Co zostaje z ortodoksji

Pytanie, które od momentu przyglądania się zjawisku „minimalizmu“ najbardziej chciałam zadać wszystkim osobom utożsamiającym się z nim w wersji ortodoksyjnej, no i niektórym zadałam, to: dokąd zmierzają? Co dalej, jeśli już osiągnie się granicę posiadania, dajmy na to, 100 rzeczy, uporządkuje szafę, mieszkanie, kalendarz, ograniczy ilość kontaktów w telefonie do tych sprawdzonych i najpotrzebniejszych?

Każdy oczywiście miał inną odpowiedź, bo i każdy oczekuje czegoś innego. Ta wątpliwość, odczuwana od początku, powstrzymuje mnie  jednak – mimo całej sympatii do wspomnianego ruchu – od deklaracji jednoznacznego w nim uczestnictwa. Nigdy więc nie doświadczę na własnej skórze, jak to jest, gdy już się osiągnie ów stan doskonałości, do którego dąży część wyznawców filozofii „prostego życia“. Wolę „dobre” albo „zrównoważone” życie. Niemniej, w ramach zainteresowania, może nawet fascynacji ideami samoograniczania się w czasach rozbuchanej konsumpcji, zwłaszcza odzieżowej, zaczęłam sama wprowadzać wiele zmian w dotychczasowych przyzwyczajeniach. Doprowadziło mnie to m.in. do odkrycia filozofii „francuskiego stylu“ ubierania się. Jednak zanim zaobserwowałam i u siebie kilka pozytywnych, mam nadzieję też trwałych, skutków ewolucji w myśleniu, wcześniej musiałam przejść  inny, dość koszmarny etap – neofitki. A więc: najpierw porządki, wywalenie połowy zawartości szafy, stopniowa wymiana i uzupełnianie reszty. Potem gorliwe przestawienie się na nowy tryb i skrupulatne pilnowanie, żeby przestrzegać wszystkich przykazań. Oraz nawracanie innych na nową religię.

W moim przypadku, o czym piszę z niejakim rozczuleniem, doprowadziło to do odrzucenia przez pewien czas większości kolorów poza czernią, granatem i bielą, i stworzenie sobie rodzaju osobistego mundurka, od którego nie mogłam wówczas znaleźć odstępstwa, bo wszystko, co bardziej jaskrawe albo wzorzyste wydawało mi się wulgarne i w złym guście (chyba już o tym gdzieś wcześniej wspominałam). A zakupy ograniczyłam do niezbędnego minimum, odkładając na rzeczy wedle moich kryteriów idealne, dość kosztowne, zaś sieciówki i inne takie, w których całkiem niedawno bywałam częstym gościem, omijałam z obrzydzeniem, szerokim łukiem. Z perspektywy czasu myślę, że musiałam być w tym okresie mocno spięta i zdeterminowana, jak robot realizujący wgrany mu plan. Nie pamiętam dokładnie momentu, w którym coś puściło i nastąpiło znormalnienie, może to była zwykła tęsknota za kolorem? Ale wiem, że zadziałała ta sama zasada, której nauczyłam się w jodze: bywa tak, że spinasz się i wysilasz, a dana asana nijak nie chce ci wyjść, choćbyś nie wiem jak się natężał. Wtedy mądry nauczyciel, jeśli trafiłeś na takiego, podchodzi i mówi: puść. Puszczasz to wszystko, odprężasz się i bywa, że nawet za chwilę, kiedy wykonujesz tę samą asanę w stanie rozluźnienia, udaje się. Proste?

 Teraz, patrząc z rozluźnionej perspektywy, mogę wymienić co najmniej pięć pozytywnych skutków zauroczenia minimalizmem, prostym życiem, francuskim stylem. Wcześniejszych zmagań z ideałem nie żałuję, nic nie uczy człowieka tak dobrze, jak metoda prób i błędów:)

tumblr_mg0bmpxKbO1qa9ddao1_500

 Pierwszy z nich to poznanie siebie, co może zabrzmieć dziwacznie, ale niestety, to, że ma się lat 20, 30 czy 40, czyli metrykalnie jest się człowiekiem dojrzałym, nie oznacza bynajmniej, że ma się świadomość własnych wad i zalet nawet w odniesieniu do czegoś, o czym, wydawałoby się wiemy wszystko, każdego dnia oglądając je w lustrze, czyli własnego ciała. Wystarczy rozejrzeć się po polskich (i nie tylko) ulicach. Samopoznanie – czyli określenie zalet i wad własnej sylwetki i nauczenie się, jak wyeksponować te pierwsze, a jak umiejętnie zamaskować drugie. Ile z nas odpowie bez zmrużenia okiem, jaki jest jej typ figury, w jakich kolorach, a tym bardziej odcieniach, jest jej do twarzy, a których powinna unikać? Z ręką na sercu? Być może najczęściej przywoływane w tym kontekście Francuzki w wieku 30 lat mają tyle szczęścia, że ich matki i babki przekazały im te zasady, podejrzewam, że u nas pod tym względem jest znacznie gorzej. Kobiety wychowane w szarościach PRL- u mogły mieć, owszem, fantazję i wrodzone poczucie smaku, ale nie mogły nic poradzić na niedobory w sklepach i brak odzieżowej tradycji w rodzinie. Wystarczy przejrzeć zawartość sklepów vintage w Stanach czy Zachodniej Europie, żeby  uświadomić sobie, o ile jesteśmy pod tym względem ubożsi – u nas większość rodzinnej spuścizny poszła niestety z dymem…. Znajomość siebie pozwala odróżnić rzeczy, które będą wyglądać dobrze na nas, od takich, które świetnie wyglądają na wieszaku, w internetowym sklepie albo na kimś, czyj styl się nam podoba, ale ta osoba ma zupełnie inny typ sylwetki niż my. Czasem z bólem serca trzeba, niestety, z czegoś zrezygnować. Choćby nie wiem jak podobały mi się legginsy, nigdy ich nie założę, bo wyglądam w nich koszmarnie. Sukienki retro muszę przełamywać czymś bardziej agresywnym, jak ramoneska, bo inaczej będę przypominać sierotkę Marysię z balu kostiumowego. Ktoś inny nie będzie miał podobnych ograniczeń. Mierząc rzecz za rzeczą w ramach selekcji i odchudzania szafy, a potem zastanawiając się nad każdym zakupem, łatwiej osiągnąć stan samopoznania. Wcześniej wydawało mi się, że we wszystkim, co mi się podoba, wyglądam dobrze (ha, ha).

e2f89d902071075d51b7ef414a24b1fb

Garance Dore, której przedstawiać nie trzeba – wie, jak wykorzystać swoje atuty, ale też bawi się modą

Druga mądrość nabyta jest taka, że od tej podstawy, czyli od ciała, wszystko się zaczyna, i na nic najdroższe nawet i najlepiej dopasowane odzienie, na nic tony odzienia, jeśli nie zadba się o prawidłową postawę, codzienną dawkę ruchu, i zapomni o takich wydawałoby się oczywistościach, jak dentysta, fryzjer, manikiurzystka, kosmetyki etc. Kolejność nieprzypadkowa:)

 Trzy – docenienie jakości i zwracanie na nią uwagi. Jeśli już raz zasmakuje się w rzeczach porządnie wykonanych, i zacznie odróżniać takie w masie chłamu, jaki zalewa teraz sklepy, nie ma obawy, że zacznie się znów wynosić z H&M czy C&A naręcza jednorazowych ciuchów. Nie omijam już tych sklepów z odrazą, zdarzyło mi się tam kilka razy zajrzeć, ale pododtykawszy i obejrzawszy z bliska kilka ubrań, za każdym razem dochodziłam do wniosku, że nie ma sensu w nie inwestować, a unoszący się w tych sklepach zapach plastiku i sztucznych tworzyw (swoją drogą – czy pojawił się ostatnio, odkąd jakość tam spadła, czy istniał już wcześniej, tylko ja go nie wyczuwałam?) dodatkowo mnie odstręcza. Takie podejście pozwala też na racjonalne zakupy, bo dobre rzemiosło jest po prostu trwałe i będzie nam służyć latami. To nie znaczy też, że trzeba od razu wydawać fortunę na marki dostępne na Net-A-Porter – są przeceny, okazje, warto zorientować się najpierw, jakie marki mają ofertę, która nam odpowiada, a potem śledzić ją w realu i internecie.  Nie wszystko, co z wyższej półki cenowej, jest od razu dobrej jakości. Nie ma też nic fajniejszego, niż świadomość, że jakieś rzeczy są ci wyjątkowo bliskie, są twoim znakiem rozpoznawczym, który będzie można nosić przez wiele lat, na dodatek nie spotykając w nich dziesięciu innych osób na ulicy.

tumblr_mjxa0iPdOK1ravnm7o1_500

Clemence Poesy – przykład twórczych interpretacji „stylu francuskiego”

Cztery – zrozumienie, ile warta jest tak zwana dobra baza, czyli rzeczy, na które nie można żałować pieniędzy, które można zestawiać ze sobą bez zgrzytu, z którymi każde, nawet najtańsze dodatki będą wyglądać dobrze, i dlatego są na wagę złota w dniach,  kiedy nie ma się lepszego pomysłu, co na siebie włożyć. Takie, jak wiemy, znaleźć jest najtrudniej (przykład białego podkoszulka), dlatego tym bardziej warto w nie inwestować. Dla każdego ta baza będzie składać się pewnie z innych elementów, w moim przypadku są to m.in. klasyczne trencze długości pod kolano, marynarskie bluzki z ołówkowym dekoltem, proste dżinsy, białe koszule, dżinsy albo ciemne spodnie typu rurki.

tumblr_mgn1lpXUkn1qa3sufo1_500

 Piąty – ostatni wniosek, i umiejętność, którą nabywa się zwykle najpóźniej – nauczenie się, że moda jest zabawą, i traktowanie jej w taki właśnie sposób, a nie serioznie i z namaszczeniem. Zdolność łączenia rzeczy drogich i dobrej jakości z tanimi, nowych z vintage, tworzenie niekonwencjonalnych zestawień, czasem wykorzystanie jakiegoś elementu garderoby w inny sposób niż się przyzwyczailiśmy, puszczanie oka do otoczenia. Czyli jakby powrót do punktu wyjścia, bo przed fascynacją minimalizmem przecież wydawało się mi, że właśnie tak robię, nieprawdaż? Tyle, że zupełnie instynktownie i po omacku, co skutkowało bolesnymi zderzeniami. Do wprawy chyba łatwiej dojść do tego po okresowej abstynencji, czy minimalistycznej ortodoksji. Czasem trzeba się trochę pospinać i ponadymać, żeby wreszcie puścić –  i znaleźć złoty środek. Moda ma sprawiać przyjemność! Dopiero wtedy można mówić o znalezieniu własnego stylu, czy będzie on należeć do nurtu francuskiego, czy jakkolwiek go zechcemy nazwać – a nie kopiowanie „żelaznych zestawów“ wymyślonych przez różnych guru w rodzaju Ines de Fressange, choć często mają sporo racji. Amen!

A niebawem o „stylistycznych” wzorcach. Zdjęcia Garance Dore i Clemence Poesy pojawiły się nieprzypadkowo:)

Advertisements
Otagowane , , , , , , , ,

15 thoughts on “Co zostaje z ortodoksji

  1. Kasia pisze:

    Ja pozbyłam się po prostu tego, czego mi było za dużo, czego nie nosiłam. Po wyrzuceniu połowy szafy, duża część tego, co zostało, również kwalifikuje się do eliminacji (ponieważ zorientowałam się, że i tak nie jest używana). Zostawiam swoje ulubione kolory i fasony. Minimalizm w ubiorze kojarzy mi się z kolorami, fantazją, lekkością i wolnością. „Przestawienie” się na minimalizm oznaczało dla mnie uwolnienie się od zbędnych rzeczy, stąd nie terroryzowałam się żadnymi limitami, które ostatecznie oznaczałyby kolejne „zniewolenie”.

    Ja miałam kiedyś podobną refleksję do tej wyżej wspomnianej o sylwetce i fasonie odnośnie makijażu. Uświadomiłam sobie, że makijaż, nawet najdroższymi kosmetykami, nie będzie dobrze wyglądał, jeżeli cera jest zaniedbana. Teraz koncentruję się na pielęgnacji, do makijażu używam minimum produktów. I wyglądam sto razy lepiej 😉

    • minimalplan pisze:

      No właśnie, po pierwsze ustalając takie limity łatwo wpaść w pułapkę kolejnego ekstremum – od przesady w kupowaniu po przesadę w samoograniczaniu, nie jest to zdrowe (choć pewnie są osoby, które tak potrafią, jeśli znają się dobrze, wiedzą o co im chodzi i dążą wytrwale do celu), a po drugie: wtedy człowiek kieruje się jakimiś sztucznymi wzorcami, które mogą sprawdzać się i na 90 proc. populacji, ale ich zastosowanie akurat w tym jednym, konkretnym przypadku może oznaczać wręcz zmianę na gorsze.

  2. zagubiony omułek pisze:

    ja porzuciłam wszelkie chwilowe fascynacje i postawiłam na elementy garderoby, które kupiłabym jeszcze raz, gdyby się zniszczyły i tak też czynię 🙂 poza tym ogarnęłam się co do ilości rzeczy, niektórych mi przybyło, a niektórych ubyło – jest to mój stan idealny, w którym czuje się komfortowo.
    nie doświadczam momentów pt. ojezuniemamsięwcoubrać bo wszystko brudne ani ojesuniemamsiewcoubrać bo nic nie mogę znaleźć, ciuchy się na mnie wysypują.

  3. Sylu pisze:

    Właśnie na etapie tworzenia takiej minimalistycznej bazy ubraniowej jestem, więc jeszcze trochę przede mną. : )

  4. Majka pisze:

    Muszę przyznać, że jestem tutaj intruzem. Tak jak bardzo człowiek jest w stanie stać się minimalistą, tak ja jestem zbieraczką. Od dziecka lubiłam mieć dużo wszystkiego. Szpargały, które zawalały całe szuflady były nie raz, nie dwa segregowane i wyrzucane na śmietnik…przez Mamę. Ja sądziłam, że zachowywanie przedmiotów dobry zwyczaj, bo to wszystko pamiątki, które przywołują wspomnienia.
    Dziś moje „zbieractwo” jest znacznie ograniczone, wyrzucam sentymenty do kosza, ale z umiarem i zdrowym rozsądkiem oczywiście. W szafie zaś brakuje mi jednak swoistego uporządkowania, z jakim w moim odczuciu byłoby mi znacznie łatwiej poradzić sobie z niezadowoleniem, gdy ją otwieram. Tekst więc był dla mnie zbawienny i chyba porzucę nawyk „sieciówkowy” na rzecz rozsądnego oraz przemyślanego dobierania garderoby. Martwi mnie jednak fakt, czy nie będzie tego zjawiska, który odczuwam dziś – czy właścicielka minimalistycznej szafy może z czystym sumieniem stanąć przed nią i powiedzieć: „mam się w co ubrać”? Bo ja w obecnej chwili stojąc przed stosem szmat mam minę co najmniej nietęgą, a w głowie krąży myśl: „znowu nie mam co na siebie włożyć”. Z tego właśnie względu każdy poranek mam zepsuty przez własne fanaberie, przebieranki i wzdychania…

    • zagubiony omułek pisze:

      Ty też masz się w co ubrać tylko o tym nie wiesz 🙂 Wywal wszystko (wstępnie możesz wywalić wirtualnie, czyli wsadzić do pudła i upchnąc na strychu) zostawiając tylko to co lubisz najbardziej lub jest Ci niezbędne na określone okazje, pokombinuj jak tworzyć zestawy z tego co masz, a potem stwórz sobie listę tego co brakuje i uzupełniaj szukając tylko najlepszych, a nie ledwie wystarczających egzemplarzy 🙂

    • minimalplan pisze:

      Nie jesteś intruzem:) też miałam ten problem. teraz, odkąd przebrałam zawartość szafy, i od czasu do czasu robię kolejne remanenty, jest znacznie łatwiej. jeśli po selekcji zostawisz (i ewentualnie dokupisz) takie rzeczy, co do których będziesz mieć pewność, że dobrze w nich wyglądasz, dobrze się czujesz i możesz je zestawiać ze sobą w różnych kombinacjach, dylematy zmaleją:)

    • Kasia pisze:

      Majka, wydaje mi się, że ludzie posiadający minimalistyczną garderobę zawsze wiedzą, co na siebie włożyć, bo wszystkie ubrania i dodatki, które w niej mają pasują do siebie nawzajem – i stylem i kolorem.
      Jeszcze jakiś czas temu moja szafa wyglądała tak jak Twoja – ubrania aż wypadały a ja wciąż nie miałam się w co ubrać. Podczas generalnych porządków okazało się, że mam np. rzeczy, w których nie chodziłam od 5 lat albo takie, które są świetne, ale zapomniałam, że je mam, bo w tym bałaganie nie mogłam ich znaleźć. Teraz staram się stopniowo ograniczać i upraszczać swoją garderobę, właśnie po to, żeby „mieć co na siebie włożyć” 🙂
      Polecam mój sposób na uporządkowanie szafy:

      Na początek zrezygnowałam prawie ze wszystkich wzorzystych ubrań (tylko kilka bluzek w klasyczne marynarskie paski oraz jeden top i sukienka w kwiaty), które są kłopotliwe i niepraktyczne jeśli chodzi o komponowanie stroju – mogą zniekształcać figurę, zestawienie ich jednocześnie daje chaotyczny, niemiły dla oka efekt, więc i tak trzeba dokupić do nich „bazę”.

      Po drugie – ograniczyłam zasób szafy tylko do ubrań w kolorach, które rzeczywiście mi pasują (zarówno ze względu na typ urody, jak i wiek) – i nie mówię tu tylko o szarościach, beżach, czerniach i granatach, są także żywe czerwienie oraz musztardowy i zgaszony morski – moje ostatnie „odkrycia”. Ten etap wymaga dużo pracy w postaci godzin spędzonych na szukaniu w sieci artykułów na temat tzw. analiz kolorystycznych, a potem przymiarek wszystkich posiadanych ubrań
      przed lustrem.

      Trzeci krok – również nieco pracochłonny (ale potem nabiera się wprawy), to dokładne sprawdzanie składu tkaniny na metce, dotykanie ubrań w sklepach, sprawdzanie ich interakcji z innym ubraniami – mój, może trochę bezczelny, ale niezawodny sposób na wykrycie czy dana tkanina „obłazi” – wybieram najbardziej włochaty sweter, który znajdę w sklepie i pocieram nim o upatrzoną rzecz. Dzięki temu nie mam potem sytuacji, że spóźniam się na spotkanie, bo 15 minut czyściłam spodnie z kłaków. Nie dyskwalifikowałabym też z góry H&M-ów i tym podobnych, czasami klasyczna w kroju bluzka 100% bawełny z sieciówki wystarczy, by stać się bazą do gustownej stylizacji. Ze względu na komfort użytkowania i, ponieważ mam mnóstwo kłopotów dermatologicznych z wrażliwą skórą, postawiłam na materiały oddychające, tj.: bawełna, wełna, kaszmir, skóra. Mogą mnie nienawidzić ekolodzy, ale jeśli buty lub torebka – to tylko skórzane, bo potrafią przetrwać lata i nawet lekko „znoszone” wciąż wyglądają z klasą.

      I po czwarte – drobne dodatki (biżuteria, paski) – tu sobie folguję! Mogą być i zwierzęce motywy i ogromne klipsy vintage z lat 80-tych. Jeśli cały strój jest stonowany i niewzorzysty takie wyraziste dodatki nie rażą, a stają się interesującym akcentem pokazującym otoczeniu, że jednak nie taka ze mnie sztywniara 🙂

      Tak więc powolutku, krok po kroku analizuj i ograniczaj to, co posiadasz w szafie i to, co kupujesz. Jeśli naprawdę szkoda Ci czegoś wyrzucać – odłóż do pudła i schowaj głęboko. Ja czasem oddaję też rzeczy koleżankom, którym akurat przypadły do gustu – wtedy już wiesz, że nie masz drogi odwrotu, bo głupio ci poprosić o oddanie czegoś z powrotem 🙂

      Życzę powodzenia i cierpliwości!
      Pozdrawiam

    • kama pisze:

      Od kiedy okazuje się, że tak naprawdę noszę ciągle te same kilka rzeczy (ulubiona biała koszula, ukochane bluzki-nietoperze, ulubione spodnie itp.) dochodzi do mnie, że po pierwsze wcale nie muszę mieć dużo, by doskonale wiedzieć, co mam założyć, a po drugie – nawet jeśli mam dużo, to tylko dla mnie gorzej, bo nie pamiętam co mam, co z czym łączyć.
      Jestem na etapie trzeciego wietrzenia szafy. Wciąż zdarzają mi się błędy, ale przede wszystkim, co dla mnie jest najważniejsze, przestałam po bardzo długim czasie kogokolwiek kopiować, by poczuć się dobrze. Odkrywam siebie. Mam miejsce na oddech, inspirację i szukanie tego, co naprawdę mi się podoba 🙂
      @Minimalplan – zaglądam tu często, świetny blog, bardzo podoba mi się, jak piszesz i jak ciekawie potrafisz zaprezentować ideę i to, co sama o niej myślisz 🙂 Pozdrawiam ciepło!

  5. utrapienie pisze:

    Jestem neofitką minimalizmu stąd Twój blog pozwala mi na ominięcie wielu błędów 😉 Na szczęście, jestem w wieku,w którym nauczyłam się już, że czasami lepiej się uczyć na cudzych błędach niż popełniać je samemu 😉 Wprawdzie w mojej szafie nadal jest trochę H&M, trochę Promody, ale nie od razu Rzym zbudowano.

    Natomiast to z czym się cały czas szamoczę, to swoisty dr Jekyll i Mr Hyde mojego życia. Mam pracę, która wymaga posiadania pewnego wizerunku: najczęściej marynarki i butów na obcasie, a ja uwielbiam trampki i luźny, sportowy styl. Mogłabym bez końca nosić outdoorowe ciuchy, które na moje szczęście, coraz częściej posiadają wersję casual (w ciuchach outdorowych jestem przykładem minimalizmu, ich cena i jakość sprawia, że na prawdę potrzebuję 5- 7 ciuszków i mogę w nich chodzić na okrągło).

    Zestawienie ich to mój największy problem. Staram się do bojówek założyć marynarkę, ale dylematy nadal pozostają… A głównie ten z nich, że ja się nie czuję w takim zestawieniu dobrze, ale jest obecnie jedyna możliwa dla mnie do zaakceptowania forma kompromisu.

  6. B. pisze:

    Ooo już się nie mogę doczekać w takim razie wpisów związanych ze stylem french chic :p Może na wyrost czasem staramy się być w czymś dobrzy jak się juz za to bierzemy, stąd się biorą później te błędy, błędziki, ale przeciez po to się żyje, żeby odnosić porażki aż w końcu przyjdzie upragniony sukces!
    Mnie czeka jeszcze bardzo długa droga, brnięcie przez dylematy studenckiego życia. Ostatnio zajrzałam do szafy mojej młodszej siostry, chciałam coś chyba pożyczyć ( czego z resztą nienawidzi i robi III wojna światową). Byłam w lekkim szoku jaką gigantyczną ilość ciuchów może mieć 19latka, później przypomniałam sobie, że jestem przecież tylko 3 lata starsza o troszkę innej kondycji finansowej. Najpierw troszkę ogarnęła mnie zazdrość, bo ” o kurde fajne i miłe w dotyku te wszystkie swetry, można przebierać w kolorach” – a wszystkie z h&m, bershki, pare z zary, pojedyncze sztuki z mango , później ” cholera skąd ta młoda wytrzasnęła te bladoniebieskie koszule, wyglądają na mocne – o shit h&m” „jaka przepiękna prosta torba, cholera znowu new look” I tak w kółko. Kilka pudełek z akcesoriami we wszystkich kolorach tęczy, magazynowane na jednej półce czarne rurki aż wołały do mnie – głupia jesteś, że nie skusiłaś się na nas na przecenie, teraz marudzisz, że nie masz w czym chodzić. I tak siedziałam i biedowałam nad sobą, aż zauważyłam moją starą hippie tuniką na wieszaku, pięknie również odwieszony beżowy cardigan i jeansowy bezrękawnik ,który sama pocięłam i stuningowałam jak miałam może z 15 lat. I ona w tym wszystkim chodzi!
    Co nie przeszkadza jej wydawać kroci na ubrania w sieciówkach. Z troską patrze na to, bo widzę w niej potencjał i wiele z siebie samej ( zabrzmiało narcystycznie sorki ), ale też jakaś pyci pyci cząstka mnie tęskni za beztroską, gdy nie myślałam o wszystkich wydatkach, jakości, nie chciałam zbawić całego świata, nie popadałam często w skrajność w wybieraniu ekologicznych i ekonomicznych produktów. Wierzę, jednak, że to tylko faza przejściowa i w końcu osiągnę równowagę, tak by koniec w końców mieć ZAWSZE się w co ubrać – czy to możliwe w ogóle dla kobiety, choćby miała cały vintage store dla siebie? I co najważniejsze i tak nie wróciłabym do tej beztroski, bo to był po prostu błogi stan niewiedzy, który musiał się skończyć a ja zrobiłam tyle zmian w swoim postrzeganiu zakupów, że mam i tak o wiele więcej czasu i pieniędzy niż gdybym była zakupoholiczką jak kiedyś. I może kiedyś uda mi się przekonać młodą, że kolekcja conscious h&m wcale taka świadoma nie jest i ,że to po prostu sprytny greenwashing operując śmiesznym na wszystko fachowym słownictwem. Jak na razie moje próby skwitowała krótkim ” mam to gdzieś ” ” a swetra Ci tym bardziej nie pożyczę” :p
    W każdym razie cieszę się z jak zwykle genialnego posta i pozdrawiam !

  7. KINGA pisze:

    Ale skoro nie sieciówki (które jak wiadomo są złem) to gdzie tak naprawdę można się dobrze ubrać? Oprócz wpomnianego przez Ciebie Net-A-Porter..

  8. W_88 pisze:

    Czy możecie mi powiedzieć ,gdzie zaopatrujecie się w te słynne „porządne” ubrania? Bo ja zwykle im więcej wydaję ,tym większe rozczarowanie przynosi mi zakupiona rzecz.

  9. Kamiljada pisze:

    Ja lubię Benettona…

  10. Verónica pisze:

    szczerze?
    nigdy nie miałam aspiracji do bycia taką minimalistką, co cały stan posiadania mieści w 1 walizce,
    albo której do przeprowadzki wystarczy bagażnik fiata 126 p vel. malucha.

    zawsze dążyłam jednak w kierunku jakiejś rozwagi, nie liczyłam skarpetek,
    i nie wyrzuciłam deski do prasowania ( jak to niektórzy uczynili byli).

    aczkolwiek: ubraniowo- jest u mnie dość kolorowo, ale mniej niż kiedyś. mniej wzorów i mniej dziwnych misz-maszów- ale czuję się w tym lepiej niż kiedykolwiek wcześniej,
    i jest mi znacznie wygodniej z taką uproszczoną szafą.
    w h&m i tak wcześniej rzadko bywałam- byłam niedawno po mniej więcej półrocznej przerwie w poszukiwaniu etui na telefon z motywem pandy 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: