Monthly Archives: Wrzesień 2013

Operacja na mózgu

Minęło już półtorej godziny, odkąd próbuję napisać ten tekst. I chociaż wiem, co chcę napisać, jakoś mi nie wychodzi. A to zajrzę na jeden z portali internetowych – tak natknęłam się na smutne wieści o Mrożku i zaczęłam czytać o nim, wędrując przez kolejne strony – a to, żeby się zrelaksować, wejdę na ulubione galerie Tumblr, a to sprawdzę pocztę – i tak dalej.

Jestem więc żywym potwierdzeniem tez, które  w książce „Płytki umysł. Jak Internet wpływa na nasz mózg” stawia Nicholas Carr. Tyle, że on ujmuje zjawisko na sposób naukowy, przedstawiając kolejne dowody na to, co zauważył chyba każdy z nas, trzydziesto- albo czterdziestolatków – kiedyś zagorzałych czytelników papierowych książek, robiących wiele odręcznych notatek i przyzwyczajonych do uczenia się na pamięć dłuższych tekstów, a dziś przedstawicieli społeczeństwa cyfrowego, nie rozstających się z Internetem w laptopach i komórkach. A mianowicie: że zaczynamy mieć kłopoty ze skupieniem uwagi, szybko się nudzimy, po paru minutach przeskakujemy z tematu na temat, bo odbiór tej samej treści przez dłuższą chwilę zwyczajnie nas męczy. Zdarza się, że czytamy po kilka książek na raz, otwierając je równolegle jak nowe okna w wyszukiwarce, i nie dajemy rady dobrnąć do końca żadnej z nich. Jeśli czytamy na Kindle, wpadamy przy okazji w jeszcze jedną pułapkę: ściągamy na czytnik masę tytułów, bo kupuje się je łatwiej niż ciężkie tradycyjne tomy, które potem zaczynają się pokrywać kurzem na wirtualnych półkach – bo pozorna łatwość gromadzenia wiedzy nie potrafi przykryć oczywistego faktu, że mało kto ma czas i możliwości, a przede wszystko cierpliwość, by się z tą obfitością zapoznać.

plytki-umysl-jak-internet-wplywa-na-nasz-mozg-o20878

To rozbieganie, rozproszenie uwagi, które zauważamy i za które często się strofujemy, ma jednak czysto biologiczny wymiar – i to właśnie jest najbardziej przerażającą informacją zawartą w książce. Otóż zmieniają się nie tylko nasze nawyki, zmienia się i nasz mózg, który jest narządem niesłychanie plastycznym – praktycznie przez całe życie neurony zrywają stare połączenia i tworzą nowe. Jest z nimi trochę tak, jak w obiegowej mądrości:  „narząd nieużywany ulega uwstecznieniu”. Upraszczając – w mózgu zachodzą różne reakcje chemiczne, które rejestrują i utrwalają w sieci neuronów nasze doświadczenia. Każde zadanie aktywuje inny zestaw neuronów, a jeśli się co jakiś czas powtarza, utrwala połączenia między nimi – tak na poziomie biologicznym tworzy się to, co określamy jako rozmaite nawyki (i dlatego tak trudno się ich pozbyć). Ale niestety proces działa też w drugą stronę – jeśli przestajemy dostarczać neuronom dotychczasowych bodźców, po pewnym czasie wspomniane połączenia słabną.

Co więcej – badania opisywane w książce wykazały, że każde czynności dokonywane przez nas aktywują i wzmacniają inne zestawy neuronów. Praca intelektualna w starym wymiarze – komponowanie długich zdań tekstu, czytanie książek ze zrozumieniem – wpływa na inne obszary w mózgu, niż przeglądanie stron internetowych czy esemesowanie. „W mózgu czytelników książek szczególnie aktywne okazują się obszary związane z językiem, pamięcią i przetwarzaniem bodźców wizualnych, w niewielkim zaś stopniu obszary przedczołowe, które uczestniczą w podejmowaniu decyzji i rozwiązywaniu problemów” – pisze Carr. Im częściej oddajemy się któremuś z tych trybów pracy, tym bardziej się na niego przestawiamy, a mózg zaczyna wykorzystywać nieużywane neurony i synapsy do tych działań, które „podsuwamy” mu jako pilniejsze i częściej wykonywane. Stąd kłopot, by wrócić łatwo na stare tory.

Przerażające, bo prowadzi do konkluzji, że im więcej czasu będziemy spędzać przed komputerami i innymi urządzeniami mobilnymi, czatując, śląc krótkie wiadomości tekstowe, wrzucając do sieci filmiki i przeglądając strony, tym szybciej możemy utracić zdolności ćwiczone w erze analogowej. Jedne i drugie mają oczywiście swoje plusy. Będzie nam łatwiej robić wiele czynności naraz niż komuś, kto nigdy nie nauczył się posługiwać Internetem, bo właśnie te cechy ulegną wzmocnieniu, ale z drugiej strony może nagle okazać się, że nie umiemy sklecić sensownie dłuższego zdania i pozapominaliśmy wszystkich mądrych rzeczy, których nauczyliśmy się kiedyś z książek na studiach. Przynajmniej dla mnie taka perspektywa brzmi mocno nieciekawie, zwłaszcza, że pierwsze symptomy zmian w mózgu już zauważyłam.

Na szczęście, twierdzi Carr, nasze połączenia mózgowe, skoro zmieniają się stale, mają niesamowitą zdolność do odbudowy. Nic nie jest więc stracone raz na zawsze.  Jeśli ktoś raz nauczył się głębokiej lektury, będzie mógł przypomnieć sobie, jak korzystać z tej umiejętności. Najsensowniejszą strategią byłaby więc zasada równowagi – starać się połączyć  jedno i drugie, czyli dzielić rozsądnie czas między pracę z Internetem i czas offline. A to łączy się z koniecznością robienia od czasu do czasu dłuższych detoksów, bo powracanie w stare tryby przyswajania i wymiany informacji nie następuje od razu.

Jeszcze jedna refleksja. W wydaniu, które kupiłam (Wydawnictwo Helion, 2013) w drugiej części książki pomieszanych jest kilkanaście stron. A ja, czytając zauważyłam to dopiero po pewnym czasie!  I śmieszno, i straszno – sytuacja, która udowodniła mi, że spędzając czasem po 8-9 godzin dziennie przed komputerem też tracę umiejętność głębokiego czytania, prześlizgując się wzrokiem po tekście jak po nagłówkach na portalach – o ile wszystko z grubsza się zgadza, jest OK – i uświadomiła, jak trudno od razu przestawić się na studiowanie dłuższego, paranaukowego (choć wyłożonego w amerykańskim stylu, obrazowo i klarownie) tekstu po wchłanianiu litrów sieciowej papki. Nawet zastanawiałam się przez chwilę, czy jest to tylko błąd składu podczas produkcji książki, czy może świadomy zabieg autora, który chciał wytrącić nas na chwilę z równowagi, żebyśmy zauważyli to i na własnym przykładzie zastanowili się nad problemem 🙂

P.S. Jak zapewne zorientowaliście się po wzmiance o Mrożku ( którego w międzyczasie zdołano pochować), pierwsza połowa tego wpisu powstała przed wakacjami. Nie zdążyłam: miał kończyć się hasłem, że właśnie udaję się przetestować wiedzę wchłoniętą z książki w praktyce, nie zabierając ze sobą komputera i jadąc w miejsce, gdzie skutecznym odstraszaczem od sięgania po Internet w komórce mogły okazać się opłaty za roaming. Eksperyment udał się pół na pół, czyli też w zgodzie z zasadami zrównoważonego życia: sprawdzałam konto na Facebooku i pocztę raz dziennie, czasem korzystałam z Google Maps albo innych przydatnych podczas wyjazdu informacji, ale były i takie dni, gdzie z powodu braku zasięgu nie dało się korzystać z sieci wcale. Efekt? Wreszcie nadrobiłam zaległości czytelnicze. Na początku trudno było mi skoncentrować się przez dłuższy czas tylko na tekście, ale po jednym-dwóch dniach lektura pochłaniała mnie jak za dawnych czasów i nie miałam już odruchu warunkowego sprawdzenia, co tam nowego na ulubionych stronach i czy ktoś może do mnie napisał. Więc chyba istotnie jest nadzieja!

Czy zauważyliście u siebie podobne objawy, o jakich pisze Carr? I jak sobie z nimi radzicie?

P.S.  Od dziś można znaleźć mnie na Facebooku ( minimalplan.com) – zapraszam.

Otagowane , , , , , , , , , , ,