Monthly Archives: Lipiec 2013

Pseudo luksus

Musiałam wczoraj przejść przez pewne centralnie położone centrum handlowe, a na skróty droga ma wiodła przez sklep o holenderskiej nazwie, skupiający ubrania różnych marek ze średniej i wyższej półki. Sezon wyprzedaży w pełni, na wieszakach kłębiła się kakofonia kolorów i fasonów. Jak w  lepszym ciuchlandzie vel używańcu (podoba mi się ta niedawno zasłyszana nazwa), tyle że ceny na metkach znacznie wyższe. Nawet po obniżkach. Ubrań już jak wiadomo kupować nie chcę, ale może jakiś szal, apaszka, chusta na ten przykład, w dobrym gatunku się pomiędzy tym wszystkim trafi? No więc patrzę. Tommy Hilfiger – marka środka, poprawna, styl „preppy” – dla Amerykanów z dobrych domów, koszulki  kratkę, mokasyny, bluzeczki w paseczki, grant, czerwień, biel, nie wiedzieć czemu przez wielu Polaków uważana za górnopółkową. Chustek pełno wisi na wieszakach, przecenione o połowę – ze 179 złotych powiedzmy do 79.  Kolory obiecujące, intensywne. Najpierw macam – fuj, sto procent poliestru, gdzie indziej wiskoza, ale znajduję wreszcie chustę z bawełny, duża, fajna, da się udrapować jak trzeba. Już zadowolona mam maszerować do kasy, kiedy patrzę – coś się za mną ciągnie. To coś to nici, bo chusta, czerwona, zadrukowana w granatowe wzorki o z dyskretnym napisem „TH” z boczku (lepsza byłaby bez napisu, ale trudno) jest nieobszyta po bokach i pruje się jak nie przymierzając kawałek szmaty do mycia podłogi. Biorę kolejną, pasy granat-czerwień-biel, skład bawełna z lenem, całkiem przyzwoicie – to samo. Nici snują się jak w piosence o prząśniczkach. Chwila zastanowienia – nie. 79 zł za szmatę prującą się, choćby była w najładniejszym kolorze czerwieni? Nie dam. Może bym i dała, gdyby nie miała tego napisu „TH” z boku, który rzekomo gwarantuje, że to szmata o oczko wyżej plasująca się od szmat z Zary i H&M-u. Ale skoro państwu z firmy dumnie prezentującej swą nazwę na wyrobie nie chce się przyłożyć i wyceniają coś takiego w regularnej sprzedaży na 179 zł, to dla zasady należy ich zbojkotować. Dziękuję. Jeśli będę znów potrzebować ubrań, odłożę i szarpnę się na sprawdzony Toast albo i to nieszczęsne A.P.C. (ostatnio na markę sypią się gromy za absurdalną nieco współpracę z Kanye Westem, bo przeciętny biały podkoszulek z zupełnie niewidocznym logo wyceniła sobie na 79 euro), ale przynajmniej wiem, że trzyma poziom i dostanę ubranie, które przetrwa co najmniej kilka ładnych lat, a nie spruty kawałek bawełny.

11797414

Czytam właśnie „Overdressed. The Shockingly  High Cost off Cheap Fashion” Elizabeth L. Cline (ci, którzy zapoznali się już z opisywaną tu „To Die For” Lucy Siegle mogą potraktować tę książkę jako suplement) i dowiaduję się, że centrum dystrybucyjne Armii Zbawienia na nowojorskim Brooklynie przyjmuje dziennie pięć ton ubrań, które już znudziły się właścicielom. Każdego dnia. Niektóre z nich mają wciąż nieodczepione metki. Spośród tej masy pracownicy wyłuskują 11,2 tys. sztuk, by rozdzielić je po równo między osiem „używańców” obsługiwanych przez centrum. Tylko Amerykanie wyrzucają rocznie 12,7 milionów ton ubrań (dane Environmental Protection Agency), z czego zaledwie 1,6 milionów ton może zostać wykorzystanych ponownie lub przerobionych. I jeszcze: mniej niż 20 procent  ciuchów, które trafiają do organizacji charytatywnych w rodzaju Armii Zbawienia, sprzedaje się za pośrednictwem współpracujących z nimi second-handów. Połowa z nich nawet tam nie dojeżdża, od razu zasilając kontenery z odpadami. Głównym powodem jest słaba jakość – ubrania nie nadają się do powtórnego wykorzystania w swojej dotychczasowej funkcji, można jedynie odzyskać z nich włókna i użyć ich do produkcji dywanów czy w przemyśle budowlanym. 30 procent tych ciuchów sprzedawanych jest za grosze wytwórcom ścierek i szmat. Od takich danych może się odniechcieć odzieżowych zakupów nie mniej niż po wizycie w sklepie Van Graaf w czasie letniej wyprzedaży.

Finał opowieści zaś jest taki, że wróciłam do domu i zajrzawszy do szuflady, odnalazłam tam całą masę znacznie ciekawszych, a zapomnianych szali i apaszek. Na przykład taki Lanvin upolowany kiedyś okazyjnie na Etsy, z prawdziwego jedwabiu – o zakupie podobnego w Van Graafie mogłabym tylko marzyć, i nie chodzi o metkę. Po prostu, przemierzywszy parter i piętro już wyłącznie w celach porównawczych, nie odnalazłam ani jednej apaszkochustki z tego materiału. Bawełna i len to rzadkość, króluje poliester i wiskoza, i nawet mając świadomość, że ta ostatnia nie jest czystym syntetykiem, to jakoś przykro się robi. A Polacy niech dalej wierzą, że Tommy Hilfiger jest marką „lepszą”, podobnie jak przywoływane już tutaj kiedyś Massimo Dutti.

Otagowane , , , , , ,

Zimny wychów po francusku

Zdarzyło mi się pisać ostatnio o ogarniającej świat, w tym również Polskę, frankofilii, i już po oddaniu tekstu zauważyłam, że co najmniej trzy książki, o których wspominałam i tutaj, ukazały się właśnie w polskim tłumaczeniu. A ponadto pojawiła się jeszcze jedna, o której istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia, może dlatego, że zgodnie z uskutecznianą coraz częściej przez księgarnie „empikową” logiką wylądowała w dziale poświęconym problemom macierzyństwa,  gdzie jako osoba nie posiadająca dzieci z reguły nie zaglądam. Tymczasem „W Paryżu dzieci nie grymaszą” (Wydawnictwo Literackie),   autorstwa Pameli Druckermann, dziennikarki  The Wall Street Journal” i „New York Timesa”, to lektura wcale nie przeznaczona wyłącznie dla mam, choć im z pewnością najbardziej może dać do myślenia. Bardziej pasowałaby do sekcji „styl życia”.

pamela-druckerman-w-paryzu-dzieci-nie-grymasza-bringing-up-bebe-cover-okladka

Nie chciałabym zbytnio wymądrzać się w kwestii wychowywania najmłodszych, bo wiedzę o niej czerpię głównie z drugiej ręki, jednak mam wrażenie, że odkąd wyszliśmy z czasów PRL-u i początków transformacji, czyli tak mniej więcej od dziesięciu lat, w ramach odcinania się grubą kreską od wszystkiego, co dominowało w poprzedniej epoce,  odcięto się również od dotychczasowego modelu wychowania, propagowanego wtedy przez większość podręczników i określanego jako „zimny wychów”. Świadomi rodzice, traktujący swoje zadanie z właściwą mu powagą, przyjęli podejście przeciwne: by potomek miał jak najradośniejsze i możliwie beztroskie dzieciństwo, należy oddać się dziecku bez reszty. Zadbać o maksymalny komfort, obrzucić górą zabawek, i być na każde zawołanie, bo nic tak nie szczepi człowieka jak bezwarunkowa akceptacja. Spełniać zachcianki, rozpieszczać, zapewnić maksymalne bezpieczeństwo, żadnego tam biegania z kluczem na szyi, broń Boże żłobek, żywność tylko wyselekcjonowana i ekologiczna. Spanie w łóżku z rodzicami. Bo przecież macierzyństwo to święty czas w życiu młodego człowieka i trzeba być matką bez serca, żeby myśleć wtedy o sobie. Moda na zapewnienie kolejnej generacji iście królewskiego dzieciństwa opanowała młodych, wykształconych, z miast, którzy akurat po raz pierwszy doczekali się potomstwa,  na podobnej zasadzie, jak moda na francuskie piekarnio-kawiarnie czy targi śniadaniowe opanowuje właśnie wielkomiejskie ulice.

Książka pokazuje, że każde ekstremum, także i to, może być niezdrowe, oraz przeciwstawia mu sposób, w jaki traktują dzieci Francuzki. Dla nich dzieci to mali dorośli. Muszą umieć się zachować, znać swoje prawa i obowiązki i respektować również potrzeby rodziców. Jeśli jest się konsekwentnym w egzekwowaniu tych zasad, uczą się ich zaskakująco szybko i wiele rozumieją. Dotyczy to choćby koszmaru wszystkich matek, jakim są próby nauczenia niemowląt, by nie zarywały rodzicom nocy wrzaskiem. Autorka książki początkowo zrywała się na każde zawołanie kilkumiesięcznej córki i nasłuchiwała, czy przypadkiem nie popłakuje. W efekcie chodziła niewyspana i zła, nie mówiąc o braku czasu dla siebie. Gdy zwierzyła się francuskim koleżankom, okazało się, że one radzą sobie z tym problemem inaczej. Po prostu pozwalają dziecku trochę się wykrzyczeć. Gdy zauważy, że rodzic od razu nie przybiega, po  kilku próbach uspokaja się i przyzwyczaja do przesypiania lwiej części nocy. Sposób zadziałał. Innym przykładem jest żywienie dzieci –  gdy już wyrastają z etapu butelki i smoczka, daje się im próbować po trochu wszystkiego, by od małego rozwijały zmysł smaku i gdy dorosną, mogły rozprawiać godzinami o różnicach między wodą perrier a vittel;)  To rozwiązuje problem grymaszenia i wpaja na całe życie wzorce kultury kulinarnej. Podobno. Być może ktoś z Was, mający dzieci, przetestował na nich podobne rozwiązania i może napisać, czy działają naprawdę?

Nie muszę chyba dodawać, że podejście Francuzek, dość zdroworozsądkowe, jest szokiem dla amerykańskiej autorki, która z ciekawości zaczyna testować francuski styl wychowania na własnych dzieciach – większość książek zaliczających się do sekcji „frankofilia” pisana jest właśnie z perspektywy Amerykanek. Mam wrażenie, że popularność książek zaglądających Francuzkom do garnków i szaf,  która miała swój początek właśnie w Stanach, to w jakimś sensie efekt fascynacji cierpiącej na przesyt konsumpcyjny Ameryki starą Europą – którą najlepiej zdaje się uosabiać właśnie Francja.  Ich zachwyty i odkrycia kwestiami dla Europejczyków dość oczywistymi (jak to, że po mieście można poruszać się nie tylko samochodem, a pieczywo kupować w piekarni, nie zaś w supermarkecie) bywają zabawne  i momentami irytujące,  gdy osobiste dygresje autorek ciągną się w nieskończoność. Druckermann zachowała jednak odpowiednie proporcje.

Francuzki – podkreśla – gdy zostają mamami, nie przestają być kobietami. Nie poświęcają się bez reszty dzieciom, nie wychowują ich bezstresowo. Nie znaczy to, oczywiście, że są matkami bez serca i zaniedbują swoje potomstwo, lecz  to ich potrzeby są na pierwszym planie, a dzieci od małego muszą dostosowywać się do reguł panujących w społeczeństwie. Zasady wpajane im wówczas procentują, gdy stają się dorosłe. Wszyscy znamy choćby regułę odroczonej przyjemności – badania pokazują, że ci, którzy nauczyli się cierpliwie czekać na gratyfikację, a nie zaspakajają każdej zachcianki od razu, potrafią lepiej koncentrować się na wyznaczonych celach i częściej osiągają sukcesy.

Oczywiście francuskim matkom łatwo cieszyć się życiem i myśleć o sobie,  skoro mają po swojej stronie tamtejszy znakomity system opieki socjalnej, włącznie z darmowymi zabiegami, które mają zapewnić im udane życie seksualne po porodzie (obcokrajowców może to nieźle szokować). To wszystko prawda. Ale podobnie – być może z konieczności – postępowała większość naszych mam w znacznie trudniejszych czasach, kiedy o bezstresowym wychowaniu, podobnie jak o jednorazowych pieluchach, nikt nad Wisłą nie słyszał. Na pozór egoistyczne podejście, ale jeśli założymy, że zadowolona matka równa się zadowolone dziecko, rezultat per saldo jest korzystny dla obu stron.   Może więc warto odczarować pejoratywne z gruntu określenie „zimny wychów” i zastąpić je jakże lepiej brzmiącym „francuskim wychowem”?

A tutaj – gdyby ktoś potrzebował więcej informacji – znalazłam rozmowę z autorką. Książce wróżę w Polsce sporą popularność.

Otagowane , , , , , ,