Monthly Archives: Maj 2013

W zdrowym ciele

Wiosna. Dookoła słychać rozmowy o odchudzaniu, uprawianiu sportów. Jakiś rok temu modna była dieta Dukana. Osoby ją stosujące można było poznać na odległość, nie tylko dlatego, że nie ruszały się nigdzie bez plastikowych pojemników z zestawami na dany dzień, ale też z powodu wyjątkowo mizernego wyglądu. To nie były sylwetki i twarze tryskające zdrowiem, o nie. Raczej ludzie, na widok których chciało się współczująco zapytać: „Co ci jest?” , bo sprawiali wrażenie poważnie chorych.

Teraz nie wiem, co jest modne. Chyba wizyta u dietetyków (to już znacznie lepiej, przynajmniej chudnie się pod fachową kontrolą). I bieganie. W „Rzeczpospolitej” niedawno tekst o bieganiu – od biznesowej strony. Ile musi zainwestować osoba, która chce na poważnie uprawiać ten sport. Wynika z niego, że 2 tys. zł to minimum na dobry początek. Kupujemy więc sprzęt, ubrania. Ilu wytrzyma dłużej niż miesiąc?

Fragment jednej z rozmów: „No i spróbowałam się przejechać tym rowerem Veturilo. Nawet fajne, tylko ten koszyk na kierownicy zasłaniał mi drogę.  Ale na codzień chyba nie dałabym tak rady. To jest dobre, jak gdzieś musisz jechać metrem, , bo byłby problem z parkowaniem, a potem nie chce ci się iść”. Mówi to osoba, która codziennie jeździ do pracy autem, a narzekania na wprowadzenie strefy parkingowej w okolicy i brak wolnych miejsc łączą się z lamentem, że ” nie ma czasu chodzić na siłkę”. Od domu do pracy dzieli ją mniej więcej 20 minut jazdy rowerem (a przez większą część trasy ma ścieżki rowerowe, szczęściara!) lub 10 minut komunikacją miejską.

Też byłam szczęściarą. Mniej więcej do dwudziestego trzeciego roku życia – chudziutka, o chłopięcej sylwetce, z dobrą przemianą materii. Mogłam zjeść dziennie oprócz śniadania  i kolacji dwa obiady i trzy drożdżówki na podwieczorek i nic. I nagle, kilka lat później, kiedy zmieniłam pracę i zaczęłam spędzać większość dnia za biurkiem, pewnego dnia z przerażeniem odkryłam, że coś jednak się w moim wyglądzie zmieniło. Przybyło mi kilka kilogramów, wyrosły boczki. Zupełnie niezauważalnie. Nie podobało mi się to, co zauważyłam pewnego dnia na zdjęciu, a więc trzeba było coś z tym zrobić. Przypomniało mi się, jak jeden ze znajomych, wtedy trochę po czterdziestce, zauważył u siebie podobne zapuszczenie i wziął się ostro do dzieła. Rezultat był co najmniej przyjemny, czterdziestopięciolatek wyglądał na wysportowanego trzydziestoparolatka. Zastosowałam więc jego patent:

– Zasada „jedz połowę” – w ciągu dnia nie głodziłam się, tylko jadłam to samo, co zwykle, ale w mniejszych porcjach i pilnowałam, żeby jeść pełnowartościowo i zdrowo, na ile się da: więcej warzyw, owoców, żadnych czipsów i innych przegryzek, pakowanej, wysokoprzetworzonej żywności.

– zero słodyczy na codzień, ale żeby się nie katować, raz na półtora albo dwa tygodnie pozwalałam sobie na słodką nagrodę,

– regularne picie wody mineralnej niegazowanej albo wody oligoceńskiej z cytryną, przynajmniej 1,5-2 litra dziennie, do tego piłam też sporo zielonej herbaty, czarna kawa raz dziennie, przestałam dodawać mleko do kawy i doceniłam smak dobrego espresso

– niejedzenie niczego po godz. 20, ewentualnie mała przegryzka – banan, jabłko

– dużo systematycznego, codziennego ruchu. Zaczęłam chodzić na piechotę do pracy (mniej więcej pół godziny szybkiego marszu) tam i z powrotem i w ogóle chodzić, gdzie się da. Na zmianę z jazdą rowerem. Wróciłam też na jogę – minimum raz w tygodniu (znajomy, o którym wspominałam, zamiast jogi chodził grać w tenisa).

I tyle.

Zbicie nadprogramowych ośmiu kilogramów i ustabilizowanie wagi zajęło mi niecały rok. Koszt – zero złotych, nie licząc  karnetu na jogę – ok. 120 zł miesięcznie, ale przypuszczam, że i bez niej można by osiągnąć ten efekt. Mam jednak na uwadze, że po trzydziestce muszę się pilnować, bo przemiana materii spowolniła, i jeśli znów „dam sobie na luz”, niewiele mi pomoże. Więc większość wymienionych nawyków uskuteczniam nadal.

Może trzeba to opisać na kilkudziesięciu stronach i wydać poradnik „jak schudnąć i się nie rozchorować”. Obawiam się jednak, że byłoby trudno znaleźć wydawcę – nazbyt proste i niskokosztowe rozwiązania są traktowane podejrzanie. Zresztą o czym tu pisać, jeśli wszystko na dobrą sprawę zawiera się w haśle złożonym z dwóch liter  – „ŻP”, jak mówią niektórzy (bardziej elegancko – jedz połowę) , do którego dołożyłabym jeszcze jedno:  „systematycznie się ruszaj”?

Otagowane , , ,

Oh la la – cz. 3

Ciekawym zabiegiem zastosowanym przez autorki „Paris Street Style” jest zestawienie kilku modowych mitów. A oto one:

Wysokie obcasy zawsze są kobiece. (Świadomie nie piszę „seksowne”, bo mam poczucie, że to słowo mocno się zdegradowało i zwulgaryzowało, kojarząc raczej ze stylem a la Doda niż Marion Cotillard). Otóż nie są, jeśli wykonano je z taniej imitacji skóry, jeśli są niezadbane, łuszczące się w okolicach obcasów, za ciasne i widać wylewające się z nich stopy, nie umiemy na nich odpowiednio chodzić – jednym z bardziej przykrych widoków są dziewczyny na obcasach uginające podczas chodzenia nogi w kolanach jak bocian, jakby mimo podwyższenia się chciały wydać się mniejsze (hm?) Równie kobieco można wyglądać w balerinach, o czym przekonywała również Ines de Fressange. Ale, ale:

Baleriny pasują do wszystkiego – to też mit. Na pewno nie pasują do długich, sięgających do ziemi spódnic, najlepiej wyglądają ze spodniami rurkami, spodniami typu marchewka i krótszymi spódnicami. W takich do połowy łydki zestawionych z balerinami możemy wyglądać „ciotkowato”, jeśli nie mamy odpowiednio długich i szczupłych nóg. Warto wystrzegać się balerin z plastiku, w ogóle butów z plastiku – fuj! – i dobierać takie, które nie są zbyt zabudowane z przodu, bo efekt „ciotkowaty” też mamy zapewniony jak w banku.

Skoro już o spodniach a a marchewka mowa, nie są przeznaczone wyłącznie dla osób szczupłych, jak głosi kolejny z mitów. Wręcz przeciwnie, ich krój wysmukla biodra i pozwala ukryć za duże pośladki – pod warunkiem, że wybierzemy model dobrze dopasowany w pasie, z dobrej jakości materiału, i będziemy go nosić blisko ciała.

Wzór w panterkę jest wulgarny. Owszem, jeśli jest nadrukowany na lichej albo znoszonej tkaninie, lub też przebierzemy się za dzikiego kota od stóp do głów – torebka, buty, bluzka… (niby oczywistość, a jednak od czasu do czasu widuję takie zjawisko). Pantofle albo torebka w kocie cętki dodają pieprzu stonowanym zestawom, zresztą sam płaszcz albo sukienka w panterkę też może wyglądać elegancko, pod warunkiem, że są dobrze uszyte i z wysokogatunkowych materiałów (mantra….) a reszta stroju  jest jednobarwna, najlepiej ciemna.

Push-up to prawdziwe wybawienie dla kobiet z mniejszym biustem. Owszem, ale to nie usprawiedliwia noszenia tego wynalazku latem do prześwitujących bluzek – wygląda się wówczas mocno nienaturalnie.

Obalonych mitów jest jeszcze kilka, nie będę przytaczać wszystkich, żeby nie streszczać tu książki. Zdaję sobie sprawę, że dla jednych zawarte w niej wskazówki będą oczywiste, dla innych odkrywcze. Dla zainteresowanych tą tematyką jest jednak całkiem przyzwoitym elementarzem na początek. Gdybym wśród wszystkich mądrości „paryskiego” czy też „francuskiego” stylu sama miała wybrać trzy najważniejsze, stuprocentowo  trafne, brzmiałyby tak:

– Sto razy bardziej ważne niż to, co mamy na sobie, jest to, na czym te rzeczy pokazujemy. Czyli najpierw trzeba zadbać o siebie, nie żałować na to czasu i środków. Dużo się ruszać, dbać o cerę, nie jeść byle czego i byle jak, regularnie odwiedzać dentystę i fryzjera, mieć sprawdzone kosmetyki i zabiegi pielęgnacyjne, a jeśli mamy z tym kłopot, spytać o radę kogoś życzliwego, kto doradzi nam, co powinnyśmy zmienić.

– Poznać siebie, wiedzieć, jaki się ma typ sylwetki, w czym wyglądamy dobrze, jakie kolory nam pasują – i wzmacniać ubraniem nasze atuty, a maskować wady. Niby takie proste – czemu tyle osób ma z tym problem?

– Jeśli w coś inwestować, to w podstawowe elementy garderoby, używane najczęściej, które mogą służyć jako baza do różnych kombinacji z dodatkami. Pewniaki, które da się zestawiać ze sobą na wiele sposobów i dzięki którym nie będziemy stawać przed wypchaną szafą z okrzykiem: „Nie mam się w co ubrać!” Nie warto żałować na ubrania wierzchnie (płaszcz z wełny, klasyczny trencz – w naszym klimacie pokazujemy się w nich ludziom przez co najmniej połowę roku), buty, przynajmniej jedną wysokogatunkową torebkę, klasyczny czarny żakiet.

– Inwestycja w klasyczną bazę nie oznacza, że trzeba wyglądać jak poważna urzędniczka w kostiumie. Reszta to kwestia „spersonalizowania” tych rzeczy, sprawienia, że będą wyglądać niepowtarzalnie dlatego, że leżą na nas, a nie sprowadzenie siebie do roli manekina. To może być sposób ich noszenia – podwijanie rękawów, podnoszenie kołnierza, albo bawienie się dodatkami, np. wykorzystanie apaszki jako bransolety na rękę czy męskiego krawata jako pasek. Do zabawy modą potrzebna jest inwencja, a nie gruby portfel i kupowanie coraz to nowych ubrań, które po jednorazowym występie będą zalegać na półkach.

Wspomniałam już, że sporym atutem książki są przeplatające część „poradnikową” rozmowy. Najciekawsze w kontekście wcześniejszych rozważań na tym blogu wydaje się to, co mówi Sandrine Valter, twórczyni marki Aesche, dlatego pozwolę sobie zacytować sporą część jej wypowiedzi. Pytana o to, czym jest dla niej piękna tkanina, odpowiada, że wyczuwa się ją od razu, w dotyku –  przede wszystkim materiał powinien dawać wrażenie miękkości. Kolejnym testem jest lektura informacji na metce. Materiały z naturalnych włókien, jak bawełna, jedwab, wełna, czy wiskoza, której niektórzy niesłusznie się obawiają – pochodzi bowiem z przetworzonej celulozy, czyli składnika jak najbardziej naturalnego – są bardziej polecane niż wszelkie syntetyki. Jednak bawełna bawełnie nierówna. Niektóre ubrania pochodzą z włókien niższej kategorii, inne z bawełny wysokogatunkowej – przypominają w dotyku jedwab, a ich cena, niestety, też jest do niego zbliżona. Z kolei jakość wełnianego płaszcza albo kaszmirowego swetra najlepiej zweryfikować pocierając o siebie dwa kawałki materiału. Jeśli zaczynają się mechacić, to zły znak, świadczący o tym, że metka niekoniecznie mówi nam stuprocentową prawdę.

Valter podkreśla, że syntetyki nie zawsze oznaczają samo zło. Tak jest, jeśli ubranie wykonano w 100 procentach z syntetycznych włókien, wtedy materiał decyduje o jego kształcie. Przyklejająca się do ciała i elektryzująca (ale nie wyglądem) sukienka z poliestru do najpiękniejszych widoków nie należy… Co innego ich domieszki – na przykład dodatek syntetyków do jedwabiu zapobiega jego „spalaniu się” pod wpływem światła i przedłuża jedwabnym wyrobom życie.  Stuprocentowo wełniane tkaniny, wliczając w to kaszmir, prędzej czy później zaczynają się mechacić i nie ma na to rady – tymczasem niewielki udział poliestru czy akrylu temu  zapobiega  i pozwala na upranie wełnianych wyrobów w pralce. Ważne tylko, by udział sztucznych włókien w składzie materiału nie przekraczał 5 procent.

Jeśli zaś chcemy się przekonać o jakości wykonania, obróćmy ubranie na drugą stronę. Dobry znak to podszewka wykończona równie starannie jak zewnętrzna strona potencjalnego nabytku. Dobrze przyjrzeć się punktom zszycia dwóch kawałków materiału, zwłaszcza w przypadku tkanin w paski czy inne wzory: od razu widać, czy nie załamują się, tylko biegną równo dalej. Jeśli podszewka nie jest ze sztucznych włókien, tylko np. jedwabiu – tym lepiej, bo wygląda po prostu ładniej. Warto przyjrzeć się (o czym już gdzieś wcześniej pisałam) przeszyciu brzegów i guzikom. Widok zwisających wokół nich nitek świadczy o tym, że przyszywano je hurtowo, mechanicznie – jak dotąd nie wynaleziono bowiem maszyny która byłaby zdolna wykonać tzw. zakrętkę (point d`arret). A to oznacza, że guziki prędzej czy później odpadną. Plastikowe są wytrzymalsze niż wykonane z masy perłowej czy szkła, ale znacznie mniej szykowne.

Nie warto sugerować się tym, jak dana część garderoby wygląda na wieszaku – podkreśla Valter. – Czasem zupełnie niepozorne ubrania ujawniają całą swoją klasę dopiero wtedy, gdy je założymy. Nawet jeśli nazwisko głównego projektanta wydaje się gwarantować jakość, może się zdarzyć że techniczni projektanci lub pracownicy wzorcowni są przeciętni w swoim fachu i efekt nie będzie zadowalający. Na przykład – jeśli ubranie projektowane jest komputerowo, co dziś często się zdarza – dół sukienki będzie wisieć, a nie współgrać z kobiecą figurą, co można osiągnąć, gdy pracuje się z prawdziwą modelką, ewentualnie w trójwymiarze.

Co symptomatyczne, z wypowiedzi wszystkich odpytanych przez autorki książki osób wynika, że wysoka jakość w przemyśle odzieżowym to dziś już praktycznie przeszłość, dbają o nią nieliczni. Marion Lalanne i Pierre-Alexis Hermet, twórcy IRM Design, przyznają, że nawet we Francji, uchodzącej obok Włoch za ostoję tradycyjnego europejskiego rzemiosła, coraz więcej fabryk znika z rynku, a te, które na nim jeszcze działają, nie są skore do przyjmowania niewielkich zamówień od niszowych producentów. „Made in France” to więc jeszcze jeden modowy mit.

Otagowane , , , , , , ,