Monthly Archives: Luty 2013

Slow and strange

Po kilku podejściach, kiwaniu się w zamyśleniu przed półkami w Trafficu i przeglądaniu w kioskach, kupiłam wreszcie magazyn „Slow” (numer piąty) – kolejny z trzech nowych, adresowanych do „grupy docelowej”, w której chyba się mieszczę, żeby przeczytać na spokojnie i zrecenzować tutaj. I muszę przyznać – mam ze „Slow” kłopot.

Pierwsza kwestia, nad którą zastanawiałam się już podczas wcześniejszych podejść do tego tytułu: magazyn ma coś w sobie, co powoduje, że łatwiej zaliczyć go do kategorii wydawnictw marketingowych, niż projektów autorskich, za jakie uważam pisma wymyślone od początku do końca przez grupę autorów i tworzone zgodnie z ich wizją. Zaś wydawnictwo marketingowe? Wszyscy pamiętamy i znamy różne kolorowe gazety (mam wrażenie, że ostatnio jakby ich mniej), często bezpłatne, dostępne w różnego rodzaju klubach i knajpach. Część tekstów jest tam pisana przez różnych autorów, w tym dorabiających sobie dziennikarzy, część przez PR-owców, layouty są bardzo podobne, zwykle bazujące na łatwo dostępnych agencyjnych zdjęciach, bo tak jest taniej, a nie sesjach realizowanych na zamówienie wydawcy. Do tego dużo reklam. Niektóre z tekstów bywają ciekawe, inne napisane drętwym językiem i widać od razu, że chodzi o kryptoreklamę. Jednym słowem nierówno i mało wyraziście.

Przeglądając „Slow”, ma się wrażenie podobne. Jakby to był bardziej marketingowy produkt, przygotowany przez świetnie wyczuwającą trendy na rynku wydawniczym agencję.  „Slow” ukazał się jako pierwszy spośród magazynów zajmujących się tematyką tzw. dobrego życia. Nie jestem tej tezy stuprocentowo pewna – nie mam na nią dowodów. Z góry przepraszam teraz, jeśli jestem niesprawiedliwa, konkurencja „Slow” mi za ten wpis nie płaci – opowiadam o swoich odczuciach jako czytelnik, któremu tym łatwiej, że nie jest związany żadnymi uprzejmościami wzajemnymi i może się zachwycać, jeśli coś mu się spodoba, bez oczekiwania na wyrazy wdzięczności, ale na podobnych zasadach także krytykować.

SLOW1

Tezy nie jestem pewna dlatego, że gdy zaczyna się „Slow” czytać, a nie tylko przeglądać, tamto wrażenie ustępuje miejsca pozytywnemu zaskoczeniu, jeśli chodzi o jakość tekstów  (z numeru piątego polecam zwłaszcza rozmowę z Małgorzatą Braunek). Czyta się z przyjemnością.

Z doborem tematów już różnie. Bardzo ciekawie  i fachowo architektonicznie – o nowatorskim podejściu do wykorzystania drewna jako budulca, relacja z podróży do Skandynawii, analiza związków zawodowych (dobry pomysł – przyjrzenie się im ze współczesnej perspektywy świata ogarniętego kryzysem), nostalgiczny tekst dr Tomasza Kozłowskiego o radiu (super! gdyby wybrać dziś medium, które jest „slow”, oprócz tradycyjnych gazet byłoby to właśnie radio, wymagające zaangażowania słuchacza i uruchamiające wyobraźnię), trochę mody – łódzki Fashion Week i wyroby z włóczki, tekst o czytaniu, o perfumach,  tekst o wampirach, trochę kuchni, w tym kuchnia Transylwanii….  Rozumiem, że tematem przewodnim numeru miały być wampiry? Ale czemu akurat one i co mają wspólnego z podejściem „slow”? Ot, zagadka. Jakby część materiałów musiała się znaleźć w numerze ze zgoła innych powodów niż autorska wizja zawartości danego numeru. Więc chaos.

To natomiast, co najbardziej mnie drażni (i być może miało wpływ na pierwsze odczucia – że to produkt marketingowy a nie autorskie dzieło) – to chaos koncepcji graficznej. Nie upieram się, że każdy magazyn w stylu Kinfolk musi przypominać tamten z wyglądu – biały papier i stonowane kolorystycznie, wysmakowane zdjęcia – ale dobrze byłoby mieć pomysł, który jest przynajmniej spójny. Tymczasem trochę mi zgrzyta, gdy raz widzę kartki czarne, a raz białe, raz grafikę rodem ze studenckich magazynów, raz fotografie architektury, które równie dobrze pasowałyby i do „Monocle”, dalej portret wspomnianej Małgorzaty Braunek jak z „The New Yorkera”, a kilka stron wcześniej sesję modową w trashowo-wampirycznym klimacie. Graficznie ten magazyn jest dla wszystkich, czyli dla nikogo. Nie sądzę też, że wszystkie miłośniczki i miłośnicy ruchu „slow” przypominają z urody i preferencji estetycznych otaczającą się beżami i szarościami Gwyneth Paltrow – świat jest różnorodny i dzięki Bogu! – ale zwłaszcza sesja pt. „Modowe laboratorium” wydaje się adresowana do nieco innego odbiorcy…. Jeśli więc już się zdefiniowało swoją „grupę docelową”, to chyba warto się jej trzymać… To wszystko razem stwarza nieco dziwne wrażenie.

Reasumując: jeśli „Slow” stanie się magazynem bardziej spójnym pod względem zawartości i szafy graficznej  – na co wcale nie trzeba wielkich środków – sięgnę po niego z przyjemnością, bo część materiałów czytało mi się bardzo dobrze. Jeśli nie, nadal poprzestanę na przeglądaniu w kioskach.Właśnie ukazał się jego nowy numer, a niemal równo z nim – „Zwykłe Zycie” numer dwa i kolejny „Magazyn Smak”. Tym razem „Zwykłe Zycie” przeczytałam od deski do deski, widać ewidentną poprawę w stosunku do pierwszego numeru, oby tak dalej.

Reklamy
Otagowane , , , , , ,