Tekturowy jeans

Tak zwany surowy jeans, inaczej: raw denim to coś bardzo dziwnego. I niedługo pewnie bardzo modnego, gdy tylko wieść o nim obiegnie świat, a sieciówki zaproponują własne wersje. Rzadki ten gatunek na razie święci triumfy wśród wtajemniczonych, którzy na internetowych forach wymieniają się uwagami na temat poszczególnych typów spodni oferowanych przez producentów – tych nielicznych, mających go w ofercie. Brzmi to jak dyskusje członków niereligijnej sekty. W dodatku można się zniechęcić na wstępie ilością związanych z nowym kultem rytuałów – najpierw nosić jak najdłużej bez prania, najlepiej pół roku, potem wyprać chemicznie, jeśli nie chce się stracić pierwotnego koloru indygo, lub ręcznie – wtedy będą miały kolor błękitny, lekko wyblakły, z przetarciami i zagięciami w miejscach, gdzie tkanina najczęściej narażona jest na odkształcanie. Uch. Cały myk polega bowiem na tym, że surowe dżinsy dopasowują się do twojego ciała jak – nie przymierzając – całun, i odkształcają, marszczą i zaginają w sposób naturalny w zupełnie innych miejscach, niż u innego użytkownika. Czyli dostajesz coś, co ma w pełni odpowiadać twoim oczekiwaniom, ale najpierw musisz nad tym trochę popracować, zżyć się z nim jak z drugą skórą. To akurat mi się spodobało.

Postanowiłam więc poznać zjawisko z autopsji. Czyli dołączyć do sekty. Czyli kupić.

A to dlatego, że wiedziona nostalgią za dżinsami z dzieciństwa, takimi z amerykańskich paczek od dalszej rodziny (niemal zawsze zbyt dużymi albo niepasującymi w inny sposób, ale za to wykonanymi z cudownie dżinsowego, grubego i stopniowo spierającego kolor dżinsu, do którego nie umywały się krajowe wyroby dżinsopodobne) od dłuższego czasu szukałam ich współczesnego odpowiednika w jak najbardziej kapitalistycznych, wypełnionych towarem sklepach. Bez sukcesu. Jeszcze dziesięć lat temu pierwsze zarobione za granicą prawdziwe pieniądze udało mi się wymienić na takie właśnie Levisy, niestety ich żywot dobiegł końca – i od tamtego czasu nie udawało mi się trafić na nic podobnego. Wszystko z domieszką jakichś syntetyków – nawet w sklepie tej samej przecież marki Levis, od którego zaczęłam poszukiwania – przekombinowane, bywa że sztucznie postarzone albo poszarpane, że o ćwiekach i haftach nie wspomnę. Skutkiem ubocznym tych poszukiwań było kilkanaście dżinsowych znajomości, z których niektóre zbliżyły się do ideału, inne okazały się kompletną pomyłką (po czystkach w szafie zostały cztery pary). Żadna jednak ideałem nie była – właśnie przez domieszkę wspomnianych syntetyków, odpowiadających za gubienie kształtu, wypychanie kolan i rozciąganie.

Z producentem nie było kłopotu – wybór padł na francuskie A.P.C. (a to niespodzianka!) z racji dobrych dotychczasowych doświadczeń z jakością ubrań tej firmy. Skusił mnie jeszcze jeden fakt: otóż używane dżinsy tego typu można wymienić w ich sklepach na nowe za pół ceny, a te stare są prane chemicznie, naprawiane i…. puszczane znów w obieg. Taka niby manifestacja, że firma jest raczej po stronie świadomej konsumpcji i recyclingu.

Surowy denim – tu akurat w męskiej wersji, źródło: http://sa-kis.tumblr.com

Zakup niestety nie mógł odbyć się przez Internet, bo mnogość sprzecznych wskazówek od dotychczasowych użytkowników nie zachęcała do kosztownych eksperymentów (surowy jeans najpierw miał być sztywny jak tektura, by w miarę wytrwałego noszenia wykazywać tendencję do stopniowego „rozchodzenia się”, więc lepiej zaniżać numerację, żeby po paru miesiącach nie nosić dżinsów worek zamiast dżinsów rurek; ale czy zaniżamy o jeden, czy dwa rozmiary i co ma być bazą wyjściową, jako że każda firma ma inną rozmiarówkę?) Odczekałam więc swoje i kiedy zdarzyła się okazja, odwiedziłam berliński sklep A.P.C. na Mulackstrasse. O sklepach tej firmy też naczytałam się sprzecznych opinii; pozytywne dotyczyły – uwaga – MINIMALISTYCZNYCH – wnętrz, negatywne – obsługi, która ponoć miała zajmować się głównie sobą i zadzierać nosa. To akurat okazało się nieprawdą – podeszłam do lady, powiedziałam, czego potrzebuję i jaką rozmiarówkę by mi polecono, zakładając, że np. w Levisach noszę rozmiar 27. Przez Internet pewnie kupiłabym dżinsy typu Petit Standard, polecane przez inne blogerki – co byłoby kiepskim wyborem, bo rozmiaru 27 nie mogłam dopiąć w pasie (dżinsy A.P.C. zapinane są na guziki)  ani zgiąć w nich nóg w kolanach, a krok znajdował się nieco poniżej miejsca, gdzie powinien. Nie wyglądałyby też najlepiej. Rozmiaru 28 akurat nie było, za radą sprzedających zdecydowałam się więc na rozmiar 27 dżinsów New Cure – podobne w kroju, też wąskie w nogawkach, ale z nieco wyższym stanem, coś pomiędzy rurkami a klasycznymi prostymi dżinsami. Tym razem się dopięłam, ekspedientki obejrzały mnie ze wszystkich stron i stwierdziły, że przy mojej figurze (szczupła, ale nie chłopięca sylwetka) to najlepsza opcja. Miałam wątpliwości, czy dżinsy się nie powiększą zwłaszcza w pasie, ale uspokoiły mnie, że przy tym modelu zdarza się to rzadko,  z czasem poluzują się natomiast w biodrach i poniżej, lecz na pewno nie staną się spodniami typu boyfriend. Oby. No więc nabyłam i zaczęłam testy, gdy temperatura powietrza spadła poniżej 30 stopni i bardziej zaczęła przypominać aurę jesienną.

Świątynia nowego kultu, źródło: http://selvedgelove.tumblr.com

Dżinsy mają na razie za sobą dwa wyjścia – i już mogę zweryfikować kilka mitów rozpowszechnianych w sieci. Owszem, przylegają mocno i mają „tekturową” konsystencję, ale mając je na sobie człowiek wcale nie czuje się jak w pancerzu (chyba że przy 30 stopniach, ale kto zakłada wtedy dżinsy?). Nie przechodzi też Bóg wie jakich mąk podczas ich nakładania, choć istotnie trochę się napracować i ponaciągać trzeba (rodzaj podejmowanych w tym celu manewrów określiłabym jako upychanie ciała w dżinsową formę). Jest nieco sztywno, ale chodzić się da, nie wyglądając przy tym nienaturalnie. Po pierwszym dniu, kiedy kilkakrotnie musiałam się zginać, np. żeby zawiązać sznurówki u butów, trochę – ale niewiele w porównaniu z innymi dżinsami – odkształciły się w kolanach.

Zobaczymy, czy rzeczywiście będą to „dżinsy życia”, których schodzoną parę zapragnę wymienić tylko na kolejne ich wcielenie, czy  jest to tylko kolejny sprytny marketingowy chwyt. Od czasu do czasu będę raportować:)

Reklamy
Otagowane , , , , , ,

5 thoughts on “Tekturowy jeans

  1. Krolisek pisze:

    Podobają mi się takie surowe dżinsy, ale spokojnie poczekam, aż będą szeroko dostępne. 🙂

  2. Szalenie zaciekawił mnie ten temat… możesz wrzucić jakieś zdjęcie tych jeansów? One mają różne fasony, tak jak zwykłe jeansy?

  3. Krolisek pisze:

    Kupiłam podobne dżinsy w Lee, z tym, że nie aż tak obcisłe, natomiast materiał dość sztywny i bardzo ciemny (nie wiem, czy wyznawcy „sekty” akurat by je uznali za odpowiednie, ale mi bardzo odpowiadają). Jedyna wada – w praniu tak potwornie farbują, że nie ma mowy o upraniu ich w pralce z innymi rzeczami. To dla mnie zdecydowana wada – nie lubię prać ręcznie. Natomiast wizualnie dobrze komponują się ze wszystkim, w tej kategorii wygrywając z jaśniejszymi sztukami w mojej szafie. Pozdrawiam!

  4. Janda L. pisze:

    Czy mogłabyś podzielić się wrażeniami po dwóch latach noszenia jeansów? Temat bardzo mnie zaciekawił.
    Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: