Monthly Archives: Styczeń 2013

Inspiracje – Konrad Mielcarek

Myśląc o podejściu do życia określanym jako „minimalistyczne”, zwykle kojarzymy z nim młodych, wielkomiejskich singli albo bezdzietne pary, którym łatwo jest rzucić z dnia na dzień pracę, spakować cały dobytek w plecak i zacząć wszystko inaczej, na nowo. Taki jest stereotyp, bazujący na przekonaniu, że kiedy nie ma się zbyt wiele zobowiązań, łatwiej eksperymentować z tak „dziwacznymi” sprawami jak minimalizm. Konrad Mielcarek, autor bloga „Droga do prostego życia”, jeden z bohaterów mojego niedawnego tekstu o polskich minimalistach, swoją postawą przeczy tym teoriom.  On i jego żona są minimalistami na tyle nietypowymi (zresztą sami się tak nie określają, woląc mówić o przynależności do ruchu dobrowolnej prostoty),  że postanowiłam zamieścić tutaj cały zapis rozmowy z Konradem – to, co mówi, jest niezmiernie ciekawe i mocno oryginalne na tle postaw innych zwolenników dobrego życia. Choćby dlatego, że wychowują kilkoro dzieci, są zwolennikami edukacji domowej, a światopoglądowo bliżej im do chrześcijaństwa niż filozofii i religii Wschodu, z którymi sympatyzuje większość bardziej rozpoznawalnych minimalistów. Widać, że jest to osobna w naszej blogosferze ścieżka. Podziwiam i szanuję wybór Konrada oraz jego żony, choć są kwestie, w których miałabym ochotę z nimi polemizować. Oddaję mu głos:

Ajka Minimalistka napisała niedawno, że nie potrzebuje już czytać ani Leo B., ani Dominique L. Czy Pan ma podobnie? A może nie? Dlaczego? Jak odbierał Pan tych autorów na początku swojej „minimalistycznej” drogi, a jak teraz?

 O Loreau i Babaucie pisałem już na blogu. Przeczytałem „Sztukę prostoty” D. Loreau z zaciekawieniem, jak każdy krytyczny wobec nadmiernego konsumpcjonizmu głos (to była długo właściwie jedyna książka poświęcona prostocie dostępna w Polsce), ale -co trzeba podkreślić- inspirację autorka czerpie z wschodniego kręgu kulturowego (fragmenty nawiązujące do zen czy feng shui mogą być dla niektórych mało strawne). W przypadku Loreau jej poglądy określiłbym jako minimalizm „luksusowy”, mi całkowicie obcy. Głosi mianowicie pozbycie się dużej liczby przedmiotów, z drugiej strony te, którymi się otacza, pochodzą z górnej półki, są najwyższej jakości, a tym samym drogie. W minimalizmie Loreau boję się pedantyzmu, przestrzeni wyidealizowanej, mało praktycznej w przypadku licznej rodziny. Dlatego nie sięgałem już po kolejne książki Loreau. Osobiście kieruję się innym stosunkiem do przedmiotów domowego użytku. Dbam o to, aby w mieszkaniu nie było rzeczy zbędnych, staram się właściwie je wykorzystywać, ale nie stawiam ich na piedestale tego, co nazywam prostym życiem. Ważniejsza od tej materialnej otoczki jest treść życia: wybory, jakich dokonujemy, wartości, jakie nas motywują i są dla nas najważniejsze. W prostocie akcentuję relacje z innymi i właściwe rozpoznanie wartości, jakim chcemy wraz z żoną służyć w codziennym życiu.

Co do Babauty to interesował mnie jako przykład minimalisty z liczną rodziną (ma sześcioro dzieci!). Niektóre z jego wpisów podobały mi się, jednakże czytałem je z pozycji osoby, która od kilku, obecnie już dziesięciu, lat zajmuje się tematem dobrowolnej prostoty. Czytając książki i wpisy Leo Babauty odniosłem wrażenie, że zbyt wiele uwagi poświęca w nich osobistej produktywności, do osiągnięcia której minimalizowanie i prostota stały się jedynie narzędziami. Dla mnie w prostocie nie chodzi o skuteczniejsze zarządzanie sobą, ale o więcej przestrzeni dla tego, co ważne: małżeństwa i rodziny, a także prostych codziennych radości. Z zadowoleniem obserwuję, jak wpisy Babauty ewoluują w kierunku takiego samego spojrzenia: w miejsce precyzyjnego określania zadań i celów pisze choćby o płynięciu, przyjmowaniu tego, co nieprzewidywalne, adoptowaniu się do tego, co przynosi dzień. Warto jednak zauważyć, że coraz bardziej jego wpisy nawiązują do filozofii buddyjskiej.

Podsumowując, rzeczywiście nie odczuwam potrzeby zbyt częstego sięgania po książki czy wpisy na innych minimalistycznych blogach, które w znacznej mierze zakładane są przez osoby młode i początkujące, a których doświadczenia niekoniecznie pokrywają się z moją sytuacją życiową jako ojca rodziny wielodzietnej. O wiele więcej uwagi staram się obecnie poświęcić swoim bliskim i życiu w prostocie niż czytaniu lub pisaniu o niej, co –zwłaszcza w tym ostatnim wypadku- również mocno komplikuje życie. Dlatego jakiś czas temu zawiesiłem regularne pisanie na moim blogu, aby więcej żyć, a mniej pisać.

W jaki sposób zainteresowanie minimalizmem związanym głównie z rzeczami wpłynęło na inne aspekty Pana życia? Jak ewoluowało?

Rzeczywiście, był okres kiedy kwestia pozbywania się rzeczy i minimalizowanie stanu posiadania była dla nas bardzo ważna. Ten etap mamy za sobą, chociaż od czasu do czasu robimy w domu tzw. decluttering, czyli odgracamy mieszkanie ze zbędnych przedmiotów. Staramy się posiadać tylko rzeczy naprawdę niezbędne, nie gromadzimy pamiątek, rzeczy nieużywanych lub używanych bardzo rzadko. Zamiast kupować – wymieniamy się tym, czego potrzebujemy ze znajomymi.

Obecnie staram się koncentrować na tym, co wewnątrz: jakie wartości i styl życia niesie wybór prostego życia.  Dobrowolna prostota uwalnia od  niepokoju, pośpiechu. To życie spokojne, zrównoważone, bez spraw rozbabranych i rozciągniętych, w zgodzie z rytmem przyrody, w ciszy. Dużo miejsca poświęcam także edukacji finansowej dzieci, a także racjonalnemu podejściu do pieniędzy, które są niczym innym jak energią, którą włożyliśmy w ich uzyskanie, a którą jakże często lekkomyślnie wydajemy.

Coraz bardziej dociera do mnie, że prostota to przede wszystkim możliwość rzeczywistego otwierania się na drugiego człowieka. Odwracamy się od materializmu, czując w głębi serca, że prawdziwe szczęście leży poza przedmiotami, majątkiem i dobrobytem. Prostota pozwala przebić się przez mur obojętności i rywalizacji. Gdy przestajemy gonić za pieniędzmi, karierą, nowymi gadżetami, wówczas odkrywamy prawdziwy sens życia. Życie w prostocie to także, a może zwłaszcza, odbudowanie naturalnych, serdecznych relacji z innymi ludźmi. To także gościnność i pomoc potrzebującym.

 Czy teraz określiłby Pan siebie jako minimalistę – a jeśli nie, to jak?

Nie uważam siebie za minimalistę, na swoim blogu i w życiu propaguję życie w „dobrowolnej prostocie”. „Dobrowolnej”, bo świadomie wybranej i niewynikającej np. z biedy. Właściwie w dotychczasowych publikacjach dominuje zainteresowanie minimalizmem, dobrowolna prostota jest raczej niedostrzegana, być może dlatego, że oba nurty są ze sobą jakoś splecione. Dobrowolna prostota jest moim zdaniem pojęciem znacznie szerszym znaczeniowo, porusza więcej tematów niż minimalizm, jest także adresowana do większej liczby odbiorców, choćby rodzin z dziećmi, którym trudno przyjąć idee skrajnych minimalistów. Dla mnie dobrowolna prostota to właśnie minimalizm pogłębiony, dobrze przemyślany i umiarkowany, nawiązujący do tradycyjnych (także chrześcijańskich) wartości, takich jak oszczędność, skromność, umiarkowanie, naturalne warunki życia, równowaga spokój, skoncentrowanie na rodzinie i dobrym wychowaniu dzieci. Dlatego od razu dodam, że nie jestem zwolennikiem minimalizmu skrajnego – życia z plecakiem i 7 sztukami odzieży, z deską do prasowania jako stolikiem komputerowym, spaniem w śpiworze bez łóżka, ze stołem i rozkładanymi krzesłami jako jedynym wyposażeniem. To raczej etap przejściowy dla osób młodych i bez rodziny. Ważniejsze jest to, co zrobimy, gdy pojawiają się dzieci, zobowiązania, praca zawodowa. Czy wybierzemy karierę, poświęcimy się gromadzeniu majątku, zaczniemy płynąć w dominującym prądzie materializmu, czy też świadomie wybierzemy własną drogę, która wiąże się z odwrotem od powszechnie obowiązujących kryteriów sukcesu.

Czy od tamtego czasu można powiedzieć, że minimalizm stał się modny? Czy zauważył Pan większe zainteresowanie nim w otoczeniu?

Od pewnego czasu rzeczywiście dostrzegam większe zainteresowanie ideą minimalizmu i tego, co ja nazywam dobrowolną prostotą. Jest to z pewnością wynik naświetlenia tego zjawiska przez media, ale także trudnej sytuacji ekonomicznej. Jako Polacy mieliśmy za sobą doświadczenie szarej rzeczywistości PRL-u i w pewien sposób ulegliśmy mirażowi konsumpcyjnego stylu życia. Obecnie zdajemy sobie sprawę, że droga do dobrobytu poprzez kredytowe skróty prowadzi na manowce. Paradoksalnie recesja to dobra okazja do przemyślenia własnych nawyków finansowych, ograniczenia konsumpcji, odwrotu od obowiązujących ideałów wymagających pieniędzy, statusu i dóbr materialnych. Coraz częściej rozmawiamy ze znajomymi na tematy związane z ograniczaniem wydatków czy  zdrowym podejściem do finansów. U ludzi młodych na pewno wpływ ma także coraz większa świadomość negatywnego wpływu konsumpcji na stan środowiska. Internet pomaga zarazić innych ideami bardziej wartościowego życia, które można osiągnąć bez konieczności otaczania się zbędnymi przedmiotami. Jest to z pewnością atrakcyjny styl życia, wymagający większej samoświadomości, zdyscyplinowania i refleksji nad swoimi priorytetami, ale także przynoszący dużo satysfakcji i sporo codziennych radości.

Co radziłby Pan tym, którzy dopiero – np. pod wpływem medialnych relacji, chcą „zostać minimalistami”, by nie popełniali już błędów neofitów? A może są one niezbędne?

Z pewnością atrakcyjną i widowiskową, a także piękna, fazą wejścia w minimalizm czy też prostotę jest ograniczanie stanu posiadania. Początkujący minimalista uświadamia sobie jak wiele rzeczy jest zbędnych i przypadkowych. Pozbywanie się (czasem z nadmiernym entuzjazmem) niepotrzebnego materialnego balastu daje poczucie kontroli nad zewnętrznym otoczeniem. Uświadomienie sobie swoich własnych związków z konsumpcją i materializmem otwiera oczy na zakres manipulacji, jakiemu podlegamy. Jest to bardzo uwalniające przeżycie, które odkrywa przed nami całkiem nowe horyzonty.

Na pewno błędem byłoby zatrzymanie się na samych tylko przedmiotach. Skupienie nadmiernej uwagi (także medialnej) na rzeczach, w tym przesadne ich liczenie lub próba osiągnięcia jakiegoś założonego pułapu posiadania, to tylko jedna z kolejnych odmian materializmu. Widziałbym tu także zagrożenie nadmiernego skupienia na sobie i swoich przeżyciach. Moim zdaniem próba ograniczania stanu posiadania do określonej liczby, np. stu, przedmiotów jest pewnym wyzwaniem, ale ważniejsze są zmiany, jakie dokonują się wewnątrz nas, w naszym postrzeganiu materialnego świata i tego, co liczy się w życiu. Zmiany w zakresie naszej motywacji, wyznawanych wartości pociągną określone decyzje, także jeśli chodzi o wielkość naszego majątku.

Dlatego zdecydowanie bardziej polecam dobrowolną prostotę, która jest pojęciem znacznie szerszym i -moim zdaniem- adresowanym do każdego, w tym także do rodzin z dziećmi. Dobrowolna prostota koncentruje się najpierw na tym, co wewnątrz, na motywacji, rozpoznaniu rzeczywistych potrzeb i wartości. Ograniczenie liczby przedmiotów i praktyczne sposoby na oszczędne życie są konsekwencją, nie zaś motywem przewodnim dobrowolnej prostoty. Pozbywanie się rzeczy jest tylko etapem na drodze do prostego życia. Ważniejsze jest wsłuchanie się w swoje wnętrze, odkrycie swojego prawdziwego celu w życiu i konsekwentne dążenie do niego. Podkreśliłbym także konieczność zaangażowania się w coś, co pozwoli wyrwać się z życiowego egoizmu, który zazwyczaj stoi za współczesną ideologią nieumiarkowanej konsumpcji, ale może także kryć się za fasadą walki z przedmiotami. Wtedy mamy szansę, że wybór prostego stylu życia okaże się czymś trwałym, rozwijającym i wartościowym dla innych.

Warto przytoczyć słowa amerykańskiego filozofa Richarda Gregga, który już w 1936 r. w eseju „O wartości dobrowolnej prostoty” wskazywał, w jaki sposób kultywować prostotę: „Prostota wymaga rzetelności, uczciwości i szczerości, unikania zewnętrznego bałaganu, mnogości rzeczy nieistotnych dla zasadniczego celu naszej egzystencji. Oznacza powściąganie energii i pragnień w pewnych dziedzinach, aby osiągnąć większą obfitość życia w innych. Oczywiście musimy próbować zrozumieć wszystkie konsekwencje idei dobrowolnej prostoty. Daleko ważniejsze jest jednak wyobrażanie sobie prostego życia w wolnych chwilach. Czytaj książki i artykuły, dzieląc się nimi. Poszukaj ludzi o podobnych zainteresowaniach. Praktykuj prostotę zarówno w małych, jak i wielkich rzeczach. Ponieważ rywalizacja i przesadny indywidualizm prowadzą do złożoności życia, pomożemy sobie w drodze ku prostocie poprzez pielęgnowanie ludzkiej solidarności. Staraj się rozwijać zdolność do pracy bez przywiązania. Rozwijaj w sobie takie cechy, jak odporność na wpływ rożnego rodzaju grup, wytrzymałość w obliczu nieprzychylnych komentarzy czy prób ośmieszania, przedkładanie wartości niematerialnych i relacji z innymi nad wrażenia zmysłowe, cierpliwość i siła woli. Zdobycie prostoty wymaga niekiedy wysokiej ceny.” Uważam, że to nadal mądre i aktualne rady.

 Jak wygląda minimalistyczne podejście w takiej rodzinie jak Pańska? Jakie są trudności, a jakie plusy takiego podejścia?

Dobrowolna prostota otworzyła przed nami nowe perspektywy i spowodowała zmianę akcentów w codziennym życiu. Od kilku lat nie posiadamy telewizora, unikamy korzystania z centrów handlowych, jeśli możemy, kupujemy rzeczy używane. Szukamy oszczędności, ale przede wszystkim pytamy siebie, jakie są nasze prawdziwe potrzeby. Skromne warunki traktujemy jako coś naturalnego. Jesteśmy mniej zabiegani, mamy więcej czasu dla siebie. Nie przytłacza nas materialna strona życia.

W naszym przypadku świadoma rezygnacja z posiadania dużego majątku, rozważne wydawanie pieniędzy, szukanie sposobów na oszczędności, pozwoliły nam na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych w granicach posiadanych, i dość niewielkich, środków. Dzięki takiemu a nie innemu stylowi życia mogłem zrezygnować z dodatkowego etatu, zupełnie świadomie nie ubiegam się o możliwość awansu. Dzięki temu mam więcej czasu dla rodziny. Z kolei żona zrezygnowała z pracy zawodowej i naukowej, i zdecydowała się na pozostanie w domu z dziećmi. Mogliśmy razem zaangażować się w edukację domową naszych dzieci. Dobrowolna prostota ułatwia nam codzienne funkcjonowanie, pomaga budować piękną kulturę rodzinną. To odkrywamy jako nasze zasadnicze życiowe powołanie.

Doprawdy trudno mi znaleźć jakieś ujemne strony prostego życia. Pewne trudności w postaci niezrozumienia mogą pojawiać się ze strony najbliższego otoczenia – rodziny, przyjaciół i znajomych. Ale jest to okazją do rozmów i dzielenia się swoim doświadczeniem. Z drugiej strony rodzina znajduje się pod obstrzałem współczesnej kultury i mediów, a także państwa (np. podwyżka VAT na artykuły dziecięce, brak polityki prorodzinnej). W konsumpcyjnym, „nowoczesnym” społeczeństwie prowadzenie domu zyskało reputację niepełnowartościowego zajęcia. Z podobnym niezrozumieniem spotyka się posiadanie dużej liczby dzieci. Z pewnością nie jest to sytuacja komfortowa. Ważne, aby nie dać się zastraszyć przez obowiązujące ideały wymagające pieniędzy, statusu i dóbr materialnych. Jednocześnie nie okopujemy się w swoim domu jak w twierdzy. Staramy się być otwarci na innych i w miarę możliwości wpływać na zmianę niekorzystnego klimatu. Wierzę, że lepsze – proste życie jest propozycją dla każdego.

Otagowane , , , , , ,

Minimalista w kiosku

Od dawna zastanawiałam się, czy w Polsce, w miarę wzrostu zainteresowania ideologią minimalizmu i tak zwanego dobrego życia jest miejsce na odpowiednik Kinfolk Magazine, wydawanego w amerykańskim Portland. Jego twórcy piszą o sobie: „jesteśmy coraz liczniejszą grupą artystów, zainteresowanych drobnymi społecznościami. Uważamy, że wspólne biesiadowanie z przyjaciółmi dodaje energii i wzmacnia więzi. Każdy element Kinfolk – fotografia, teksty, poczucie estetyki – jest zgodne z tym, jak naszym zdaniem powinna wyglądać rozrywka: prosto, bez niepotrzebnych komplikacji, naturalnie. Kinfolk to magazyn, który łączy nasze zainteresowania sztuką i projektowaniem ze sposobem, w jaki lubimy spędzać czas z przyjaciółmi i rodziną”.

kinfolkOd strony estetycznej magazynowi blisko do wabi-sabi, który, niestety, trudno zdefiniować. Zasadniczo chodzi o naturalność bliską takiej, jaką oferuje przyroda, traktowanie niedoskonałości materii jako zalety, a nie czegoś, co trzeba koniecznie wypolerować lub zakryć. Takie kryteria spełnia na przykład podłoga z nieoheblowanych desek, zwykły szary papier pakunkowy, czy ubrania, które w wyniku używania zmieniają swój kolor i fakturę.

tumblr_m676kmArJE1rvwimmo1_500

Strona graficzna Kinfolk Magazyne jest mimo to niezwykle dopracowana – aż się chce patrzeć, i patrzeć, i patrzeć, bo oglądanie zamieszczonych tam zdjęć po prostu sprawia przyjemność. Część z nich można podejrzeć na profilu Kinfolk na Pinterest albo mikroblogu Tumblr. Treści, zarówno przedstawione na fotografiach, jak i w artykułach – związane z życiem w małych społecznościach, z naciskiem na takie, które mają kontakt z przyrodą. Dużo o jedzeniu, wspólnym spędzaniu czasu, drobnym rzemiośle i pracach domowych.

tumblr_mbrnd562Pq1qabu3po1_500

Czekałam więc (nawet przyznam się, myślałam, czy nie zaryzykować i nie spróbować przygotować próbnego odpowiednika takiego magazynu, oczywiście dostosowanego do polskiego rynku i zainteresowań tutejszego czytelnika) – marzenie w dużej mierze spowodowane opisywanym tutaj już kryzysem w mediach drukowanych, który powoduje, że w zostało mi naprawdę niewiele tytułów, na które czekam niecierpliwie i co tydzień czytam od deski do deski.

No i okazało się, że inni również dostrzegli niszę na rynku. Najpierw pojawił się magazyn Slow (który potraktuję osobnym wpisem, bo dotąd jedynie przeglądałam go w kioskach, muszę zakupić numer i dokładnie przestudiować, by się przekonać, czy odczucia oparte na pobieżnym zapoznaniu się są trafne), a niedawno magazyn Smak i Zwykłe Życie.

smak

Po oba tytuły sięgnęłam dopiero niedawno. Do pierwszego przymierzałam się odkąd o nim usłyszałam, ale z pewną ostrożnością. Może dlatego, że znając pośrednio zespół redakcyjny, zastanawiałam się, czy nie będzie to propozycja adresowana wyłącznie do kręgu ich przyjaciół i znajomych, czyli młodej, artystycznej „warszawki”. Po drugie, wydawało mi się, że to magazyn głównie dla gotujących, a ja się do tej grupy nie zaliczam, choć bardzo lubię jeść. Zwłaszcza, gdy ktoś dla mnie gotuje:)

Wreszcie kupiłam i – od pierwszych chwil, gdy przeglądałam „Smak” na przystanku – ogromne zaskoczenie na plus. Edytorsko dopracowany w najmniejszych szczegółach, również piękne zdjęcia, nieprzypadkowy dobór tematów i rozmówców (gwiazdą numeru jest Edward Dwurnik!), kilka fajnych pomysłów na stałe rubryki, teksty – przemyślane i baaaardzo ciekawe. Nawet dla kogoś, kto jak niżej podpisana nie gotuje i nie je mięsa (w pierwszym numerze – ‚Smak” ma być kwartalnikiem) m.in. obszerny materiał o przyrządzaniu trznadli w armaniaku(!) Żadnej kryptoreklamowej papki, materiałów ogranych wcześniej w wydawanych na błyszczącym papierze kuchennych magazynach, których teraz pełno w kioskach. Tak dawniej pisało się teksty – najpierw starając się wymyśleć tematy, których na pewno nie będzie mieć konkurencja, zamiast powielać to, o czym piszą wszyscy (bo dobrze klika się w Internecie!)  a potem zbierając materiały – nie tylko na telefon – i ostatecznie szlifując w bólach tekst. Odbiorcę docelowego określiłabym jako intelektualistę, który lubi poczytać o kuchni tak samo jak o dobrych książkach i interesuje go nie tylko to, co na stole, ale też wokół stołu. Widać, że twórcy magazynu, którzy zdecydowanie mają ambicje nie warszawocentryczne, ale międzynarodowe (znajdziemy tu recenzje nowych lokali nie tylko z Krakowa czy Warszawy, ale i z Brukseli czy Paryża)  wiedzą, o czym piszą i naprawdę się tym interesują. Widać też włożoną w pierwszy numer ciężką pracę. Oby tak dalej! Jestem też pewna, że  znają Kinfolk Magazine i w pewnym sensie się nim inspirowali. Udało się im jednak nie stworzyć kopii, tylko coś oryginalnego.

Drugi magazyn trafił do mnie wczoraj:

zwykłe-życie

Nazywa się Zwykłe Życie i utrzymany jest w podobnym stylu, tylko zamiast jedzenia wiodącą tematyką mają być różne aspekty codziennego życia, o których zapominamy albo na które nie zwracamy uwagi w codziennym, wielkomiejskim pędzie. Na przykład ginące już zakłady takich specjalności, jak kaletnik, kuśnierz czy szklarz. W pierwszym numerze znajdujemy m.in. materiał o pracowni rękawiczek rodziny Kowalskich, pęcińskiej hurtowni porcelany, ogrodach działkowych w wielkich miastach czy rozmowę z twórcą firmy Mamsam, produkującej m.in.  kubki barowe a la PRL. (Już w trakcie lektury myślałam, o czym chciałabym przeczytać w kolejnych numerach). Jednak, w przeciwieństwie do Magazynu Smak, „Zwykłe Życie” sprawia wrażenie jeszcze nie do końca przemyślanego projektu. Myślę, że autorom potrzeba jeszcze trochę czasu, żeby dopracować koncepcję, zdecydować, jak magazyn powinien prezentować się w szczegółach. Dobór tematyki – bardzo interesujący, ale teksty trochę nierówne, tak zwany layout też nie zachwycił mnie jak w przypadku Smaku.

Mam nadzieję, że oba magazyny znajdą swoich odbiorców i utrzymają się na rynku. Że przyszedł już czas zapotrzebowania na tego typu autorskie, dopracowane propozycje także na rynku prasowym.

Otagowane , , , , , , , , , ,