Prawdziwa wartość rzeczy

W ostatnią sobotę brałam udział w garażowej wyprzedaży ubrań i dodatków, poprzedzonej dyskusją z udziałem Styledigger i Marty Sapały (obie Autorki blogów jeszcze się tutaj pojawią). Przytaszczyłam  torbę ubrań i dodatków, które już po przerwie spowodowanej ubiegłoroczną czystką zidentyfikowałam jako nienoszone, a zalegające w szafie. Nie zdążyłam jednak umieścić na nich kartek z cenami. Początkowo proponowałam kupującym jakieś kwoty, ale po pewnym czasie, zmęczona perspektywą taszczenia części zawartości torby z powrotem do domu, zastosowałam regułę przyjętą na potrzeby tej wyprzedaży przez Styledigger, a polegającą na pytaniu zainteresowanego daną rzeczą nabywcy, ile byłby skłonny zań zapłacić. W domyśle: niech zapłaci cokolwiek, byle bym nie musiała wracać z tym wszystkim do domu!

Wspólnie z pomysłodawczynią tego eksperymentu zastanawiałyśmy się nad dwoma jego aspektami. Najpierw nad psychologicznym, związanym z nawiązywaniem społecznych relacji, a mianowicie: jakie ceny będą najczęściej proponować kupujący – bo choć każdy chce nabyć jak najtaniej, może być mu głupio oferować np. złotówkę, jeśli jest to złotówka proponowana konkretnej, stojącej przed tobą osobie, a nie anonimowemu sprzedawcy w serwisie internetowym? Okazało się, że najczęściej padały kwoty rzędu 5-15 zł. Czyli tyle najwyraźniej uznajemy za akceptowalne dla sprzedającego minimum.

Drugi wymiar dotyczył rzeczywistej wartości rzeczy, a uderzył mnie szczególnie w odniesieniu do jednej: pięknej, rozkloszowanej spódnicy w kwiaty, nie tyle a la lata 60., co istotnie pochodzącej z tamtego okresu. Spódnica, zakupiona na Etsy kilka lat temu, większość tego czasu przeleżała w szafie. Po dwu- lub trzykrotnym jej założeniu uznałam, że jednak jest to jeden z tych ciuchów, które znakomicie wyglądają na wieszaku, na mnie jednak już trochę gorzej. Nie dla osoby  mojego wzrostu i figury, ot co.

il_570xN.145927289

Spódnica zajmowała więc miejsce, czekając na swój czas – a raczej na moją decyzję. Stwierdziłam, że jest zbyt ładna i niewystarczająco praktyczna, żeby oddać ją do Caritasu czy innym potrzebującym podczas ulicznej zbiórki, za to fajny z niej okaz vintage, więc może odzyskam chociaż część jej wartości. Nie mogłam jednak jakoś się zebrać, żeby sprzedać ją na Vinted.pl czy Ebayu. A teraz zjawia się ta dziewczyna, która – jak widzę – patrzy na nią z takim samym zachwytem, jak ja dwa lata temu – i na pytanie, ile dałaby za nią, odpowiada: dziesięć złotych.

Dziesięć złotych!

Chcecie wiedzieć, ile zapłaciłam za nią trzy lata temu? To proszę, sprawdziłam: 42 dolary plus 10 dolarów za wysyłkę.

Dziesięć złotych? Nie ma mowy, czyli w tym przypadku taka kwota była już poniżej akceptowalnego minimum. Zaproponowałam pięćdziesiąt, wskazując jednocześnie na zalety decydujące o wartości spódnicy. Dziewczyna spojrzała na mnie ze zdziwieniem: „Widzę, zgadzam się, ale w takim razie dlaczego pani ją sprzedaje?” „Bo do mnie nie pasuje”. „Nie mam gwarancji, że ze mną nie będzie tak samo” – odparła ona. Ano właśnie, pomyślałam sobie. Tu mnie masz.

