Monthly Archives: Grudzień 2012

Ciszej, proszę!

Nie chodzi tylko o mnożące się ostatnio na Facebooku i w mediach apele, by pomyśleć o zwierzętach, zanim odpali się petardy w Sylwestra (oraz kilka dni przed, w ramach testów) – do których i ja się przyłączam. Chodzi o tytuł książki, której okładki nie będę tu prezentować, bo nie podoba mi się zupełnie, w przeciwieństwie do treści. Okładka, „wylizana” i ze złotymi literami, sugeruje bowiem, że mamy do czynienia z poradnikiem psychologicznym w wersji pop. Tymczasem nic z tych rzeczy, książka, która zdążyła już stać się światowym bestsellerem, to bardziej reporterskie śledztwo w obronie wielu z nas. Tych, których w dzieciństwie nazywano czasem „dzikusami” i którzy już wówczas słyszeli nieustannie: rusz się, nie siedź tak w kąciku, pobaw z innymi dziećmi! – bo ich rodzice  i opiekunowie czuli się zakłopotani faktem, że pociecha nie przejawia cech, jakie promowane są w amerykańskiej i ostatnio również europejskiej kulturze.

tumblr_m1tfzh9n791r8ilc7o1_500

Introwertycy. Tak, to o nich mowa. Pomijając fakt, że w rzeczywistości nie ma czegoś takiego jak „introwertyk”, bo wszystkie typy osobowości odbiegają od klasycznego wzorca i są trochę pomieszane, to jednak wielu z nas skłonnych byłoby określić się właśnie taką nazwą. Lubimy własne towarzystwo, zamiast hałaśliwie imprezować z tłumem ludzi, wolimy schować się gdzieś z książką albo po prostu ze swoimi myślami, nie lubimy krzyków, zwracania na siebie uwagi, stresują nas publiczne wystąpienia i spotkania w gronie nieznajomych. Wielu z nas jest lub długo było jedynakami. Wmawiano nam, że jesteśmy dziwni, „jacyś tacy inni”, że koniecznie musimy się przełamać, nauczyć takich czy innych zachowań. Wciąż tresuje się nas, żebyśmy mogli doszlusować do ideału Ekstrawertyka. Tymczasem – jak pisze Susan Cain w „Ciszej, proszę!” – wcale nie powinniśmy się temu poddawać! To jedna z ciekawszych lektur, na które natrafiłam w końcówce mijającego roku.

tumblr_mb1otbfNW01qzrvnoo1_500

Introwertycy (wśród których, jak śmiem sądzić, wiele jest osób ceniących sobie „dobre życie” w rozmaitych jego przejawach) nie są bowiem w niczym gorsi od ekstrawertyków, a często wręcz przeciwnie! Introwertyczne cechy sprzyjają nie tylko twórczej pracy – nieprzypadkowo do tego grona zalicza się wielu artystów, którzy od czasu do czasu muszą zaszyć się gdzieś, odcinając całkowicie od świata. Firmy albo inne organizacje kierowane przez prezesów o cechach introwertycznych osiągają przeciętnie wyższe wyniki niż te mające za szefów typowych ekstrawertyków. Pierwsi umieją bowiem słuchać innych, wyciągać wnioski z uwag i wprowadzać dzięki temu innowacje, drudzy – słuchają głównie siebie i liczą na to, że pracownicy będą wykonywać ich polecenia bez szemrania. Czym się to niekiedy kończy – wszyscy dobrze wiemy.

Nie jest też prawdą – i za obalenie tego mitu w książce, którą przeczytają miliony, wielką mam wdzięczność wobec Susan Cain  – że introwertycy nie lubią ludzi. Wręcz przeciwnie! Cenią po prostu jakość relacji nad ich ilość:

tumblr_mdjar25MFb1qawlcoo1_500

Drodzy introwertycy i ekstrawertycy – dobrego 2013 r.!

Otagowane , , , , , , ,

Inspiracje – Francine Jay (Miss Minimalist)

Francine Jay, autorka bloga Miss Minimalist, oraz książki „The Joy of Less” to kolejna osoba z międzynarodowej „minimalistycznej” blogosfery, dzięki której zainteresowałam się tematem upraszczania i w konsekwencji dobrego życia. Bardzo cenię jej bloga, który od dawna jest moją stałą lekturą w poniedziałki i czwartki (ostatnio Francine znów postanowiła zrobić sobie „zimową przerwę” i publikować tylko gościnne wpisy w poniedziałki, ale nie ma obaw – powróci). Od tego roku jest też autorką  portalu Huffington Post.

Poniżej krótka rozmowa z Francine Jay – podobnie jak w przypadku Dead Fleurette, powstała na potrzeby tekstu o minimalistach – jednak nie była nigdzie publikowana w całości.  Zadałam jej wówczas te same pytania, co jej poprzedniczce.

– Czy Twoim zdaniem podejście minimalistyczne, zadowalanie się mniejszą ilością rzeczy, hasła ograniczania konsumpcji – widoczne na blogach, w sztuce, w zachowaniach niektórych grup konsumentów – wyszły już  z niszy i są widocznym trendem, obejmującym również kulturę popularną i sektor „szybkiej mody”? Jeśli tak, jaki jest tego powód?

– Filozofia „mniej znaczy więcej” istotnie zyskuje na popularności. Specjaliści od marketingu i reklamy od lat wmawiają nam, że kupując więcej, będziemy szczęśliwsi. Jednak ludzie zaczynają zauważać, że większa ilość posiadanych dóbr oznacza większą ilość zmartwień i większy dług. Im mniej mamy rzeczy, o które musimy się troszczyć (jak je zdobyć, wykorzystać, czyścić, utrzymać, ubezpieczyć itp.)  tym więcej  czasu, pieniędzy i energii zyskujemy na to, co jest dla nas naprawdę ważne.

– Twoim zdaniem ta tendencja będzie się pogłębiać w miarę jak słyszymy o pogarszającej się sytuacji światowych finansów? Czy będzie to kolejny krótkotrwały trend – recesja minie, ludzie powrócą do dawnych przyzwyczajeń – czy też jest szansa, że tym razem zmieni trwale ich nastawienie do konsumpcji? Często naśladujemy wzorce tylko dlatego, że akurat stały się popularne, nie zastanawiając się głębiej nad związaną z nimi filozofią.

– Ja akurat wierzę, że minimalizm  jest ważnym, nowym ruchem, który zmieni nasze życia, nasze społeczeństwo i całą planetę. Recesja mogła przyczynić się do wzrostu jego popularności, jednak sądzę, że wielu ludzi odkryło, że faktycznie wolą egzystować z mniejszą ilością rzeczy, bo tak jest wygodniej. Mniej stresu, większa wolność, więcej czasu, który można spędzić z bliskimi zamiast troszczyć się o swój dobytek. Nie bez znaczenia jest też fakt, że pośrednio przyczyniamy się w ten sposób do jakości życia na Ziemi – bo im mniej kupujemy, tym czystsze powietrze, tym więcej lasów i mniej wysypisk.

– Jaka jest Twoja osobista filozofia związana z ruchem minimalistycznym?

– Dla mnie życie minimalisty jest podróżą z niewielkim bagażem. Uświadomiłam sobie, jak świetnie jest podróżować z małym plecakiem, zawierającym tylko podstawowe, niezbędne rzeczy, zamiast taszczyć ze sobą ciężką walizę. Podczas spędzonych w taki sposób wakacji czułam, że mogę dotrzeć wszędzie i zrobić wszystko, bo nie ograniczały mnie rzeczy. Chciałam mieć takie samo poczucie w codziennym życiu, dlatego zdecydowałam się pozbyć nadmiaru  dóbr. Chciałam angażować swój czas i energię bardziej na doświadczanie niż posiadanie.

– Na blogu piszesz, że nie przywiązujesz teraz zbytnio uwagi do trendów w modzie i podkreślasz rolę minimalistycznej, ale dobrej jakościowo garderoby – „jakość, a nie ilość”. W jaki sposób doszłaś do tych wniosków? Czy przyczyniło się do tego wychowanie, własne przemyślenia, czy eksperymenty z modą we wcześniejszym okresie?

– Mając dwadzieścia kilka lat, miałam dwie szafy wypełnione ubraniami – wielu z nich prawie w ogóle nie zakładałam! W którymś momencie zwyczajnie zmęczył mnie ten nadmiar, i zdecydowałam, że łatwiej, a zarazem bardziej elegancko, będzie mieć tylko kilka dobrych gatunkowo rzeczy. Byłam też już świadoma negatywnego wpływu „szybkiej mody” na środowisko. Zamiast kupować wiele modnych ciuchów, inwestuję w klasyczne ubrania, które przetrwają lata i zawsze będą na czasie.

– Sądzisz, że takie podejście zwykle przychodzi z wiekiem, czy niekoniecznie – zmęczenie nadmiarem może pojawić się w każdym momencie życia?

– Najczęściej dochodzimy do takich przemyśleń z wiekiem, jednak słyszałam podobne opinie także od osób, które jeszcze są nastolatkami albo studentami. Bardzo się cieszę, że w Internecie dyskutuje się teraz tak wiele o minimalizmie, co pozwala dotrzeć z informacją i wsparciem do ludzi w różnym wieku. Z pewnością zostałabym minimalistką w znacznie młodszym wieku, gdyby wówczas istniały podobne narzędzia!

– Jak przekonałabyś kogoś, kto twierdzi, że minimalizm, zarówno w odniesieniu do stylu, jak i życiowej filozofii – jest głupie i mylne?

– Osobiście twierdzę, że minimalizm jest pięknym , eleganckim sposobem życia. To jak bycie kuratorem galerii sztuki, który wybiera tylko najlepsze i najbardziej znaczące obiekty – by podniosły jakość przestrzeni, w której są umieszczone, czyli jakość życia.

– Nazwałabyś siebie „minimalistką” czy raczej unikasz tego typu etykietek?

– Nie mam kłopotu z nadawaniem mojemu stylowi życia etykietki „minimalistyczny”, jeśli w taki sposób łatwiej mi uświadomić ludziom, o co chodzi, poszukać odpowiednich informacji w Internecie, i tworzyć nowe społeczności, które mogą dyskutować o tym sposobie życia i wspierać wzajemnie własne wysiłki.

– Do you observe that the attitude of so-called „minimalism” – „less is more” – has become more visible nowadays – on blogs, in consumers`behaviour, art etc. making gradually its way into the popular culture and fast food fashion as well? If so, what`s the reason for it – how do you think?

Yes, I think a “less is more” philosophy is steadily growing in popularity. Advertisers have been telling us for years that buying stuff will make us happy. However, people are beginning to realize that more stuff often means more headaches and more debt. The less stuff we have to fuss over (purchase, clean, maintain, insure), the more time, money, and energy we have for what’s truly important to us.

Do you think this tendency would grow as a mass reaction to the world`s financial crisis (there were some interesting posts relating to that topic on other blogs lately)? Would it be another passing „trend” or is there a chance it could change people`s attitude towards consumption? You know, sometimes people are just imitating sth because it`s so popular, following the trend but soon they realise somehow what kind of philosophy is hidden behind it…

I believe that minimalist living is an important new movement that will transform our lives, our society, and our planet. The financial crisis may have contributed to its popularity; however, I think a lot of people discovered that they actually prefer living with less. People have realized the many benefits of living a minimalist lifestyle—like less stress, more freedom, and more time to spend with friends and family rather than fussing over stuff. Not to mention, it’s nice to know we’re contributing to a healthier planet; because the less we buy, the cleaner our air, the fuller our forests, and the emptier our landfills.

What is your personal philosophy hidden behind it? 🙂

To me, minimalist living is like traveling lightly. I realized how wonderful it was to travel with a small backpack, with only the essentials, instead of lugging around a heavy suitcase. When I was on vacation, I felt like I could go anywhere, and do anything, because I wasn’t loaded down with stuff. I wanted to have that same feeling of freedom in my everyday life, so I decided to get rid of all my excess possessions. I wanted to spend my time and energy on experiences, rather than things.

– On your blog, you write that you don`t care much about fashion trends nowadays and praise the minimalist, yet good quality wardrobe – „quality, not quantity”. How did you came to such conclusions? Was it more your upbringing, your own reflections/observations or experiences/experiments with fashion as a teenager?

When I was in my early twenties, I had two closets full of clothes—many of which I hardly ever wore! At some point I simply tired of the excess, and decided it was easier, and more elegant, to have just a few quality items. I was also very concerned about the environmental impacts and human rights violations of the “fast fashion” industry. Instead of buying trendy items, I now invest in classic pieces that will stay in style for years.

– Do you think this attitude usually comes with age, or can come at any time when someone is tired and bored of the excess surrounding him?

I think this realization often comes with age; however, I’ve heard from many minimalists who are only teenagers or in university. I think it’s wonderful that there is so much discussion about minimalism on the internet, providing information and support to people of all ages. I would have become a minimalist at a much younger age if such resources were available then!

– How would you convince someone who states that minimalism – as one`s personal style and an attitude towards all kind of things is boring and dull, that he is probably wrong?

Personally, I think minimalism is an elegant and beautiful way to live. It’s like being the curator of an art gallery, choosing only the best and most meaningful pieces to enhance your space and your life.

Would you call yourself „a minimalist” or would you rather escape from labelling of that kind? Why?

I don’t mind putting a “minimalist” label on my lifestyle, because I think it makes it easier for people to understand and talk about it. It enables people to find information about it on the internet, and come together in communities to discuss the lifestyle and support each others’ efforts.

Otagowane , , , , , , , , ,

Style według Amandy

Nie przemawiają do mnie popularne ostatnio w Polsce  „poradniki stylu”. Nie i już – nic na to nie poradzę. Trinny i Susannah – nie moja bajka (uważam, że im samym przydałaby się metamorfoza, heh). Uwielbiany przez publiczność Gok Wan, mimo że widzi mi się jako bardziej od tego duetu sympatyczny – też nie. Poza tym nie wierzę w ekspresowe metamorfozy ani uniwersalne rady.  Zgadzam się,  że dobry stylista może odmienić czyjś wizerunek na plus, ale by efekt był długotrwały, musi spędzić z tą osobą trochę czasu, poznać nie tylko kształt jej czaszki czy typ sylwetki, ale również zainteresowania czy  styl życia. Bo inaczej będzie ona wyglądać sztucznie, źle czuć się w narzuconej tożsamości i porzuci ją przy pierwszej lepszej okazji. Wszyscy znamy zresztą osoby, które  ubierają się zaskakująco, często na przekór wspomnianym „uniwersalnym radom”, a wyglądają świetnie – od razu widać, że mają to coś, co nazywa się stylem. On ma zaś to do siebie, że trzeba go wypracować samemu.

Na tym tle książka Amandy Brooks (mimo okładki, na której przykuwa uwagę głównie różowe serduszko, co kojarzy mi się nie najlepiej – ze słodką Ameryką), opatrzona przedmową Diane von Furstenberg, wyróżnia się na plus i mogę ją polecić z czystym sumieniem każdemu, kto też typowych poradników nie lubi, a nad własnym stylem się zastanawia. Pokazuje bowiem różne alternatywy, wykłada podstawy, opisuje poszczególne typy i podtypy w ramach każdej kategorii, obficie sypiąc przykładami, zaś wybrać już trzeba samemu.

IMG_1752

Bardzo często w odniesieniu do stylu używamy słów: minimalistyczny, boho, eklektyczny, klasyka, uliczny – rozumiejąc te pojęcia intuicyjnie, ale gdyby ktoś poprosił nas o przykłady lub definicję, mielibyśmy z tym kłopot. Amanda Brooks robi dla nas przegląd tych wszystkich tendencji, ilustrowany konkretnymi przykładami w postaci zdjęć osób bardziej i mniej znanych. Niektóre są wręcz fantastyczne, jak Jeanne Moreau siedząca sobie skromnie na sofie w małej czarnej Pierre Cardina tuż po ogłoszeniu zaręczyn z tymże Pierre Cardinem, albo Courtney Love w rozchełstanym różowym swetrze z kaszmiru (z komentarzem, że nawet tak grzecznemu i przesłodzonemu wdzianku można nadać buntowniczy sznyt). Autorka najwyraźniej wyszła z założenia, że jeden obraz mówi więcej niż tysiąc słów i ma w tym trochę racji.  Na wybrane przez nią zdjęcia można patrzeć godzinami. Dużo jest  Sophii Coppoli:)

IMG_1754

Istotna jest również osoba samej autorki, doskonale znana w nowojorskim światku mody. Amanda Brooks na stylu zna się bowiem jak mało kto. Latami pisała na ten temat do „The New York Times Magazine” i „Vogue`a”, była modowym ekspertem w telewizji i radio, także dyrektor kreatywną niezależnej marki Tuleh, a – już po wydaniu „I Love Your Style” – specjalistką od stylu w słynnej sieci handlowej (a raczej luksusowym domu towarowym) Barneys.  W książce opisuje szczerze początki swojej przygody z modą, i nie ukrywa, że sama latami poszukiwała stylu dla siebie, począwszy od pierwszych, rodzinnych wzorców,  poprzez rozliczne, czasem dziwaczne fascynacje, jakim ulegała na kolejnych etapach życia. Nie ukrywa, że wychowała się nie w Paryżu, na Palm Beach, i choć pochodzi z zamożnej rodziny, która była również związana z biznesem modowym (babka Amandy, Beatrice Bowly, szefowała Instytutowi Odzieżowemu w Bostonie), styl środowiska, w którym obracała się od małego, czyli tzw. WASP – białych , zamożnych protestantów – nie charakteryzował się szczególnym polotem. Jednym słowem przyznaje, że i jej droga do perfekcji była długa i kręta.  Jako bonus publikuje zresztą  fotograficzną listę własnych największych wpadek:) Więcej na jej blogu: http://amandalovesyourstyle.blogspot.com/

IMG_1756

Minimalistki (i minimalistów) zainteresuje zapewne najbardziej rozdział pod tytułem „Minimal”. Zaczyna się znamiennym cytatem z Calvina Kleina: „Minimalizm w modzie nie polega na unikaniu wzorów czy nadruków. Dla mnie to filozofia, w której zawiera się ogólne wyczucie proporcji, wiedza, czego można się pozbyć, co usunąć. To pobłażanie dla doskonałego cięcia, subtelnych zabaw odcieniami oraz czystych i mocnych form”. Amanda przyznaje, że sama, kiedy widzi wyznawcę minimalistycznego stylu, chciałaby trochę go udekorować. To może być  sznur pereł, kokarda, kwiat, cokolwiek, co zdejmie z surowego stroju odrobinę powagi, będzie mrugnięciem oka w stronę publiczności. Tę radę warto zapamiętać. Jak i inną – że choć czerń od stóp do głów zwykle najbardziej kojarzy się z prostym stylem, jest to tak naprawdę pójście na łatwiznę. Taką samą zasadę – grę fakturami i krojem – można zastosować przy każdym innym wyrazistym kolorze, zwłaszcza takim, który koresponduje z ubarwieniem naszych włosów, oczu, cery….. Typy minimalizmu? Umundurowany, klasyczny, androginiczny…….

IMG_1758

IMG_1760

Dla mnie książka (a właściwie swoisty podręcznik) Amandy był też swoistym objawieniem, bo był to okres, w którym, jak na minimalistyczną neofitkę przystało, pragnęłam ubierać się wyłącznie w biele, czernie, beże, granaty i szarości, a każdy jaskrawszy kolor wydawał mi się już tandentny. Zapomniałam przy tym, że biel i czerń, owszem, tak, ale szarość od stóp do głów przy mojej kolorystyce (typ „zimy”) to już może niekoniecznie wydobywa wszystkie atuty urody…. Po lekturze dotarło do mnie, że wcale nie muszę wyrzucać kobaltowych, fioletowych czy czerwonych ubrań, co więcej – unikać zestawiania ich ze sobą. I że nadal mogę bawić się modą. Mniejszy zasób szafy nie wyklucza eksperymentów. Poczułam się, jakbym przez ostatnich kilka miesięcy z własnej winy cierpiała na brak witamin – taki sobie narzuciłam niezdrowy reżim. Z którym jakoś wewnętrznie było mi źle, tylko nie umiałam tego sama przed sobą przyznać.

Amanda przekonała mnie też dlatego, że nie przemawia tonem mentorki, jak zdarza się wielu oświeconym stylistom. Opisuje poszczególne tendencje, mówiąc: szukajcie sami, próbujcie, nie zamykajcie się w modowych schematach. Zaawansowanym, którzy wiedzą np. czym „ethnic bohemian” różni się od „bourgeois bohemian”, pozwala tę wiedzę uporządkować. Bardzo takie podejście mi odpowiada. Każdy z rozdziałów kończy się sekcją „Inspiracje”, w której znajdziemy krótkie omówienie książek i filmów odnoszących się do danej tematyki. W przypadku tendencji minimalistycznej jest to m.in. „Wstręt” Romana Polańskiego i styl Catherine Deneuve, grającej główną rolę. Osobny rozdział poświęciła poszczególnym elementom podstawowej garderoby, dając praktyczne wskazówki, gdzie warto ich szukać i w co inwestować – odnosi się to też do odzieży vintage. Jest też słowniczek nazwisk najbardziej znanych projektantów (niby banał, ale przyznajmy sami, ile razy wzdragaliśmy się w towarzystwie przed wymówieniem „Issey Miyake”, żeby się przypadkiem nie wygłupić)? Jest kilka porad dotyczących wyszukiwania perełek vintage w Internecie i wzmianka o regule „cost per wear” – autorka przyznaje, że dowiedziała się o niej z innej, opublikowanej w latach 70. i nie wznawianej dotąd książki, „Cheap Chic” – której poświęcę osobny wpis.
„I Love Your Style” napisana jest według reguł „mniej znaczy więcej”. Nie ma tu paplania, niepotrzebnych ozdobników – ich rolę pełnią zdjęcia. Tekst jest konkretny, zawiera celne, przydatne w praktyce obserwacje. Czuje się, że pisała go ekspertka w swojej dziedzinie, która nie musi dodatkowo kokietować czytelnika. Choć skromna okładka i prosta forma nie zapowiada rewelacji, w odniesieniu do  twórczości Trinny i Susannah czy im podobnych  „I Love Your Style” jest jak „Vogue” wobec „Poradnika Domowego”. Pozycja obowiązkowa, kolejna z tych, które nie doczekały się jeszcze tłumaczenia na język polski. A powinny.

Otagowane , , , , , , , , , ,