Monthly Archives: Październik 2013

Prawdziwa wartość rzeczy

W ostatnią sobotę brałam udział w garażowej wyprzedaży ubrań i dodatków, poprzedzonej dyskusją z udziałem Styledigger i Marty Sapały (obie Autorki blogów jeszcze się tutaj pojawią). Przytaszczyłam  torbę ubrań i dodatków, które już po przerwie spowodowanej ubiegłoroczną czystką zidentyfikowałam jako nienoszone, a zalegające w szafie. Nie zdążyłam jednak umieścić na nich kartek z cenami. Początkowo proponowałam kupującym jakieś kwoty, ale po pewnym czasie, zmęczona perspektywą taszczenia części zawartości torby z powrotem do domu, zastosowałam regułę przyjętą na potrzeby tej wyprzedaży przez Styledigger, a polegającą na pytaniu zainteresowanego daną rzeczą nabywcy, ile byłby skłonny zań zapłacić. W domyśle: niech zapłaci cokolwiek, byle bym nie musiała wracać z tym wszystkim do domu!

Wspólnie z pomysłodawczynią tego eksperymentu zastanawiałyśmy się nad dwoma jego aspektami. Najpierw nad psychologicznym, związanym z nawiązywaniem społecznych relacji, a mianowicie: jakie ceny będą najczęściej proponować kupujący – bo choć każdy chce nabyć jak najtaniej, może być mu głupio oferować np. złotówkę, jeśli jest to złotówka proponowana konkretnej, stojącej przed tobą osobie, a nie anonimowemu sprzedawcy w serwisie internetowym? Okazało się, że najczęściej padały kwoty rzędu 5-15 zł. Czyli tyle najwyraźniej uznajemy za akceptowalne dla sprzedającego minimum.

Drugi wymiar dotyczył rzeczywistej wartości rzeczy, a uderzył mnie szczególnie w odniesieniu do jednej: pięknej, rozkloszowanej spódnicy w kwiaty, nie tyle a la lata 60., co istotnie pochodzącej z tamtego okresu. Spódnica, zakupiona na Etsy kilka lat temu, większość tego czasu przeleżała w szafie. Po dwu- lub trzykrotnym jej założeniu uznałam, że jednak jest to jeden z tych ciuchów, które znakomicie wyglądają na wieszaku, na mnie jednak już trochę gorzej. Nie dla osoby  mojego wzrostu i figury, ot co.

il_570xN.145927289

Spódnica zajmowała więc miejsce, czekając na swój czas – a raczej na moją decyzję. Stwierdziłam, że jest zbyt ładna i niewystarczająco praktyczna, żeby oddać ją do Caritasu czy innym potrzebującym podczas ulicznej zbiórki, za to fajny z niej okaz vintage, więc może odzyskam chociaż część jej wartości. Nie mogłam jednak jakoś się zebrać, żeby sprzedać ją na Vinted.pl czy Ebayu. A teraz zjawia się ta dziewczyna, która – jak widzę – patrzy na nią z takim samym zachwytem, jak ja dwa lata temu – i na pytanie, ile dałaby za nią, odpowiada: dziesięć złotych.

Dziesięć złotych!

Chcecie wiedzieć, ile zapłaciłam za nią trzy lata temu? To proszę, sprawdziłam: 42 dolary plus 10 dolarów za wysyłkę.

Dziesięć złotych? Nie ma mowy, czyli w tym przypadku taka kwota była już poniżej akceptowalnego minimum. Zaproponowałam pięćdziesiąt, wskazując jednocześnie na zalety decydujące o wartości spódnicy. Dziewczyna spojrzała na mnie ze zdziwieniem: „Widzę, zgadzam się, ale w takim razie dlaczego pani ją sprzedaje?” „Bo do mnie nie pasuje”. „Nie mam gwarancji, że ze mną nie będzie tak samo” – odparła ona. Ano właśnie, pomyślałam sobie. Tu mnie masz.

Mogłam nie ustąpić i poczekać do następnej wyprzedaży. Albo jednak umieścić ofertę w jakimś portalu. Ale skoro nie zrobiłam tego dotąd, czy znajdę czas i motywację? Spotkałyśmy się więc w połowie. Prawie w połowie – spódnica trafiła do nowej właścicielki za 27 zł. Mam nadzieję, że ta cena nie będzie barierą do częstego jej używania, a wręcz przeciwnie. I że trafiła wreszcie do kogoś, kto nie tylko się nią zachwycił na początku i za ów zachwyt zapłacił, ale też będzie z niej korzystał zgodnie z przeznaczeniem. A mnie było lżej wracać do domu.

Ile takich rzeczy, które kupiliśmy pod wpływem impulsu za 100, 200 czy więcej złotych, w ostateczności ląduje na śmietniku, albo trafia do nowego właściciela za dziesięciokrotnie niższą kwotę, choć wcale się nie zużyły i nie mają innych wad, więc wedle naszych wyobrażeń na każdej garażówce powinna ustawiać się po nie kolejka chętnych? Ta spódnica przynajmniej jest wyrobem unikatowym, szyta ręcznie, w piękny wzór, z dobrej bawełny. Teoretycznie można by ją traktować jako inwestycję. Ale jak widać, nie każdy ma podobne podejście. A co z tymi wszystkimi „must-have`ami” z poszczególnych sezonów, kupowanymi w popularnych sklepach, z kiepskich materiałów? Jak szybko topnieje ich rzeczywista wartość?

Może to truizm, ale to doświadczenie uświadomiło mi go namacalnie: rzeczy są warte tylko tyle, ile ktoś jest skłonny za nie zapłacić. Więc chyba nie warto nadmiernie tracić dla nich głowy.

Otagowane , , , , , , , , , ,

Co powie stylista

Nie sądziłam, że kiedykolwiek przyjdzie mi to napisać. Ba, że kiedykolwiek na tym blogu pojawi się nazwisko Tomasz Jacyków. W dodatku w sąsiedztwie Sandry Juto, z którą – jakby to powiedzieć – nazbyt nie koresponduje. I na dokładkę w kategorii „recenzja“. I jeszcze pozytywnie.

Tomasz Jacyków, znany z telewizji stylista, którego własny styl bywa określany mianem kontrowersyjnego i jakoś do mnie nie przemawia, choć rozumiem intencje (zresztą gdzie mi do recenzowania samego stylu, wystarczy ograniczyć się do stwierdzenia, że to postać z zupełnie innej bajki niż te, które lubię) napisał bowiem książkę. „O obciachu i elegancji Polek i Polaków“. Wypełniając przy okazji aż proszącą się o wypełnienie lukę, bo choć książek o stylu francuskim w polskim tłumaczeniu z miesiąca na miesiąc przybywa w księgarniach, to tak zwanych podręczników stylu pisanych przez rodzimych autorów jest wciąż jak na lekarstwo. Z ostatnich pozycji kojarzę tylko książkę „Bądź boska!“ niejakiej Osy Osobistej Stylistki, bynajmniej nie wyczerpującą tematu. Aż dziwne, że jeszcze nie postanowiły się z nim zmierzyć w formie książkowej choćby takie autorytety w tym zakresie, jak Joanna Bojańczyk (czekam). Chyba że jednak coś się pojawiło, ale mi umknęło? Poproszę o podpowiedzi.

Lukę wypełnia więc Jacyków. I o dziwo, robi to w sposób interesujący. Pisze w sposób prosty, potoczny, ale bardzo charakternie, podobnie jak mówi – co nie każdemu przypadnie do gustu, bo momentami, zwłaszcza jeśli chodzi o metafory, zdarza mu się balansować na granicy dobrego smaku. Ważniejsze jednak od stylu i szczegółowych wskazówek, z którymi można zgadzać się w szczegółach lub nie, mając w pamięci wizerunek samego autora, przesłanie. Bo co w ogóle recenzja książki Jacykowa ma wspólnego z dobrym życiem, umiarem, zrównoważonym podejściem do konsumpcji, także modowej? Otóż przez jej blisko trzysta stron przewija się teza, dość zastanawiająca jak na człowieka, który mimo wszystko – a przynajmniej wedle popularnych wyobrażeń o zawodzie stylisty – żyje z namawiania innych ludzi do kupowania. Brzmi ona: jeśli nie czujesz się dobrze we własnej skórze (bien dans sa peau, hm?)  i nie rozpoznasz najpierw swoich mocnych i słabych stron, możesz nakupić sobie tony ciuchów, pozawracać głowę dziesięciu stylistom i nic ci to nie pomoże. A jak opanujesz tę podstawową lekcję, będziesz już wiedzieć, jakie rzeczy kupić, żeby wyglądać w nich dobrze, gdzie można zaoszczędzić, a gdzie lepiej nie żałować środków. Bo druga kwestia, którą Jacyków wkłada swoim czytelnikom do głów, brzmi równie znajomo: na sprawdzoną jakość nie szkoda pieniędzy. Choćby na buty, które – jak dowodzi w książce i z czym zgadzam się w stu procentach, bazując na doświadczeniu – potrafią sprawić, że całość człeczego ubioru wygląda porządnie, albo też zmienić najwymyślniejszą stylizację w taniochę. Prócz tego spec od ubioru wykłada w niewybrednych słowach podstawy, których, jak można przekonać się zwłaszcza latem na polskich ulicach, rodakom nigdy dosyć: że znajomość typów sylwetki i palety kolorystycznej idzie dopiero na drugim miejscu, na pierwszym jest higiena osobista, prawidłowa postawa ciała i ogólne ogarnięcie. Oraz, że jeśli już o dobór stroju i dodatków chodzi, zasadniczo mniej znaczy więcej.

No, zaskoczona jestem pozytywnie. I ciągle nie wiem, co o tym myśleć. Albo zasady umiaru z niszowych rozrywek zmieniły się już w mainstreamowy trend, który Tomasz Jacyków wyczuł w Polsce jako pierwszy, albo ten sam Jacyków mimo maski, jaką przybiera na użytek mediów, jest mądrzejszym gościem, niż można byłoby przypuszczać.

 

Otagowane , , , , , , , , , , ,

BWM – Sandra Juto

BWM, nie BMW, bynajmniej. Dla tych, którzy rozszyfrowują od razu skrót – punkt na wstępie, znaczy, że jesteśmy z tego samego pokolenia, które bawiło się samopas na podwórkach, z kluczami na szyi, robiąc „aniołki“ w niekoniecznie czystym piasku i pisząc kredą po ścianach „Rafał + Aneta (albo Marcin + Bożena, czy jeszcze inaczej) = Bardzo Wielka Miłość“.

Jedną z moich BWM, odkrytych w sieci, jest Sandra Juto. Żywię do niej w zasadzie dwa uczucia: wielki podziw i wielką zazdrość. Otóż Sandra, pochodząca ze Szwecji, mieszka sobie razem ze swoim mężem Johanem w Berlinie, w ogromnym i własnoręcznie wyremontowanym z kompletnej ruiny mieszkaniu w starej kamienicy, w najlepszym miejscu, jakie można by sobie wyobrazić – na Friedrichshain. A oprócz tego robi najpiękniejsze miejskie zdjęcia, jakie kiedykolwiek widziałam – większość z nich pokazuje na blogu. Nawet jeśli ktoś nie przepada za Berlinem (który Sandra uwielbia, podobnie jak ja) przeglądając je może poczuć gwałtowną potrzebę, żeby tam się natychmiast teleportować. W tych zaś, co Berlin lubią, obcowanie z blogiem Sandry wywołuje regularnie fale dziwnej nostalgii. Bo Sandra ma oko wyczulone na szczegół, spaceruje często po mieście, flaneruje – można by powiedzieć –  i pod jej spojrzeniem nawet najzwyczajniejsze aspekty miejskiej aktywności, budynki, architektoniczne detale nabierają życia i blasku. Fotografuje też swoją rodzinę i przyjaciół. A poza tym rysuje, maluje (kończyła szkołę plastyczną) i robi na drutach śmieszne i bardzo ciepłe rękawiczki bez palców, które nazywa Wrist Worms. Można je kupić tutaj.

Odkąd przypadkiem natknęłam się na jej stronę, marzę, żeby kiedyś zrealizować z nią wspólny projekt. Taki, którego głównym bohaterem byłoby miasto, pokazane na Sandry zdjęciach. Nie tylko Berlin, ale również Warszawa. Bo Warszawa pod okiem Sandry Juto nabrałaby na nowo blasku. Coś tam jej nawet wstępnie proponowałam mailowo, ale niestety w ubiegłym roku nie miała czasu. Bo Sandra żyje w rytmie slow, choć nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek użyła tego słowa. Nie bierze na siebie zbyt wiele obowiązków naraz, ceni swój wolny czas, nie odpowiada na wszystkie wiadomości i komentarze, lubi siedzieć i patrzeć na otaczające ją kamienice, nieznajomych, sklepowe witryny, kupować warzywa na sobotnim targu przy Boxhagener Platz, jeść z Johanem śniadania w parku, odkrywać zakamarki nieznanych jeszcze dzielnic, wysiadając z metra na przypadkowych stacjach, umawiać się z przyjaciółmi na kawę (ze skandynawska ten rytuał nazywa się fika) w już sprawdzonych i nowych lokalach, a potem to wszystko opisywać w zwięzłych słowach. Uwielbiam Sandrę czytać i cieszę się, że gdyby ktoś chciał patrzeć na świat podobnie jak ona, nie potrzeba mu wcale pieniędzy, wystarczy wrażliwość i wyobraźnia.