Mogłam nie ustąpić i poczekać do następnej wyprzedaży. Albo jednak umieścić ofertę w jakimś portalu. Ale skoro nie zrobiłam tego dotąd, czy znajdę czas i motywację? Spotkałyśmy się więc w połowie. Prawie w połowie – spódnica trafiła do nowej właścicielki za 27 zł. Mam nadzieję, że ta cena nie będzie barierą do częstego jej używania, a wręcz przeciwnie. I że trafiła wreszcie do kogoś, kto nie tylko się nią zachwycił na początku i za ów zachwyt zapłacił, ale też będzie z niej korzystał zgodnie z przeznaczeniem. A mnie było lżej wracać do domu.

Ile takich rzeczy, które kupiliśmy pod wpływem impulsu za 100, 200 czy więcej złotych, w ostateczności ląduje na śmietniku, albo trafia do nowego właściciela za dziesięciokrotnie niższą kwotę, choć wcale się nie zużyły i nie mają innych wad, więc wedle naszych wyobrażeń na każdej garażówce powinna ustawiać się po nie kolejka chętnych? Ta spódnica przynajmniej jest wyrobem unikatowym, szyta ręcznie, w piękny wzór, z dobrej bawełny. Teoretycznie można by ją traktować jako inwestycję. Ale jak widać, nie każdy ma podobne podejście. A co z tymi wszystkimi „must-have`ami” z poszczególnych sezonów, kupowanymi w popularnych sklepach, z kiepskich materiałów? Jak szybko topnieje ich rzeczywista wartość?

Może to truizm, ale to doświadczenie uświadomiło mi go namacalnie: rzeczy są warte tylko tyle, ile ktoś jest skłonny za nie zapłacić. Więc chyba nie warto nadmiernie tracić dla nich głowy.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , , ,

20 thoughts on “Prawdziwa wartość rzeczy

  1. muszka pisze:

    Świetny post. Zapisałąm sobie i będę czytać każdorazowo przed jakimiś zakupami.

  2. Wlasnie tego potrzebowalam, dzieki. Nie szastam kasa na prawo/lewo a moja szafa jest wlasciwie pusta ale i tak czuje milczaca obecnosc zbednych bambetli i milon pokus wokolo 😉

  3. Maruszka pisze:

    Moim zdaniem rzeczy, które kupiliśmy drogo, ale teraz nie używamy, mają wręcz wartość ujemną dla nas – nie przydają się w sensie pozytywnym, zajmują tylko miejsce, utrudniają przeprowadzki, wabią mole i zwiększają czas, jaki musimy poświęcić na sprzątanie. Więc wolę się ich pozbyć nawet za darmo, obdarowując znajomych czy stawiając koło śmietnika. Po uprzednim sprawdzeniu, że nie ma w moim otoczeniu nikogo, kto byłby skłonny trochę za nie zapłacić 😉 W ten sposób pozbyłam się np. pięknie wydanych, grubych książek w antykwariacie, za pieniądze wystarczające na 1 obiad w taniej knajpce obok. I uważam, że zrobiłam dobry interes – obiad był mi potrzebny, albumy – nie. Wróciłam do domu lekka, najedzona i zadowolona 🙂

  4. fuendetodos pisze:

    Ubranie z metką po wyjściu ze sklepu traci 50%, kolejne 50% pozostałej kwoty traci po oderwaniu metki, następne 50% po upływie sezonu. Wyjątkiem są aukcje ciuchów z Zary :-]

    Trochę kuchennej psychologii 😉 Ad. „dlaczego pani ją sprzedaje?” – nie musisz się tłumaczyć ze swoich decyzji 🙂 zadając to pytanie dziewczyna postawiła Cię w pozycji defensywnej i dlatego udało jej się wynegocjować 80% off. Ad. “Nie mam gwarancji, że ze mną nie będzie tak samo” – nikt nie da jej takiej gwarancji, ale to było już jej ryzyko a nie Twoje. Ty już swoje podjęłaś dając za spódnicę $52.
    Nie uczestniczyłam nigdy w takiej imprezie, ale wydaje mi się, że metka z napisem „dałam za to x zł, ile Ty za to dasz?” zamiast z ceną, byłaby dobrym pomysłem.

    Mam trzy marynarki wykańczane ręcznie we włoskich manufakturach, które rzadko noszę i które próbowałam wystawiać na alle i ebayu w cenie zakupu (odpowiednio – 1/10, 1/25 i 1/100 pierwszej ceny z metki). Zainteresowanie było małe. Zrezygnowałam i traktuję je jak trofea, albo dzieła sztuki, które raczej nie zyskają na wartości, ale cieszą oko i przypominają, że nie warto kupować ubrań kiepskiej jakości.

    • minimalplan pisze:

      Fajny pomysł z tą kartką. Dzięki, zastosuję następnym razem! 🙂
      Nie zgadzam się, że było to udane zepchnięcie do defensywy. Gdybym nie chciała odpowiedzieć, czemu sprzedaję, to bym tego nie powiedziała. Tym razem uznałam, że w bezpośredniej relacji kupujący-sprzedający można być szczerym. Uznałabym bardziej, że po wyważeniu korzyści z obu scenariuszy: pierwszy to niesprzedanie spódnicy, powrót z nią do domu i próby kolejnej sprzedaży niekoniecznie zakończone powodzeniem, zaś drugi – sprzedaż od ręki i lżejsza torba (oraz szafa) przeważył ten pierwszy, w tym konkretnym dniu, przy wyjściowych założeniach, żeby sprzedać jak najwięcej:) Pozdrawiam!

  5. mojo pisze:

    Trafiłaś w sedno. Nie udało mi się jeszcze nigdy odsprzedać żadnej ze swoich nie noszonych rzeczy za chociażby przybliżoną cenę do tej, za jaką ją kupiłam (nawet jeśli sprzedawałam coś praktycznie nowego). Zainspirowana książkami, blogami takimi jak ten i w ogóle otaczającą mnie rzeczywistością, zmieniam od jakiegoś czasu mój stosunek do kupowania i zagracania się ciuchami/butami/… . Jakiś czas temu kupiłam płaszcz na jesień od młodej polskiej projektantki z zamiarem noszenia go przez jakieś pięć sezonów. Wtedy jego wysoka cena „rozkłada się” na poszczególne sezony i wychodzi na to, że mnie jednak „stać” na porządną rzecz na jesień z wełny i skóry. Uczę się działania w ten sposób z każdą kupowaną rzeczą (kupuj najlepsze na jakie cię stać i noś do oporu) i tym samym rozwiązać problem pozbywania się później czegoś, co tylko zalega w szafie. Ale to się sprawdza tylko w przypadku ubrań, które trafiają do nas w 100% i spełniają wszystkie oczekiwania.

    • mrufka pisze:

      Ja po zachłyśnięciu się książką DL Sztuka Prostoty wyniosłam prawie pół mieszkania i rozdysponowałam: znajomi, caritas, koleżanki , aukcje. Pół roku później dziwiłam się czemu to ach czemuż nie mam bombek na choinkę? Bo uznałam to za zbędną dekorację. Teraz mamy zawsze żywe drzewko w doniczce – wysadzone wiosną do gruntu, oraz lampeczki, małe, migotliwe, powieszone gdzieniegdzie dla nastroju. Nauczyłam się: kupować dobrej jakości rzeczy -które będą służyły mi lata, i się z nimi zaprzyjaźnię. Porządne marynarki z wełny jak już kupuję to z Ebaya – angielskiej firmy. Czasami jest tak – że nie trafię wtedy ta rzecz idzie w dalszy obieg – allegro, lub dla przyjaciółki. Oddychanie przestrzenią w mieszkaniu – bezcenne. Ale i tak się czasami na coś kuszę właśnie pod wpływem impulsu. Grrrr. I cos ci powiem – spódnica pięęęękna. Aż mnie strzyknęło że takie nie mam;)

      • minimalplan pisze:

        🙂 Ha, moje drzewko w ubiegłym roku wyglądało podobnie. A swoją drogą dobrze jest dać się od czasu do czasu skusić. Traktowanie minimalistycznego, slow czy jak tam zwał podejścia do zakupów jako dogmatu jakoś mnie przeraża. Zwłaszcza odkąd poznałam takie zjawisko internetowe pod nazwą The Great American Apparel Diet (uczestniczki decydowały się powstrzymywać od zakupów odzieży przez rok i opisywać swoje doświadczenia). Posty, które tam czytałam, niepokojąco przypominały wyznania Anonimowych Alkoholików w trakcie terapii: „Znów upadłam, zgrzeszyłam, bo kupiłam sobie nową sukienkę!” Ała. Pozdrawiam serdecznie!

  6. exkonsumpcja pisze:

    Ostatnio przechadzając się miedzy wieszakami w Zarze zastanawiałam się, ile tak na prawdę warte są te ubrania. Ile kosztują materiały, wszyscy pracownicy, kampanie reklamowe i tak dalej… Smutny wniosek był właśnie taki, że płacimy za zachwyt i „obetnicę”. A prawdziwa wartość danej rzeczy jest o dobre kilkaset procent niższa.

  7. alhafel pisze:

    haha, mój mąż zawsze tak mówi, że rzeczy są tyle warte ile ktoś chce za nie zapłacić. Nauczył mnie takiego myślenia poniekąd, nie tylko w związku z ubraniami, ale też innymi rzeczami, a nawet mieszkaniem (co z tego, że zażyczymy sobie np. pół miliona, jak nikt tyle nie da i będziemy trwali na etapie ogłoszenia kolejnych kilka lat…). Natomiast ja mam chyba w głowie jakąś „granicę przyzwoitości” – do ubrań wracając. Zauważyłam ostatnio ogłoszenie o skupie ubrań w lokalnym lumpeksie i wyznaczonego dnia pomaszerowałam tam z pokaźnych rozmiarów torbą. Pani zaoferowała 2 złote za kilogram (!!!). Gdybym za tyle te ciuchy oddała, poczułabym się wykorzystana, albo nawet ograbiona. I nie chodzi absolutnie o to, ze chcę zarobić. Po prostu uważam, że jest jakieś minimum godności. I jeśli rzeczona pani chce mi zapłacić za np. żakiet 80 groszy, a potem go sprzedać za 50 złotych, to to jest rozbój w biały dzień. I nie ma tu nic do rzeczy nawet że zapłaciłam za ten ciuch np. 200 złotych. Idąc tym tokiem rozumowania rzeczy oddałam potrzebującym, kasy wprawdzie nie zyskałam, ale za to jaka satysfakcja…:)

  8. alhafel pisze:

    Allllleee spódnica, prawie się wybrałam na tę garażówę, dałabym więcej niż te 27pln:)

  9. Monia pisze:

    Powiem szczerze,że z każdym kolejnym wpisem nie mogę doczekać się kolejnego, ale mam do Ciebie prośbę a raczej ją ponawiam.Chodzi o problem z kosmetykami,różnymi balsamami, błyszczykami itp. tyle tego,że aż szkoda wymieniać.Czy teraz nie płacimy za marketing, czy tzw. wyższa półka jest rzeczywiście lepsza jakościowo,w składzie?? czy jak to nazywają szare mydło dobre na wszystko.Jestem bardzo ciekawa Twojego zdania o minimalizmie w kosmetykach.
    P.S co prawda z ciuchów potrafię zrezygnować natomiast humor zawsze poprawiałam kosmetykami 😦
    Pozdrawiam serdecznie

    • minimalplan pisze:

      Tak, pamiętam:) Nie poruszałam na razie tego tematu, bo nie jestem pewna, czy mogę służyć za wyrocznię w materii kosmetycznej – to, co komu pasuje, jest sprawą bardzo indywidualną. Mogę podzielić się osobistymi opiniami – mam tak, że jeśli jakiś produkt przypadnie mi do gustu, używam go wiernie, niestety firmy coraz częściej „odświeżają” swoje portfolio i zastępują stare, wypróbowane kosmetyki nowymi wersjami, co jest zmorą takich konsumentów jak ja. Postaram się coś napisać w listopadzie, jak przemyślę zagadnienie – na razie polecam bloga Styledigger, która, jak widziałam, właśnie zaczęła nowy cykl poświęcony kosmetykom.

  10. Kasia pisze:

    Pozbyłam się większości ubrań w ostatnim roku i rzeczy, które kiedyś bardzo mi się podobały i były w dobrym stanie rozdałam koleżance i innej koleżance, żeby rozdysponowała między swoje koleżanki. Niektóre, naprawdę pojedyncze sztuki, udało się sprzedać – też najczęściej za ok. 10-15 zł. Mam teraz przygotowaną kolejną partię, którą bym chciała sprzedać – kupiłam rok temu nową sukienkę za prawie 100 zł, miałam ją na sobie 3 razy. Mam nadzieję ugrać za nią chociaż 30 zł – wiem, że nikt więcej na pewno nie da. W „Sztuce minimalizmu” D. Loreau pisze o złudnym wrażeniu wartości posiadanych rzeczy – w myśl, że można je wymienić na porządną sumę pieniędzy. Jest to bardzo mylące przeświadczenie, bo nie jest powiedziane, że ktoś w ogóle będzie chciał to kupić, a jeżeli już – na pewno za mniejszą kwotę niż sobie wyobrażamy…

  11. Rubia pisze:

    Spadek wartości nawet drogich rzeczy w krótkim czasie po ich kupieniu to zjawisko powszechne, analizowane nawet przez ekonomistów. Wzrastać może wartość zabytkowych mebli i rozmaitych dzieł sztuki, ale nie ubrań, nawet designerskich. Wyjątkiem są tylko rzeczy kolekcjonerskie, typu sweterek księżnej Diany albo marynarka Lennona, lecz to zupełnie inna bajka. Dlatego naprawdę trzeba się zastanowić, wydając pieniądze na jakieś cuda nawet bardzo znanych projektantów, bo gdyby chciało się je odsprzedać, to najbardziej prawdopodobny jest znikomy ułamek pierwotnej sumy. No, chyba że się trafi na miłośniczkę tego akurat projektanta czy marki, wtedy jeszcze da się coś ugrać 🙂

  12. Z drugiej strony ktos musi wydac za duzo by ktos inny zyskal niewielkim kosztem 😉 taka postawa pro eco. Chyba najwazniejsze, by sie nie przywiazywac do przedmiotow…

  13. Aube pisze:

    Na rzeczonej imprezie przyjęłam tą samą taktykę i spotkałam się z innym problemem – wiele osób nie potrafiło wycenić rzeczy, którą chcieli nabyć. Z wszystkimi sprzedawanymi rzeczami dawno zerwałam jakąkolwiek więź emocjonalno-finansową, więc dla mnie cena nie miała znaczenia. Jednak częściej niż to zakładałam musiałam podpowiadać cenę początkową do negocjacji. Niewielkich swoją drogą.
    A więc moje spostrzeżenie było inne – trudno nam bezwzględnie ocenić ile coś jest warte i ile warte są nasze pieniądze.
    Skąd to wynika jeszcze nie wiem. Może jacyś psychodzodzy podpowiedzą?

  14. Paulaa pisze:

    Piękna spódnica na zdjęciu… Piękna! Miejmy nadzieje, że na nowa właścicielka to doceni i uszanuje fakt że tak uroczą rzecz kupiła w niższej cenie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: