Miejska arkadia

Czytam „Brudną robotę” Kristin Kimball (recenzja pewnie niebawem) i myślę o tych wszystkich, dla których symbolem prostego życia jest właśnie przeprowadzka na wieś i egzystencja zgodnie z naturą, w rytmie pór roku. „Walden”, tyle że w dwudziestym pierwszym wieku. Taki obraz zresztą dominuje u wykpiwających te tendencje, że przypomnę sławetny artykuł i zawartą w nim frazę o wyplataniu wiklinowych koszyków.

Uświadamiam też sobie, że nigdy nie miałam podobnych zakusów, choć przyrodę lubię, podobnie jak lubię się czasem zaszyć gdzieś bez telefonu, Internetu i każdego innego kontaktu ze światem. Dla mnie dobre życie było zawsze życiem w pełni miejskim. By dawało satysfakcję, musi jednak spełniać kilka warunków. A więc mieszkanie gdzieś w centrum, albo na tyle blisko centrum, żeby można było doń dotrzeć w krótkim czasie piechotą, rowerem albo komunikacją miejską. Okolica, w której jest wszystko, co potrzebne: a więc jakiś sklep spożywczy (ideałem jest mały, a dobrze zaopatrzony), piekarnia ze świeżym pieczywem, warzywniak, albo zwykły stragan z warzywami i owocami, którego właściciel rozpoznaje stałych klientów i można z nim pogadać nie tylko o pogodzie. Kiosk, bo mimo postępującej cyfryzacji mediów ciągle jestem beznadziejnie uzależniona od szelestu otwieranych gazetowych płacht. Wyliczajmy dalej: dobrze, żeby w pobliżu znajdował się park. By była ścieżka rowerowa, albo możliwość dogodnego dojazdu rowerem. Kino, najlepiej nie sieciowe, teatr. Kawiarnie, dużo kawiarni, restauracje, żeby można było zabrać tam przyjaciół albo wybrać się tam samemu lub we dwoje, gdy nie chce się gotować.

Od jakiegoś czasu trend w Polsce jest taki: z miejskim adresem, ale daleko od zgiełku. Zieleń przedmieść, dobre sąsiedztwo, brama sterowana przyciskiem pilota i monitoring wliczony w czynsz. Kredyt, zachwalane przez dewelopera x metrów w strzeżonym apartamentowcu o nazwie, zwykle z angielska brzmiącej, lub szeregówce (też z monitoringiem) na peryferiach, gdzie bez własnego samochodu ani rusz, zaś w drodze do lub z pracy trzeba doliczyć co najmniej pół godziny na stanie w korkach. Remont, przeprowadzka. Po początkowej euforii odkrycie, że architekci zaprojektowali, owszem, ciekawe budynki, ale zapomnieli o infrastrukturze: parkach, placach zabaw, boiskach sportowych. Nie mówiąc o kinie czy knajpach. Więc jeśli ekskluzywność ma polegać na siedzeniu w nowoczesnych czterech ścianach, to świeży emigrant szybko za nią dziękuje. Nie chce też wychowywać dziecka w martwej okolicy. Winą za rozczarowanie arkadią obarcza przede wszystkim osoby odpowiedzialne za wydawanie pozwoleń budowlanych. Byle więcej, bez ładu i składu, żeby szybko sprzedać. Czysty zysk.

Tendencja to szczególnie widoczna w Warszawie, której większość przyjezdnych nie lubi i po kilku latach wynajmowania lokum w centrum przenosi się do własnego, gdzieś na obrzeżach aglomeracji. Ale na mniejszą skalę takie migracje odbywają się i w innych miastach.

Przykład? Moi przyjaciele z Krakowa. Kiedy przyjeżdżam i umawiamy się wieczorem na Podgórzu, nie planują ekscesów. Przyjechali samochodem. Do ich arkadii kursuje jeden autobus na godzinę. Kursy kończą się o dwudziestej trzeciej, dla taksówkarzy to już strefa podmiejska, więc wieczór na Podgórzu, wliczając konsumpcję, kosztowałby jakieś sto pięćdziesiąt złotych. Co dla właściciela jednoosobowej firmy, walczącej o zlecenia i płatności od kontrahentów, nie jest kwotą bagatelną.
Ich historia mieszkaniowa jest podobna: dzieciństwo w czteropiętrowym bloku z wielkiej płyty. Potem pierwsza samodzielnie wynajmowana kawalerka w ścisłym centrum, ale ciasno, głośno i lokalna egzotyka. – Typowo studencki standard – podsumowuje on. Więc – gdy wraz ze zbliżającą się trzydziestką poczuł, że dotychczasowa epoka nieodwołalnie dobiega końca – przeprowadzka do nowego bloku na osiedlu Prądnik Czerwony. Lokum na poddaszu, kupione z drugiej ręki. Pięć lat później, gdy już wspólnie zamieniali je na nowiutkie pięćdziesiąt metrów kwadratowych na Ruczaju, w południowo-zachodniej, najszybciej rozbudowującej się części miasta, zakładali, że będzie to miejsce tymczasowe, do momentu, aż zdecydują się powiększyć rodzinę. Wtedy pewnie kupią coś większego, też na zielonych przedmieściach. Przyznają dziś jednak, że trochę ulegli modzie. Ruczaj skusił wcześniej wielu ich znajomych. Przyjaznym budownictwem, przypominającym bardziej kolonie domów wielorodzinnych niż klasyczne bloki. Ciszą, spokojem, przyrodą. (Na wycieczki rowerowe – ideał– przyznają). Młode, obiecujące otoczenie – niedaleko kampus Uniwersytetu Jagiellońskiego i klaster firm zaawansowanych technologii. No i korzystna cena.
Gdy on odkrył, że dojeżdżając do pracy, musi spędzić minimum godzinę w samochodzie, i przeliczył sobie to na koszty benzyny, korzyści cenowe zmalały. Potem, gdy korporacja zmusiła go do założenia działalności gospodarczej, nawet się ucieszył perspektywą posiadania biura w domu, bez żadnych dojazdów. Tylko szybko się mu to znudziło. Bo ile można siedzieć przed komputerem, patrząc w okna sąsiadów z naprzeciwka? Ewentualnie wyjść na ławkę przed blokiem, gdzie krążą głównie matki z dziećmi, sfrustrowane brakiem przystosowanego do ich potrzeb placu zabaw. Chętnie wziąłby laptop i poszedł na kawę w Drukarni, lecz o tej porze wydaje się odległa jak nigdy, o godzinną wyprawę w nerwach i wśród spalin. Chwilami czuje się jak więzień. Na własne życzenie.
– Arkadia? Nie żartuj. To raczej współczesne blokowisko, gdzie ludzie są stłoczeni blok przy bloku, brakuje miejsc parkingowych i dróg dojazdowych – mówi. – Za kilka lat zostaną na nim tylko ci, których nie będzie stać na przeprowadzkę do centrum. I wtedy zamieni się we współczesne slumsy, jak dziś kolonie bloków z lat 70. na obrzeżach europejskich miast.
Więc kierunek Podgórze. Dlaczego? – Stara dzielnica, ale rozwijająca się dynamicznie, z dużym potencjałem. Ma wszystko, czego potrzebujesz do życia, niezależnie od tego, czy jesteś singlem, parą trzydziestolatków czy rodziną z małymi dziećmi.

Odkładają. Może za jakiś czas się im uda, bo ceny mieszkań w ich Arkadii ostatnio zmalały.

Na mitycznym „Zachodzie”, którym lubimy się inspirować, widać już inne zachowania. Miasta zaczęły rewidować swoje polityki i odchodzić od modelu „przyjaznych dla samochodów“, a orientując się na potrzeby ludzi. Stąd nadrabianie błędów z poprzednich dekad i tworzenie w centrach przestrzeni dla mieszkańców: poszerzanie trotuarów, uspokajanie ruchu, wprowadzanie zieleni przyulicznej, odnawianie parków i placów zabaw. Alternatywny dla samochodów transport publiczny: czyste tramwaje, konstrukcyjnie przypominające dzieła sztuki, drogi rowerowe uzupełniane strefami spokojnego ruchu. I cieszące oko detale, jak rodzaj zieleni, gatunek posadzki, meble miejskie czy WiFi dostępne w komunikacji miejskiej. Powrót do centrum uchodzi za świadectwo konkurencyjności – jest dowodem na dobrą urbanistykę, wysoką jakość życia i stwarza szansę na rozwój branż wysokich technologii, których pracownicy mogą przebierać w ofertach zatrudnienia i wybierają miejsca, gdzie będą się czuć najlepiej.
Główna przyczyna? Zmiana hierarchii wartości. Jakość życia zaczęła dominować nad chęcią posiadania dóbr. Pojawiły się pytania: „Co z tego, że mieszkam na przedmieściach i mam drogie auto, skoro jedną trzecią czy nawet dwie trzecie pensji pochłania jego utrzymanie i amortyzacja, a poza tym stoję w coraz dłuższych korkach?“ „Czy wszystkie spotkania towarzyskie muszą odbywać się bez kieliszka wina, bo trzeba wracać autem?“

Doskonale to rozumiem. I mam nadzieję, że za jakiś czas i u nas nikt nie będzie unosił brwi ze zdumieniem, gdy na pytanie: „Czy zarezerwować dla Pani miejsce parkingowe?” usłyszy:” Nie, dziękuję, nie mam samochodu, poruszam się piechotą albo rowerem”.

Nie piszę tego po to, by wartościować czyjś styl życia czy udowodnić, że moje podejście lepsze. (Samochód zresztą mamy, używamy go rzadko, i prawie wyłącznie na weekendowe wypady, gdy gdzieś nie da się dojechać pociągiem, bo lubimy ten środek transportu). Każdy lubi co innego i wybiera to, co mu się podoba.

Chodzi o coś innego. Że tak samo jak minimalizm w podejściu do stroju nie musi oznaczać monochromatycznej palety barw, tak można żyć dobrym życiem w środku miasta, w kamienicy albo bloku, a niekoniecznie w drewnianym domu pośrodku głuszy, z własnym sadem, ogrodem warzywnym i inwentarzem żywym.

No chyba że byłaby to willa miejska – czyli dom z ogródkiem w samym środku miasta:)

Advertisements
Otagowane , , , , ,

10 thoughts on “Miejska arkadia

  1. sowa_nie_sowa pisze:

    Hmmm, posiadanie samochodu po to, by używać go rzadko też chyba nie jest za dobrym wyjściem. Samochód to koszty (zakupu i utrzymania), w dodatku traci na swojej wartości znacznie w miarę upływu czasu, no i jest też problem wielki, gdzie trzymać ten samochód w środku miasta. Może lepiej w takiej sytuacji go wypożyczać.

    Ja myślę,że próba znalezienia rozwiązania dla wszystkich i na całe życie zawsze spali na panewce, bo się różnimy nie tylko miedzy sobą, ale różne też mamy potrzeby i preferencje jeśli chodzi o okresy naszego życia. Co innego będzie potrzebowała młoda osoba, co innego starsza, czym innym zachwyca się ktoś, kto lubi życie towarzyskie, spotkania w kawiarniach, częste wypady do kina, teatru, a co innego ważne jest dla osób ceniących sobie święty spokój i lepsze powietrze przy domu ( i np. siedzenie z laptopem we własnym ogrodzie, a nie w kawiarni). Na co innego zwróci uwagę rodzina z dziećmi, co innego doceni osoba samotna.
    I problem jest w tym, że to wszystko się zmienia. Bo najpierw jesteśmy młodzi, a potem się starzejemy; zaczynamy jako single, a potem najczęściej zakładamy rodziny i je powiększamy; pracę mamy w różnych miejscach na przestrzeni całego życia (albo jej nie mamy, albo jesteśmy na emeryturze itd); wcześniej potrzebujemy niewielkiej przestrzeni, potem w miarę rozrostu (rodziny i stanu posiadania) wolelibyśmy więcej miejsca wokół siebie (a z kolei gdy się starzejemy, to potrzeby mamy z reguły mniejsze w tym zakresie).
    Pogodzić to jednym czy dwoma adresami zamieszkania przez całe życie? Idealnymi? Zawsze czegoś nam będzie brakować, coś nie pasować, coś być uciążliwe czy z czegoś będziemy musieli zrezygnować…
    Ale co do wyboru, to chyba mamy większy niż te 2 opcje, czyli centrum miasta lub dom w głuszy… To są, moim zdaniem, pewne skrajności, a pomiędzy jest cała gama, z tym, że akurat mieszkanie na Ruczaju pomysłem najlepszym nie było;)

    Co do ostatniego zdania: czy taka willa, to na pewno byłby najlepszy wybór? Dom z ogrodem z reguły kupuje się nie po to, żeby mieszkać w zgiełku centrum i wszędzie mieć blisko;)
    Pytanie na koniec do tego znajomego: gdzie w w centrum Krakowa/Podgórza można mieszkać w bloku i tak, żeby spełnione były te wszystkie warunki? Gdzie ci wszyscy mieszkańcy Ruczaju ( i innych sypialni Krakowa) mają się przeprowadzić zanim zamienią się w slumsy…?

    • minimalplan pisze:

      sowa_nie_sowa: samochód jest stary, na tyle stary, że jego sprzedaż niewiele by nam dała, a tak przydaje się na weekendowe wyjazdy i w sytuacjach, gdy trzeba np. przywieźć większe zakupy.
      Racja, że dla każdego miłe co innego, i bardzo dobrze, ten wpis nie był broń Boże chęcią narzucenia komukolwiek mojego poglądu na „dobre życie” w kwestii: miasto czy wieś, tylko podzieleniem się osobistą refleksją.
      Sama wychowałam się w bloku, bloczysku wręcz, co prawda na skraju bardzo ładnej i zielonej dzielnicy Krakowa, niedaleko Rynku, ale była to wielka płyta, ze wszystkimi jej urokami – mały metraż, zaglądanie sobie z sąsiadami do garnków (co z drugiej strony miało jednak swój urok – za komuny więzi międzyludzkie na takiej „klatce” kwitły, chodziło się do siebie nawzajem na imieniny, oglądanie telewizji, wszystkie dzieci bawiły się razem na podwórku pod blokiem, a dziś na „strzeżonych” osiedlach mało kto zna osoby mieszkające obok). Może dlatego marzeniem była dla mnie zawsze kamienica w centrum i paradoksalnie udało mi się w takiej zamieszkać dopiero po przeprowadzce do Warszawy…
      Co do Ruczaju.. nie jest oczywiście winą tych, którzy się tam sprowadzili, że osiedle wygląda, jak wygląda. Do nowych bloków, szumnie nazywanych apartamentowcami, wprowadzali się zwykle ludzie młodzi, brali pierwsze kredyty, chcieli mieć coś własnego zamiast wynajmować, choćby w ścisłym centrum. Pretensje można mieć do deweloperów, którzy chcąc zarobić jak najwięcej, budują gęsto i byle jak, nie dbając o to, żeby zapewnić przyszłym mieszkańcom także przestrzeń do rekreacji i wspólnego spędzania czasu. No i chaotyczne plany zagospodarowania przestrzennego całego tego obszaru… Jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku architekci kierowali się innymi kategoriami. Pozostaje mieć nadzieję, że stopniowo coś się zmieni w tamtej okolicy na lepsze – dają ją choćby ostatnie inwestycje komunikacyjne w Krakowie, jeśli całe osiedle oplecie trasa szybkiego tramwaju, przynajmniej mieszkańcy tacy jak moi znajomi nie będą czuli się odcięci od świata.
      A ten dom z ogrodem/miejska willa to było z przymrużeniem oka – po pierwsze, nieosiągalne absolutnie ze względów finansowych, po drugie – ile już takich „obiektów” w centrum Warszawy zostało?
      Pozdrawiam!

      • sowa_nie_sowa pisze:

        Ja Twój wpis odebrałam jako afirmujący mieszkanie w centrum – przytoczona historia kolegi też to raczej potwierdza;)
        Nieważne.
        Ja mieszkałam dotąd: w bloku, ale nie blokowisku, bo w starej Nowej Hucie (czyli nie w Krakowie, hehe), z dużą ilością zieleni i przestrzeni, szkołą i przedszkolem na każdym osiedlu, w bloku z cegły i z parkietami i standardami, że niech się dzisiejsze schowają;)
        Potem kilka lat w prawie idealnie pasującym do tego wpisu miejscu, czyli centrum Krakowa (os. Podwawelskie), kiedy to dystans dom – Rynek pokonywałam pieszo w 10 min. Ciekawe, bo wtedy rzadko korzystałam z kina, teatru czy innych uciech zbiorowych, do których mogłam przecież dotrzeć pieszo, rowerem i nawet napić się na spotkaniu czegoś mocniejszego niż kawy;)
        Od ponad 20 lat mieszkam w domu z ogrodem na peryferiach miasta i nie narzekam, a w kinie bywam częściej niż kiedykolwiek i nie przeszkadza mi, że na spotkanie jadę autem (a czasem łączę auto z komunikacją zbiorową) i nie napiję się wina (ale może dlatego, że nie przepadam).
        W każdym z tych miejsc było mi dobrze i wiodłam dobre życie – przynajmniej tak mi się wydaje, bo trzeba by zacząć od tego, co to znaczy – dobre życie?
        Czy stanie w korku je wyklucza, a gwarantują je piesze wędrówki po mieście…? Albo możliwość napicia się wina na spotkaniu, pracy z laptopem w kawiarni, czy też bliskość kina? Czy tu nie chodzi bardziej o życie wygodne? Dobre a wygodne, to niekoniecznie musi znaczyć to samo, choć sama się teraz nad tym zastanawiam:)
        Pozdrawiam:)

      • minimalplan pisze:

        No tak:) Bo dla mnie dobre życie to jest mieszkanie w centrum dużego miasta, przynajmniej na razie. Może kiedyś będzie inaczej.
        Impulsem do wpisu była książka „Brudna robota”, bo uświadomiła mi, że jednak większość ludzi utożsamia dobre życie, powrót do prostoty z wyprowadzką za miasto. Tymczasem miasto, które kojarzy się z biegiem, stresem, hałasem, też może być całkiem przyjemnym miejscem, o ile okolica spełnia kilka warunków, o których piszę. Nie podobają mi się tendencje wyraźnie widoczne właśnie w Warszawie, której brakuje wyraźnego centrum: że przy niektórych ulicach rozsiadają się wyłącznie banki i firmy doradztwa finansowego, że preferuje się samochody kosztem pieszych i rowerzystów, że powstają wyspy grodzonych osiedli, bez żadnego związku z otaczającą je starszą zabudową.
        A wiesz, Kraków (może z wyjątkiem niektórych peryferyjnych osiedli;) ma to do siebie, że do centrum jedzie się maksymalnie 15-20 minut. I to w nim lubię. A Nową Hutę też lubię, uważam, że została świetnie zaprojektowana, i myślę, że spokojnie można by się z niej wcale nie ruszać do centrum 🙂 jak niektórzy starzy prażanie w Warszawie, którzy ponoć nigdy nie byli na lewym brzegu Wisły (choć przypuszczam, że to zwykła miejska legenda).

  2. weronkaka pisze:

    co do samochodu- to kwestia gustu.
    rozumiem posiadanie go- z uwagi na wypady łikendowe, większe zakupy itp.

    ja podobnie mam z biletem miesięcznym.
    w sensie z tym, że go nie mam.
    po pierwsze: mam wystarczająco blisko do pracy/centrum/kina/zieleniaka, że spokojnie sobie chodzę spacerkiem.
    fakt, że czasami wypadają mi trasy bardziej odległe, które staram się zaplanować,
    tak, żeby 3 razy za jednym zamachem załatwić na drugim końcu miasta,
    co niestety nie zawsze się udaje.

    czasami zdarzają się miesiące, kiedy po podsumowaniu wydatków wychodzi na to,
    że ekonomiczniej byłoby kupić ten miesięczny.

    jednak- znam siebie, i wiem, że mając miesięczny w kieszeni,
    trudniej by mi było zmobilizować się do spacerów,
    i generalnie bardziej by kulała moja organizacja czasu- bo myśląc sobie, że mam miesięczny, to mogę sobie pozwalać, i wówczas pewniej wycieczki na drugi koniec miasta urządzałabym sobie bez porównania częściej.
    a tak jak – rezerwuję sobie jedno popołudnie, to wiem, że muszę w tym czasie kilka rzeczy ogarnąć.

    i choć to nie jest do końca ekonomiczne, ani minimalistyczne- miesięcznego biletu nie mam.

  3. Miło przeczytać i wiedzieć, że nie jestem sama w swych dość niepopularnych wyborach. Kredyt w banku X i funkiel nówka mieszkanie od dewelopera y zamieniłam na stare, wynajmowane mieszkanie na krakowskim Kazimierzu. I już przyzwyczaiłam się do standardowego zestawu pytań znajomych: „nie szkoda Ci płacić kasy jakiejś obcej babie?”, „nie przeszkadza Ci ten hałas?”, „w zimie pewnie strasznie tu marzniesz?” Dla mnie jest idealnie. Co więcej, dzięki życiu w centrum codziennie oszczędzam średnio 2 godziny na dojazdy do/z pracy.W dzisiejszych czasach dwie wolne godziny, które można poświęcić sobie lub bliskim każdego dnia, to absolutny luksus. Tak więc jestem burżujem i wcale się tego nie wstydzę:)

  4. Rubia pisze:

    Należę do tych, którzy wyprowadzili się z miasta na wieś (zresztą tuż pod miasto, na osiedle pracowników instytutu, w którym pracuje mój mąż, więc nie ma to wiele wspólnego z życiem na zagrodzie) i początkowo byłam bardzo zadowolona. Wieś duża i wszystko pod nosem: szkoła, bank, poczta, przychodnia, biblioteka, parę sklepów, nawet restauracja, do której można pójść z gośćmi, bo karmią przyzwoicie, wokoło piękne łąki, las – żyć, nie umierać, a do stolicy całkiem niedaleko. Pracuję jednak w centrum Warszawy i w pewnym momencie zauważyłam, że dojazd do pracy wydłużył mi się z 40 minut do godziny i 10 minut. Poza tym, okazało się, że kiedy dzieci podrosły, mój mąż, podobnie jak wielu sąsiadów, zamienił się w ich szofera (ja nie mam prawa jazdy, więc w mojego też). Do szkoły dojeżdżają same, wracają takoż, ale po południu zaczynają się kłopoty. Nawet banalny wyjazd do kina jest problemem, nie mówiąc o klubie sportowym czy lekcjach języków. Przy marnej komunikacji publicznej taka przeprowadzka gwarantuje dodatkowe zajęcia wieczorne, czyli odbieranie podrośniętych chłopaków z miejsc rozmaitych. Zastanawiamy się całkiem poważnie, czy nie wrócić do miasta. Z jednej strony – trochę szkoda, ładnie tu, a dom jest wygodny, z drugiej natomiast – to krążenie ruchem wahadłowca między domem i jakimiś ośrodkami cywilizacji bardziej zaawansowanej daje się we znaki.
    Pozdrawiam
    Rubia

  5. Hello there, just became aware of your blog through Google, and found that
    it is really informative. I’m going to watch out for brussels. I will be grateful if you continue this in future. Lots of people will be benefited from your writing. Cheers!

  6. Nika pisze:

    znam wiele osob, ktore mieszkaja w Paryzu i nigdy nie mialy samochodu. po prostu koszty utrzymania, ubezpieczenie i garazowania sa zbyt wysokie. Na codzien i tak jezdza metrem, a na weekendy poza miastem wypozyczaja czasem samochod. Naurlopy jada np samolotem i ewentualnie wypozyczaja samochod na miejscu. Takie tendencje sa chyba coraz czestszew wielu europejskich miastach, gdzie korki daja sie mieszkancom we znaki.
    Oprocz tego coraz czesciej widac mozliwosc wypozyczenia samochodu na godziny, podobnie jak rowery. Mozna zarezerwowac sobie samochod np na 4 godziny…
    Ja sama staram sie uzywac transportu pubicznego (lub roweru) gdy jestem w duzym miescie. Natomiast gdy jestem nawsi nie ma juz wyboru, samochod jest po prostu niezbedny…

  7. Kasia pisze:

    W mieście mieszkam od początku życia, blisko centrum, tramwaje to było kiedyś wybawienie. Pierwszą pracę (w której ciągle tkwię) znalazłam jednak pod miastem, więc pielgrzymuję codziennie w drugą stronę. Na paliwo wydaję 500-600 zł miesięcznie – droga do pracy autem zajmuje mi 30 minut, komunikacją miejską zajmowałaby 1,5 godziny. Od kiedy Poznań przypomina jeden wielki plac budowy i do centrum trudno dostać się zarówno komunikacją miejską, jak i samochodem, mam ochotę stąd uciec. Ale na prawdziwą wieś, żeby całkiem odciąć się od miasta. Bez połowicznych rozwiązań…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: