Monthly Archives: Marzec 2013

Poza zasięgiem

Jadę sobie – za zachodnią granicę, wyjątkowo pociągiem, z pięcioma przesiadkami. Pociąg upiornie wczesny, żeby dotrzeć tam gdzie powinnam, nie mogę się spóźnić, bo jedno stracone połączenie spowoduje, że posypie się cała reszta. No i na przystanku pod domem uświadamiam sobie, że nie wzięłam komórki – smartfona swego, albo iPhone`a, uściślając jeszcze bardziej. Ładowała się w nocy, została przy łóżku. Wrócić się nie mogę, mam kwadrans – w sam raz żeby dotrzeć na dworzec i wskoczyć do pociągu. Zero esemesów, połączeń, internetu, w tym facebooka, a nawet muzyki. Przez pięć dni! Czy to już dramat? Dwanaście lat temu, kiedy znacznie częściej jeździłam tą samą trasą, nie miałam komórki wcale, o smartfonach jeszcze się nikomu nie śniło. Nie miałam nawet wystarczająco dużo pieniędzy, żeby dzwonić do rodzinnego domu częściej niż raz, dwa razy na miesiąc – byłam wtedy studentką dorabiającą w holenderskiej knajpie do skromnego stypendium Tempusa. Czy teraz dam radę wytrzymać bez nieustannego kontaktu ze światem? Na szczęście osoba, która ma czekać na mnie u celu, wie, o jakiej godzinie i którym połączeniem przyjadę, a w razie czego – przecież istnieją chyba jeszcze gdzieś budki telefoniczne? Miejmy nadzieję. Przecież niewielu z nas ma jeszcze telefon stacjonarny! Pierwszy pociąg spóźniony 25 minut, potem już 30. Jeśli nie nadrobi po drodze, maleją szanse, by zdążyć na kolejny.

Dawno, dawno temu, ktoś, z kim wtedy byłam, należący do wcześniejszej o dekadę generacji, która traktowała budki telefoniczne jako nieodłączny element krajobrazu, miał zwyczaj czasem dzwonić do mnie z nich właśnie. Trochę mnie to śmieszyło, ale teraz – z perspektywy czasu – myślę, że jednak było to bardzo, hm, romantyczne:) Bo jednak trzeba zadać sobie trochę trudu – ach, te poszukiwania, ta niepewność, czy budka aby będzie czynna, te emocje, kiedy wstukuje się właściwy numer….

Green_Manx_phone_box

Źródło: Wikimedia Commons

Jeszcze dawniej nawet, bo przed dwunastoma laty, kiedy byłam częstą pasażerką na tej właśnie trasie, nikt nie rozumiałby w ogóle, o czym piszę. Internet był dostępny tylko w formie stacjonarnej, korzystało się z niego w wybranych godzinach i w konkretnych miejscach – na przykład w pracy, jeśli akurat było tam stałe łącze. Nie wysyłało się dziesiątek esemesów i nie prowadziło długotrwałych rozmów gdzie bądź, w tym także w miejscach komunikacji publicznej, bo rozmowy z komórek były piekielnie drogie. Zamiast tego, w czasie, który można było spędzić w świecie wirtualnym, zajmowało się… życiem. Dziś umówienie się z kimś na peronie w innym mieście europejskim z wyprzedzeniem, bez potwierdzania po drodze, może uchodzić za ekstrawagancję.

Na szczęście mam ze sobą książki. Czytam. Trochę śpię, trochę piszę, ale nie odrywam się co chwila nerwowo, żeby sprawdzić, co tam słychać u znajomych, czy ktoś do mnie napisał, czy ktoś zmienił status. Opóźnienie nie maleje, ale udaje mi się złapać kolejne połączenie – i następne też. Docieram o czasie do celu, osoba, z którą się umówiłam, czeka na peronie. Choć budek, o, takich,  już dawno w Holandii nie ma. A przynajmniej ja nie mogłam ich znaleźć.

52963b45-0bec-4966-b1cb-53942aa3596e

Podczas pięciu dni maila sprawdzam tylko raz – wykupując, jak za dawnych czasów, piętnastominutowy dostęp do Internetu w holenderskiej bibliotece. Na portale informacyjne już zupełnie świadomie nie zaglądam. Po powrocie, kiedy po włączeniu komputera i odnalezieniu telefonu zalewa mnie fala informacji o zabójstwach, śmierciach, karambolach, kryzysach, stwierdzam, że niewiele straciłam. Przedzieram się przez zestaw nieodebranych połączeń i maili, których nadawcy irytują się, nie dostawszy natychmiast odpowiedzi. Sama ich tak sobie wychowałam, myślę.  Przymusowy odwyk od szybkiej komunikacji wcale nie był bolesny. Przypomniał mi, jak kiedyś można było funkcjonować i dawać sobie radę nie gorzej niż dziś, wyjąwszy sytuacje awaryjne.

Bolesne było dopiero zderzenie z rzeczywistością.

Nie, nie zamierzam wyrzucić telefonu przez okno ani zrezygnować z mobilnego internetu. Ale od czasu do czasu, przynajmniej w weekendy, będę wyłączać telefon i nie zaglądać do sieci. Wiem, że takie zachowanie, określane z angielska „digital sabatical”, jest popularne wśród zadeklarowanych minimalistów. Sama pewnie nie zdecydowałabym się na coś podobnego. Zadecydował przypadek. Okazało się, że można to wytrzymać, ba, że jest to całkiem przyjemne.

Jeszcze jedna refleksja i jedna obserwacja.

W holenderskich pociągach istnieją już „pokoje ciszy” – części przedziału wydzielone szybą z takim właśnie oznaczeniem. To miejsce dla tych, którzy mają dość wysłuchiwania cudzych zwierzeń przez komórki i wydawanych przez nie dźwięków. Holendrzy, zresztą zafascynowani nowymi technologiami, szybko zorientowali się jednak, że wszechobecność komórek mocno komplikuje im dotychczasowy styl życia. Dodajmy, że jest ono mocno zorganizowane – wszystko planuje się z kalendarzem w ręku, zarówno służbowe spotkania, jak i prywatne okazje, rygorystycznie przestrzegając punktualności. A jak tu sobie cokolwiek organizować, skoro w każdej chwili ktoś może złapać nas pod komórką albo na Facebooku? Chowają się więc za pocztą głosową i statusami „niedostępny” na Facebooku i czacie na Gmailu.

Przy okazji – jeżdżąc tak tam i z powrotem, miałam też sporo czasu, żeby pomyśleć sobie o różnych sprawach – przypomniałam sobie też, że znam jedną, jedyną osobę – jest to pewien profesor uniwersytetu – który nie ma komórki. Albo ma, ale nie podaje  jej numeru nikomu poza bliskimi i w relacjach służbowych nie istnieją odstępstwa od tej reguły. Jeśli ktoś chce się z nim skontaktować, zrobi to bez trudu- wystarczy sprawdzić, w jakich godzinach ma seminaria i zjawić się na uczelni.Przypuszczam, że ów profesor radzi sobie z organizacją czasu nie gorzej niż inni,  stale podłączeni do telefonów i sieci.

A budki telefoniczne jednak istnieją – na dworcu głównym w Berlinie. Działają również na monety i nawet widziałam takich, którzy z nich korzystali!

Otagowane , , , ,