Zimny wychów po francusku

Zdarzyło mi się pisać ostatnio o ogarniającej świat, w tym również Polskę, frankofilii, i już po oddaniu tekstu zauważyłam, że co najmniej trzy książki, o których wspominałam i tutaj, ukazały się właśnie w polskim tłumaczeniu. A ponadto pojawiła się jeszcze jedna, o której istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia, może dlatego, że zgodnie z uskutecznianą coraz częściej przez księgarnie „empikową” logiką wylądowała w dziale poświęconym problemom macierzyństwa,  gdzie jako osoba nie posiadająca dzieci z reguły nie zaglądam. Tymczasem „W Paryżu dzieci nie grymaszą” (Wydawnictwo Literackie),   autorstwa Pameli Druckermann, dziennikarki  The Wall Street Journal” i „New York Timesa”, to lektura wcale nie przeznaczona wyłącznie dla mam, choć im z pewnością najbardziej może dać do myślenia. Bardziej pasowałaby do sekcji „styl życia”.

pamela-druckerman-w-paryzu-dzieci-nie-grymasza-bringing-up-bebe-cover-okladka

Nie chciałabym zbytnio wymądrzać się w kwestii wychowywania najmłodszych, bo wiedzę o niej czerpię głównie z drugiej ręki, jednak mam wrażenie, że odkąd wyszliśmy z czasów PRL-u i początków transformacji, czyli tak mniej więcej od dziesięciu lat, w ramach odcinania się grubą kreską od wszystkiego, co dominowało w poprzedniej epoce,  odcięto się również od dotychczasowego modelu wychowania, propagowanego wtedy przez większość podręczników i określanego jako „zimny wychów”. Świadomi rodzice, traktujący swoje zadanie z właściwą mu powagą, przyjęli podejście przeciwne: by potomek miał jak najradośniejsze i możliwie beztroskie dzieciństwo, należy oddać się dziecku bez reszty. Zadbać o maksymalny komfort, obrzucić górą zabawek, i być na każde zawołanie, bo nic tak nie szczepi człowieka jak bezwarunkowa akceptacja. Spełniać zachcianki, rozpieszczać, zapewnić maksymalne bezpieczeństwo, żadnego tam biegania z kluczem na szyi, broń Boże żłobek, żywność tylko wyselekcjonowana i ekologiczna. Spanie w łóżku z rodzicami. Bo przecież macierzyństwo to święty czas w życiu młodego człowieka i trzeba być matką bez serca, żeby myśleć wtedy o sobie. Moda na zapewnienie kolejnej generacji iście królewskiego dzieciństwa opanowała młodych, wykształconych, z miast, którzy akurat po raz pierwszy doczekali się potomstwa,  na podobnej zasadzie, jak moda na francuskie piekarnio-kawiarnie czy targi śniadaniowe opanowuje właśnie wielkomiejskie ulice.

Książka pokazuje, że każde ekstremum, także i to, może być niezdrowe, oraz przeciwstawia mu sposób, w jaki traktują dzieci Francuzki. Dla nich dzieci to mali dorośli. Muszą umieć się zachować, znać swoje prawa i obowiązki i respektować również potrzeby rodziców. Jeśli jest się konsekwentnym w egzekwowaniu tych zasad, uczą się ich zaskakująco szybko i wiele rozumieją. Dotyczy to choćby koszmaru wszystkich matek, jakim są próby nauczenia niemowląt, by nie zarywały rodzicom nocy wrzaskiem. Autorka książki początkowo zrywała się na każde zawołanie kilkumiesięcznej córki i nasłuchiwała, czy przypadkiem nie popłakuje. W efekcie chodziła niewyspana i zła, nie mówiąc o braku czasu dla siebie. Gdy zwierzyła się francuskim koleżankom, okazało się, że one radzą sobie z tym problemem inaczej. Po prostu pozwalają dziecku trochę się wykrzyczeć. Gdy zauważy, że rodzic od razu nie przybiega, po  kilku próbach uspokaja się i przyzwyczaja do przesypiania lwiej części nocy. Sposób zadziałał. Innym przykładem jest żywienie dzieci –  gdy już wyrastają z etapu butelki i smoczka, daje się im próbować po trochu wszystkiego, by od małego rozwijały zmysł smaku i gdy dorosną, mogły rozprawiać godzinami o różnicach między wodą perrier a vittel;)  To rozwiązuje problem grymaszenia i wpaja na całe życie wzorce kultury kulinarnej. Podobno. Być może ktoś z Was, mający dzieci, przetestował na nich podobne rozwiązania i może napisać, czy działają naprawdę?

Nie muszę chyba dodawać, że podejście Francuzek, dość zdroworozsądkowe, jest szokiem dla amerykańskiej autorki, która z ciekawości zaczyna testować francuski styl wychowania na własnych dzieciach – większość książek zaliczających się do sekcji „frankofilia” pisana jest właśnie z perspektywy Amerykanek. Mam wrażenie, że popularność książek zaglądających Francuzkom do garnków i szaf,  która miała swój początek właśnie w Stanach, to w jakimś sensie efekt fascynacji cierpiącej na przesyt konsumpcyjny Ameryki starą Europą – którą najlepiej zdaje się uosabiać właśnie Francja.  Ich zachwyty i odkrycia kwestiami dla Europejczyków dość oczywistymi (jak to, że po mieście można poruszać się nie tylko samochodem, a pieczywo kupować w piekarni, nie zaś w supermarkecie) bywają zabawne  i momentami irytujące,  gdy osobiste dygresje autorek ciągną się w nieskończoność. Druckermann zachowała jednak odpowiednie proporcje.

Francuzki – podkreśla – gdy zostają mamami, nie przestają być kobietami. Nie poświęcają się bez reszty dzieciom, nie wychowują ich bezstresowo. Nie znaczy to, oczywiście, że są matkami bez serca i zaniedbują swoje potomstwo, lecz  to ich potrzeby są na pierwszym planie, a dzieci od małego muszą dostosowywać się do reguł panujących w społeczeństwie. Zasady wpajane im wówczas procentują, gdy stają się dorosłe. Wszyscy znamy choćby regułę odroczonej przyjemności – badania pokazują, że ci, którzy nauczyli się cierpliwie czekać na gratyfikację, a nie zaspakajają każdej zachcianki od razu, potrafią lepiej koncentrować się na wyznaczonych celach i częściej osiągają sukcesy.

Oczywiście francuskim matkom łatwo cieszyć się życiem i myśleć o sobie,  skoro mają po swojej stronie tamtejszy znakomity system opieki socjalnej, włącznie z darmowymi zabiegami, które mają zapewnić im udane życie seksualne po porodzie (obcokrajowców może to nieźle szokować). To wszystko prawda. Ale podobnie – być może z konieczności – postępowała większość naszych mam w znacznie trudniejszych czasach, kiedy o bezstresowym wychowaniu, podobnie jak o jednorazowych pieluchach, nikt nad Wisłą nie słyszał. Na pozór egoistyczne podejście, ale jeśli założymy, że zadowolona matka równa się zadowolone dziecko, rezultat per saldo jest korzystny dla obu stron.   Może więc warto odczarować pejoratywne z gruntu określenie „zimny wychów” i zastąpić je jakże lepiej brzmiącym „francuskim wychowem”?

A tutaj – gdyby ktoś potrzebował więcej informacji – znalazłam rozmowę z autorką. Książce wróżę w Polsce sporą popularność.

Reklamy
Otagowane , , , , , ,

20 thoughts on “Zimny wychów po francusku

  1. Ola pisze:

    Podoba mi sie:) nawet bardzo:) Smieszne sa dla mnie opowiesci o mlodych rodzicach, ktorzy biegaja wokol malego dziecka i odganiaja od niego komary;)

    • Po pierwsze Mama pisze:

      Latanie dookoła dziecka i odganianie komarów jest oczywiście głupie i śmieszne. Ale pozwalanie, żeby te komary (oj tam, oj tam, nie róbmy histerii, to tylko komar) dziecko żarły jest okrutne. Dziecko nie umie sobie samo z komarami poradzić, a cierpi po ugryzieniu, tak samo jak dorosły (ja na przykład cierpię bardzo) albo nawet bardziej (mój syn od razu puchnie).
      Pomiędzy histerią a pozbawionym wrażliwości olewackim stosunkiem jest jeszcze przecież miejsce na empatyczną i zdroworozsądkową reakcję – można użyć środka na komary 🙂

      • Ola pisze:

        Masz racje 🙂 Sama jeszcze mama nie jestem, wiec latwo mi sie wymadrzac;) To mial byc raczej przyklad (z komarami:)) ale chyba raczej nieudany:(

  2. Edith pisze:

    O jakich trzech innych książkach właśnie przetłumaczonych wspominasz w pierwszym akapicie?
    A co do rodzicielstwa, to wychowanie w bliskości wcale nie oznacza wychowania bezstresowego i poświęcania całego swojego życia dziecku. Nie trzeba zatem przeciwstawiać poświęcenia się dziecku bez reszty zimnemu/francuskiemu wychowowi. Jest jeszcze środkowa droga (moim zdaniem rodzicielstwo bliskości nią właśnie jest), a we Francji ma, z tego co wiem, bardzo wielu zwolenników. Wiele książek na ten temat przetłumaczono ostatnio na polski właśnie z francuskiego.
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    • minimalplan pisze:

      O „Lekcjach Madame Chic”, „Dlatego Francuzki są sexy” (swoją drogą – co za koszmarny tytuł, w oryginale brzmi „All You Need to Be Impossibly French”) oraz (chyba nieco wcześniej przetłumaczona) „Francuzki nie sypiają same”. Napiszę o nich w kolejnym odcinku.
      Zaznaczyłam, że wolę podchodzić do tematu ostrożnie, bo nie znam go z autopsji:) A jakie to książki? Zrewanżujesz się tytułami? 🙂 Również pozdrawiam!

      • Ulula pisze:

        Pewnie chodzi o Claude Didierjean-Jouveau i jej książki z serii o rodzicielstwie bloskości: http://www.mamania.pl/aktualnosci/do-polski-przyjezdza-claude-didierjean-jouveau,51. Bardzo ciekawa lektura, polecam!

      • Jicky pisze:

        Jestem bardzo ciekawa jak odebrałaś te książki. Dla mnie „Lekcje…” były nawet ciekawe chociaż miejscami zbyt poradnikowe w stylu amerykańskim. Zdecydowanie wolę lekki styl H. Frith-Powell i do tej książki wracałam już nie raz (przeczytałam ją po raz pierwszy jako „Two Lipsticks and a Lover”:-) A ta trzecia…Kupiłam, zaczęłam czytać w tramwaju i po raz pierwszy w życiu wyrzuciłam do kosza jak wysiadłam na przystanku. Dla mnie styl dość koszmarny, jakieś bardzo infantylne i powierzchowne refleksje….nie wiem jak jest z oryginałem, ale tego nie mogłam czytać.
        Z książek, o których pisałaś do tej pory, a które czytałam, najbardziej cenię Amandy Brooks „I love your style” – oby więcej takich się ukazywalo.
        Co do „W Paryżu dzieci…” to dla mnie był to z kolei balsam na udręczone poczuciem winy (że nie trafia do mnie ideologia – wszystko eko, spanie razem, karmienie piersią dwulatka – oczywiście upraszczam, że muszę/chcę wrócić do pracy po macierzyńskim itd.) serce kobiety tuż tuż przed porodem. Udręczone czytaniem forów dla ciężarnych i młodych matek (dlaczego ja się tak katowałam, nie mam pojęcia).
        Jeszcze jedno – nikt w tej książce nie propaguje „wypłakiwania się” – to nieporozumienie.
        Pozdrowienia!

      • minimalplan pisze:

        „Lekcje..” wciągnęły mnie bardzo, ale w oryginale. Ciekawa sprawa – jak kupiłam sobie polskie tłumaczenie to wydały mi się banalne…. Podobnie, a nawet gorzej z „French Women Don`t Sleep Alone” – banał, banał, banał dla Amerykanek, poza tym, gdyby ścisnąć konkretne porady zamieszczone w książce, byłoby jej raptem 30 stron. Chyba że to kwestia tłumacza? Frith-Powell aż się boję czytać po polsku i chyba tego sobie nie zrobię, zaś oryginał wspominam bardzo dobrze – to była pierwsza książka z serii frankofilskiej po „Parisian Style” de Fressange, po którą sięgnęłam, i oceniłam ją jako całkiem wartościową (podobało mi się, że to w zasadzie jest taki reportaż uczestniczący i autorka starała się dotrzeć do osób, które mogą coś sensownego o stylu Francuzek powiedzieć). Potem niestety podobną formułę zaczęły stosować inne Amerykanki piszące książki o Francuzkach. Paradoksalnie perspektywy czasu oprócz Frith-Powell najbardziej broni się moim zdaniem poczciwa Mireille Guiliano, dawno na polski przełożona….

      • Edith pisze:

        Ulula mnie wyprzedziła 🙂 O te właśnie książki chodziło.
        A Tobie za tytuły bardzo dziękuję 🙂

    • Ella pisze:

      Dokładnie tak. Większość osób widzi tylko dwa bieguny – dziecko zaniedbane albo rozpieszczone. Rodzicielstwo bliskości to zupełnie inna bajka. Dziękuję za ten komentarz, bo już się miałam rozpisać 🙂 Książkę przejrzałam w Empiku, ale jakoś odstręczyły mnie właśnie niektóre porady. Niestety dla niektórych samo słowo „francuskie ” będzie wystarczającym wabikiem 🙂

  3. Granda pisze:

    Podeszłabym do tej książki bardzo sceptycznie, skoro propaguje skompromitowany sposób pacyfikacji dzieci poprzez wypłakiwanie się. Smutne i szkodliwe praktyki.

  4. Nika pisze:

    Moje dzieci wychowane byly we Francji i po francusku. Nie nazwalabym tego zimnym wychowem, ale musze przyznac ze porownujac z ich polskimi kuzynami sa bardziej samodzielne i mniej podatne na dyktat mody i rowiesnikow. Nie mialam wyboru, bo pracowalam i musialam radzic sobie wspomagana ksiazkami pedagof-gow i psychologow.

    Z przerazeniem obserwuje polska tendencje rozpieszczania potomkow kosztem rodzicow. Rosnie nowe pokolenia roszczeniowcow, ktorzy beda oczekiwac ze spoleczenstwo i pracodawca powinni zachowywac sie jak rodzice, czyli podstawiac wszystko pod nos.
    Jeszcze pare lat i wszystko sie jakos zrownowazy, ale jest juz grupa ktorej nie chce sie za bardzo pracowac, bo przeciez rodzice wszystko zalatwia.

    Coz temat rzeka i na pewno kazdy moze o tym rozprawiac godzinami na bazie wlasnych doswiadczen.
    Co do ksiazek Amerykanek piszacych o Francji , to sa one tak naiwne i czesto wrecz splycone, ze czasem az sie prosi zeby jakas/jakis Europejczyk tez cos napisal 🙂

    Pozdrawiam Nika

    PS Ogromne wrazenie zrobila na mnie przed laty Ksiazka Cecile Lupan pt „Wszystkie dzieci sa zdolne” Nie wiem czy juz ja ktos na polski przetlumaczyl, ale jesli nie to polecam wszystkim rodzicom znajacym francuski. To nie zimny wychow lub jego przeciwienstwo, to po prostu inteligentne obcowanie z dzieckiem tak by wyrosl z niego ciekaw swiata mlody czlowiek

    http://livre.fnac.com/a201727/Cecile-B-Loupan-Tous-les-enfants-sont-doues

  5. klik-klak pisze:

    Nie polemizuję, ot refleksje.

    „Dla nich dzieci to mali dorośli” – fałsz i pułapka pierwsza. Pomijając już taki niuans, jak wielu dorosłych (metrykalnie) – między innymi (a niektórzy twierdzą, że głównie) z powodu niezaspokojonych dziecięcych potrzeb – wciąż nie dorosło i prezentują arsenał stricte dziecięcych trików na wyegzekwowanie od otoczenia swoich zachcianek, pragnień i spełnień. Są „dużymi dorosłymi” i nic więcej. Spektrum zachowań, stopień odpowiedzialności, konsekwencji, samoświadomości wciąż przecież na poziomie kilkulatka. Jakim koszmarem dla siebie i innych potrafią być, nie trzeba pisać. Te wszystkie Piotrusie Pany, Dzidzie-Pierniki, Nadąsane Pannice i Chłopcy-Demolki…

    Traktowanie i wymaganie od dzieci, by były małymi dorosłymi jest przerażające i zwyczajnie głupie. Po co nam dzieci, kiedy potrzebujemy li tylko zminiaturyzowaną wersję samych siebie? Co nas tak przeraża w dziecięcości i dziecięctwie, że za wszelką cenę i jak najszybciej pragniemy z dzieci zrobić Starych-Maleńkich?

    „…gdy zostają mamami, nie przestają być kobietami” – fałsz i pułapka druga.
    Jakby wszystkie inne (te, które nie są Francuzkami) z chwilą porodu, kobietami być przestają. „Urodziłaś dziecko, och, żegnaj bezpowrotnie utracona kobiecości.”
    Jak trzeba siebie nie kochać, by macierzyństwo postrzegać jako stratę, a nie -naddatek?
    Jak prymitywnie „bycie kobietą” trzeba postrzegać (przez pryzmat chodzenia do fryzjera i kosmetyczki, plastyki pochwy, zakupów i plotek z przyjaciółkami etc.), by stawiać je na pierwszym planie?

    Skoro już tak długo wyszło, to jeszcze post lekturowa konkluzja/e.

    Francuski przyjaciel ichniejszy styl wychowania i pożądaną „grzeczność” małych Francuzików skwitował lekko: „Och, one po prostu od małego żłopią wino!” Słynna zasada odroczonej przyjemności?

    A poważnie.
    Francuski wychów, amerykańskie bezstresowie, chińska pieśń tygrysicy czy matkopolkizm to tak naprawdę te same warianty rozpaczy za utraconą wolnością oraz to wszech-rodzicielskie pragnienie: „Bądź taki/taka jak ja, tylko lepszy/a”.
    Kolejna książka, która krzyczy: dzieci to dopust i zakała świata! Uciekaj! Jeśli jednak nie masz wyjścia rób tak, jak ja (tu: one, Francuzki), a ocalisz resztki wolności, złagodzisz udrękę i szybko wykopiesz je z gniazda.

    Jak zawsze, po lekturze czegokolwiek z segmentu „parenting”, nieutulone w głowie pytanie: po co kobiety sobie to robią?
    Po co ludzie mają dzieci?

    • minimalplan pisze:

      „Dla nich dzieci to mali dorośli” – o ile dobrze zrozumiałam, autorce chodzi raczej o założenie, że dzieci nie są bezrozumnymi istotami, z którymi można porozumiewać się jedynie przy pomocy „a gu gu”, tylko łapią, co się do nich mówi i obserwując zachowanie rodziców, wyciągają wnioski. Gdy traktuje się je poważnie, odwdzięczają się tym samym.
      Osobiście nie widzę nic złego w podejściu, by matka nie zapominała, że jest matką, ale też może być atrakcyjną i zadbaną kobietą. Jedno z drugim wcale się nie wyklucza („kochaj bliźniego jak siebie samego”, a więc siebie też, nieprawdaż?) Pytanie, czy to jest typowo francuskie – podobne nastawienie można znaleźć niezależnie od narodowości.
      Lecz jak pisałam, tematu nie znam póki co z autopsji. Trudno więc mi się mądrzyć, czy Druckerman ma rację, czy nie, bo to trzeba zweryfikować w praktyce. Nie każdemu jej podejście może się podobać,dla mnie większość tez brzmi całkiem rozsądnie, choć idealizowanie wszystkiego, co rzekomo wyłącznie made in France, traktuję z przymrużeniem oka. Zaś motywy posiadania dzieci pewnie są rozmaite, tak jak różni są ludzie…. Zresztą swoją drogą dobre pytanie. Nie każdy sobie je zadaje.

  6. Ania pisze:

    Wg mnie aktualnie rodzice nie przygotowują swoich pociech do radzenia sobie w życiu, rozpieszczanie powoduje, że dzieci mają coraz większe oczekiwania co do innych i brak spełniania ich zachcianek dodatkowo je frustruje, sfrustrowani są także rodzice, bo nie rozumieją dlaczego ich dzieci tak się zachowują, przecież dostali tyle miłości. Także następna moda o rodzicielstwie bliskości do mnie nie przemawia- widzę już tych dorosłych w wieku 30 i więcej lat, nie mogących się odkleić od rodziców, bojących się własnego cienia, stopieni mentalnie z rodzicami, (najczęściej z matką) – nie przemawia do mnie taka wizja. Nigdzie nie słyszę i tego mi najbardziej brak, że to rodzić jako ta najbliższa i najbezpieczniejsza osoba jest odpowiedzialna za przygotowanie dziecka do samodzielnego życia i radzenia sobie w nim. Dla mnie sposobem na to jest, stwarzanie przez rodziców kontrolowanych, trudnych sytuacji, ale pokonanie ich leży w możliwościach dziecka, po to aby nabywał wiary i mocy we własne możliwości i umiał polegać na sobie. Czemu nikt o tym nie pisze?

    • Ella pisze:

      Rozpieszczenie to ZUPEŁNIE co innego niż rodzicielstwo bliskości … nagminne mylenie pojęć. Nie wystarczy przeczytać trzech zdań, trzeba nieco się zagłębić, aby zrozumieć ideę. A stwarzanie trudnych sytuacji nieco mnie przeraziło – co konkretnie masz na myśli ?

  7. Po pierwsze Mama pisze:

    Bez urazy, ale pozwalanie dziecku się wykrzyczeć i wypłakać, to barbarzyństwo. Nigdy nie mogłam pojąć tej mody na samodzielne zasypianie niemowląt. I ten strach, że coś nam umknie, kiedy przez te kilka miesięcy oddamy się dziecku całkowicie. Ach, ten wspaniały świat kręci się bez nas, praca, spotkania towarzyskie, imprezy, a my jak te niewolnice z dziećmi w domu.
    Szkoda, że nie pamięta się zwykle o tym, że dzieciństwo naszych dzieci tak szybko mija i te chwile się nie wrócą. A tego pełnego oddania dzieci potrzebują relatywnie krótko, szybko dorastają, zaczynają odkrywać świat i już mama nie jest im niezbędna, ba, czasem nawet przeszkadza 😉
    Korzystajmy z tych ulotnych chwil, to se ne vrati. Dajmy naszym dzieciom bliskość i sami od niech tę bliskość bierzmy.
    A praca, ploteczki, imprezy i cały wielki świat nie uciekną. I przyjdzie czas na realizowanie swoich pasji (dla mnie przyszedł, gdy młodsze dziecko miało 2 lata), tylko trzeba trochę cierpliwie poczekać i zdać sobie sprawę z tego, co tak naprawdę jest wartościowe.

  8. Skrajna75 pisze:

    Ja się pod tym podpisze…Jestem przykładem przeterapeutyzowania i prania mózgu poprzez czytanie książek o „bezstresowym wychowaniu”….

    Skutek tego jest taki, że syn nie umie się sam bawić, jest przewrażliwiony, marudny, mruk w towarzystwie, a dodatkowo mąż raz w tygodniu wypomina mi że to przez moje podejście nie może mu teraz dać klapsa w dupę….

    ehh…

  9. Ania pisze:

    Bedac mama bardzo latwo rozpoznac, kiedy dziecko chce nam po prostu wejsc na glowe, a kiedy potrzebuje uwagi, bliskosci, milosci i pocieszenia. Nie potrzebne tu sa ksiazki i metody….nasze naturalne instynkty i intuicja zawsze pokazuja nam droge.

  10. Ida pisze:

    Zawsze zastanawiają mnie takie artykuły kobiet czy ludzi, którzy jeszcze nie mają potomstwa. Ja także wiele sobie obiecywałam, bo książkę nabyłam „W Paryżu dzieci nie grymaszą” przed urodzeniem synka i chciałam z jej rad dzielnie korzystać. Cóż, na dobrych chęciach się skończyło, chociaz moje dziecko ( ma teraz 16 miesięcy) zostaje w żłobku na trzy godziny i to nasz mały sukces, poza tym jest niesłychanie wymagającym dzieckiem, budzi mnie w nocy kilka razy i naprawdę żadna pauza tu nie pomoże i nie pomogła. Jesć mu się chcę dosłownie co półtorej godziny, bo jest małym łakomczuchem, taki jest. Zapomnij o czterech posiłkach dziennie. Nie wiem, mnie ta książka pomogła jedynie w kwesti żłobka, poza tym bardzo chce go nauczyć,(kiedy podrośnie) grzecznościowych zwrotów bo moje kuzynki tak wychowały dzieci że nie potrafią powiedzieć „dziękuję” ani „dzień dobry”. Jeszcze trochę przed nami ale moim zdaniem każde dziecko jest inne i trzeba uważać aby nie przesadzić z tym „cadre” i kierować się też matczyną intuicją. Gdzieś czytałam, ze Francuzi mają badzo luzny stosunek do rodziców, właściwie ich nie odwiedzają, nie są zbyt rodzinni. Ciekawe dlaczego tak jest?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: