Monthly Archives: Październik 2012

Miejska arkadia

Czytam „Brudną robotę” Kristin Kimball (recenzja pewnie niebawem) i myślę o tych wszystkich, dla których symbolem prostego życia jest właśnie przeprowadzka na wieś i egzystencja zgodnie z naturą, w rytmie pór roku. „Walden”, tyle że w dwudziestym pierwszym wieku. Taki obraz zresztą dominuje u wykpiwających te tendencje, że przypomnę sławetny artykuł i zawartą w nim frazę o wyplataniu wiklinowych koszyków.

Uświadamiam też sobie, że nigdy nie miałam podobnych zakusów, choć przyrodę lubię, podobnie jak lubię się czasem zaszyć gdzieś bez telefonu, Internetu i każdego innego kontaktu ze światem. Dla mnie dobre życie było zawsze życiem w pełni miejskim. By dawało satysfakcję, musi jednak spełniać kilka warunków. A więc mieszkanie gdzieś w centrum, albo na tyle blisko centrum, żeby można było doń dotrzeć w krótkim czasie piechotą, rowerem albo komunikacją miejską. Okolica, w której jest wszystko, co potrzebne: a więc jakiś sklep spożywczy (ideałem jest mały, a dobrze zaopatrzony), piekarnia ze świeżym pieczywem, warzywniak, albo zwykły stragan z warzywami i owocami, którego właściciel rozpoznaje stałych klientów i można z nim pogadać nie tylko o pogodzie. Kiosk, bo mimo postępującej cyfryzacji mediów ciągle jestem beznadziejnie uzależniona od szelestu otwieranych gazetowych płacht. Wyliczajmy dalej: dobrze, żeby w pobliżu znajdował się park. By była ścieżka rowerowa, albo możliwość dogodnego dojazdu rowerem. Kino, najlepiej nie sieciowe, teatr. Kawiarnie, dużo kawiarni, restauracje, żeby można było zabrać tam przyjaciół albo wybrać się tam samemu lub we dwoje, gdy nie chce się gotować.

Od jakiegoś czasu trend w Polsce jest taki: z miejskim adresem, ale daleko od zgiełku. Zieleń przedmieść, dobre sąsiedztwo, brama sterowana przyciskiem pilota i monitoring wliczony w czynsz. Kredyt, zachwalane przez dewelopera x metrów w strzeżonym apartamentowcu o nazwie, zwykle z angielska brzmiącej, lub szeregówce (też z monitoringiem) na peryferiach, gdzie bez własnego samochodu ani rusz, zaś w drodze do lub z pracy trzeba doliczyć co najmniej pół godziny na stanie w korkach. Remont, przeprowadzka. Po początkowej euforii odkrycie, że architekci zaprojektowali, owszem, ciekawe budynki, ale zapomnieli o infrastrukturze: parkach, placach zabaw, boiskach sportowych. Nie mówiąc o kinie czy knajpach. Więc jeśli ekskluzywność ma polegać na siedzeniu w nowoczesnych czterech ścianach, to świeży emigrant szybko za nią dziękuje. Nie chce też wychowywać dziecka w martwej okolicy. Winą za rozczarowanie arkadią obarcza przede wszystkim osoby odpowiedzialne za wydawanie pozwoleń budowlanych. Byle więcej, bez ładu i składu, żeby szybko sprzedać. Czysty zysk.

Tendencja to szczególnie widoczna w Warszawie, której większość przyjezdnych nie lubi i po kilku latach wynajmowania lokum w centrum przenosi się do własnego, gdzieś na obrzeżach aglomeracji. Ale na mniejszą skalę takie migracje odbywają się i w innych miastach.

Przykład? Moi przyjaciele z Krakowa. Kiedy przyjeżdżam i umawiamy się wieczorem na Podgórzu, nie planują ekscesów. Przyjechali samochodem. Do ich arkadii kursuje jeden autobus na godzinę. Kursy kończą się o dwudziestej trzeciej, dla taksówkarzy to już strefa podmiejska, więc wieczór na Podgórzu, wliczając konsumpcję, kosztowałby jakieś sto pięćdziesiąt złotych. Co dla właściciela jednoosobowej firmy, walczącej o zlecenia i płatności od kontrahentów, nie jest kwotą bagatelną.
Ich historia mieszkaniowa jest podobna: dzieciństwo w czteropiętrowym bloku z wielkiej płyty. Potem pierwsza samodzielnie wynajmowana kawalerka w ścisłym centrum, ale ciasno, głośno i lokalna egzotyka. – Typowo studencki standard – podsumowuje on. Więc – gdy wraz ze zbliżającą się trzydziestką poczuł, że dotychczasowa epoka nieodwołalnie dobiega końca – przeprowadzka do nowego bloku na osiedlu Prądnik Czerwony. Lokum na poddaszu, kupione z drugiej ręki. Pięć lat później, gdy już wspólnie zamieniali je na nowiutkie pięćdziesiąt metrów kwadratowych na Ruczaju, w południowo-zachodniej, najszybciej rozbudowującej się części miasta, zakładali, że będzie to miejsce tymczasowe, do momentu, aż zdecydują się powiększyć rodzinę. Wtedy pewnie kupią coś większego, też na zielonych przedmieściach. Przyznają dziś jednak, że trochę ulegli modzie. Ruczaj skusił wcześniej wielu ich znajomych. Przyjaznym budownictwem, przypominającym bardziej kolonie domów wielorodzinnych niż klasyczne bloki. Ciszą, spokojem, przyrodą. (Na wycieczki rowerowe – ideał– przyznają). Młode, obiecujące otoczenie – niedaleko kampus Uniwersytetu Jagiellońskiego i klaster firm zaawansowanych technologii. No i korzystna cena.
Gdy on odkrył, że dojeżdżając do pracy, musi spędzić minimum godzinę w samochodzie, i przeliczył sobie to na koszty benzyny, korzyści cenowe zmalały. Potem, gdy korporacja zmusiła go do założenia działalności gospodarczej, nawet się ucieszył perspektywą posiadania biura w domu, bez żadnych dojazdów. Tylko szybko się mu to znudziło. Bo ile można siedzieć przed komputerem, patrząc w okna sąsiadów z naprzeciwka? Ewentualnie wyjść na ławkę przed blokiem, gdzie krążą głównie matki z dziećmi, sfrustrowane brakiem przystosowanego do ich potrzeb placu zabaw. Chętnie wziąłby laptop i poszedł na kawę w Drukarni, lecz o tej porze wydaje się odległa jak nigdy, o godzinną wyprawę w nerwach i wśród spalin. Chwilami czuje się jak więzień. Na własne życzenie.
– Arkadia? Nie żartuj. To raczej współczesne blokowisko, gdzie ludzie są stłoczeni blok przy bloku, brakuje miejsc parkingowych i dróg dojazdowych – mówi. – Za kilka lat zostaną na nim tylko ci, których nie będzie stać na przeprowadzkę do centrum. I wtedy zamieni się we współczesne slumsy, jak dziś kolonie bloków z lat 70. na obrzeżach europejskich miast.
Więc kierunek Podgórze. Dlaczego? – Stara dzielnica, ale rozwijająca się dynamicznie, z dużym potencjałem. Ma wszystko, czego potrzebujesz do życia, niezależnie od tego, czy jesteś singlem, parą trzydziestolatków czy rodziną z małymi dziećmi.

Odkładają. Może za jakiś czas się im uda, bo ceny mieszkań w ich Arkadii ostatnio zmalały.

Na mitycznym „Zachodzie”, którym lubimy się inspirować, widać już inne zachowania. Miasta zaczęły rewidować swoje polityki i odchodzić od modelu „przyjaznych dla samochodów“, a orientując się na potrzeby ludzi. Stąd nadrabianie błędów z poprzednich dekad i tworzenie w centrach przestrzeni dla mieszkańców: poszerzanie trotuarów, uspokajanie ruchu, wprowadzanie zieleni przyulicznej, odnawianie parków i placów zabaw. Alternatywny dla samochodów transport publiczny: czyste tramwaje, konstrukcyjnie przypominające dzieła sztuki, drogi rowerowe uzupełniane strefami spokojnego ruchu. I cieszące oko detale, jak rodzaj zieleni, gatunek posadzki, meble miejskie czy WiFi dostępne w komunikacji miejskiej. Powrót do centrum uchodzi za świadectwo konkurencyjności – jest dowodem na dobrą urbanistykę, wysoką jakość życia i stwarza szansę na rozwój branż wysokich technologii, których pracownicy mogą przebierać w ofertach zatrudnienia i wybierają miejsca, gdzie będą się czuć najlepiej.
Główna przyczyna? Zmiana hierarchii wartości. Jakość życia zaczęła dominować nad chęcią posiadania dóbr. Pojawiły się pytania: „Co z tego, że mieszkam na przedmieściach i mam drogie auto, skoro jedną trzecią czy nawet dwie trzecie pensji pochłania jego utrzymanie i amortyzacja, a poza tym stoję w coraz dłuższych korkach?“ „Czy wszystkie spotkania towarzyskie muszą odbywać się bez kieliszka wina, bo trzeba wracać autem?“

Doskonale to rozumiem. I mam nadzieję, że za jakiś czas i u nas nikt nie będzie unosił brwi ze zdumieniem, gdy na pytanie: „Czy zarezerwować dla Pani miejsce parkingowe?” usłyszy:” Nie, dziękuję, nie mam samochodu, poruszam się piechotą albo rowerem”.

Nie piszę tego po to, by wartościować czyjś styl życia czy udowodnić, że moje podejście lepsze. (Samochód zresztą mamy, używamy go rzadko, i prawie wyłącznie na weekendowe wypady, gdy gdzieś nie da się dojechać pociągiem, bo lubimy ten środek transportu). Każdy lubi co innego i wybiera to, co mu się podoba.

Chodzi o coś innego. Że tak samo jak minimalizm w podejściu do stroju nie musi oznaczać monochromatycznej palety barw, tak można żyć dobrym życiem w środku miasta, w kamienicy albo bloku, a niekoniecznie w drewnianym domu pośrodku głuszy, z własnym sadem, ogrodem warzywnym i inwentarzem żywym.

No chyba że byłaby to willa miejska – czyli dom z ogródkiem w samym środku miasta:)

Otagowane , , , , ,

Inteligent w deserach

Kryzys w mediach to sformułowanie odmieniane ostatnio przez wszystkie przypadki. W ciągu minionego roku wielu moich znajomych straciło pracę. Chwilami czuję się jak ojciec, pardon, matka zadżumionych – pomór pada tuż obok, że powinnam uważać się za szczęściarę, wciąż dysponując etatem. Wiem jednak, że jutro, pojutrze, za parę miesięcy może go już nie być.

Paradoksalnie, ta świadomość w jakiś sposób mnie wyzwoliła. W podobny sposób, jak wiedza, że wszyscy jesteśmy śmiertelni i choćby nie wiem jak się starać, tego faktu nie przeskoczymy. Ale możemy starać się jak najlepiej wykorzystać dany nam czas. Świadomość bliskiej perspektywy utraty pracy pozwoliła przewartościować pewne sprawy, skoncentrować się na tym, co ważne, rozwijać dawne pasje na marginesie życia zawodowego. Nadal tu i teraz, na etacie, staram się robić swoje jak najlepiej, ale nie kosztem własnego odpoczynku, najbliższych, przyjaciół, i innych aktywności, które oprócz tego, że dają radość, mogą okazać się bardziej perspektywiczne niż obecne miejsce zatrudnienia, o którym – jeszcze niedawno – można było myśleć, że będzie trwać wiecznie. Przestałam się frustrować, siłować ambicjonalnie z innymi, obrażać, żyć sprawami, które – gdy na nie spojrzeć z pewnej odległości – nie mają najmniejszego znaczenia. I dobrze mi z tym.

Koleżanka, akurat nie ze świata mediów, ale spokrewnionego, bezrobotną została na wiosnę. Bezrobotną z dwójką dzieci. Nie jest jej łatwo, szuka pracy, nie poddaje się. Niedawno dostałam od niej maila: „Jadę na Bronisze po warzywa i owoce, będę robić przetwory. Macie jakieś zamówienia?” Dwa dni temu zobaczyłam efekt jej pracy:  kilkadziesiąt słoików własnoręcznie ozdobionych papierowymi kapturkami, pięknie opisanych.  Sprzedawała je na lokalnym kiermaszu, szły jak woda. Są pyszne. Powiedziała mi, że zakłada działalność gospodarczą. Na początek – przetwory właśnie.

Inni przyjaciele, on – redaktor z dużym doświadczeniem, ona – pani psycholog, z własną jednoosobową firmą, działająca dodatkowo w NGOsach. Oboje świetnie gotują. Odkąd stracił pracę z początkiem roku, robią wspólnie to, o czym zawsze marzył, ale nie było okazji: catering dla znajomych oraz znajomych znajomych. Robią to świetnie, więc poczta pantoflowa zadziałała i zamówień mają coraz więcej, teraz już od poważnych i dużych instytucji. A czasu coraz mniej, więc ostatnio muszą nawet rezygnować z pojedynczych zleceń zgodnych z jego dotychczasowym zawodem.  Ktoś zapytał mnie ostatnio, czy aby się im nie znudzi i czy można z tego wyżyć, jakby robienie deserów było ujmą dla osoby po wyższych studiach humanistycznych. Trzymam za nich kciuki.

Wiem też, że gdyby nawet wszystkie redakcje w tym kraju pozamykano (co na pewno jeszcze nie nastąpi), i musiałabym do nich dołączyć, choć gotować akurat nie umiem, damy sobie wspólnie radę. Będę stać za barem sprzedającym ich wyroby, a w wolnych chwilach pisać wnioski o dofinansowanie różnych kulturalnych projektów, jakich rodzi się nam w głowach cała masa.  Z głodu na pewno nie umrzemy.

Otagowane , , , , , , , ,