Aż słuchać hadko. Druga sprawa zwracająca uwagę – większość mówi, że ubiera się w sekend hendach, ale  okazuje się, że ma na sobie niemal wyłącznie nabytki z popularnych sieciówek.  Czyli – aspirujemy do roli koneserów „vintage”, bo czytamy na blogach, że tak warto, ale w praktyce zwycięża opcja najprostsza? A trzecie spostrzeżenie – to nagminnie powtarzane opinie, że „polska ulica dopiero zaczyna dorównywać zagranicznej”, „na Zachodzie ulice są bardziej kolorowe”, „Polakom brakuje odwagi”. A co to jest, ów mityczny „świat”? Czyżbyśmy  naprawdę dążyli do tego, żeby wyglądać jak klony? Jakby ktokolwiek na świecie rzeczywiście przejmował się, co wdziewają na grzbiet państwo z Warszawy (Krakowa/Wrocławia/Gdyni etc). Mieszkańcy Berlina na pewno się tym nie przejmują.  I wcale nie zamierzam namawiać do ich naśladowania. Chodzi mi tylko o to, że od czasu do czasu  także w tym kontekście warto sobie odpuścić, nie napinać się, co ktoś sobie pomyśli, przekłuć balon, w jakim z przyzwyczajenia tkwimy na codzień. To zdrowe i dobrze robi.

Otagowane , , , , ,