Zapach wolności

Łatwo się prawi o dobrym życiu jako etatowy pracownik zarabiający powyżej średniej krajowej. Teraz więc będę prawić o nim z innej perspektywy. Wolnego człowieka (czytaj: freelancera), który musiał dokonać pewnych wyborów. Nowy rok równa się zmiany.

tumblr_myky419WwJ1qjm9bpo1_500

Trzy miesiące temu zdecydowałam się zrezygnować z etatu i pożegnać z dotychczasową pracą. Umowa, po okresie wypowiedzenia, wygasa z końcem roku. Nowej posady na etacie na razie nie szukam, bo wiem, że nie pogodziłabym jej z innymi, wcześniej zaciągniętymi zobowiązaniami, które chcę i muszę realizować przez najbliższy rok. Są to również zobowiązania zawodowe, mocno angażujące, lecz bez gwarancji regularnych wypłat w ustalonej wysokości. Mogą jednak znacznie zaprocentować lub przynieść zysk w średnioterminowej perspektywie – jeśli trzymać się już biznesowej terminologii. Kiedy już je zrealizuję, będę myśleć, co dalej. Przypuszczam, że zasmakowawszy pracy na własny rachunek i znając swoją naturę,  nie będę już chciała pracować dla kogoś na etacie. Ale nie mówię „nie”, wszystko zależy od tego, dla kogo i na jaki etat. Zobaczymy.

Czemu o tym piszę, skoro zakładając tego bloga i świadomie decydując się prowadzić go tylko pod pseudonimem zastrzegałam, że nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów z własnego życia? Po pierwsze dlatego, że od stycznia pisanie tutaj będzie pisaniem z nowej perspektywy. Po drugie, jak przekonała mnie Anna, której przy okazji bardzo za wsparcie dziękuję i nieodmiennie polecam jej bloga – mój przypadek, opisany dość ogólnie, może posłużyć za punkt odniesienia dla paru innych osób, które borykają się z podobnymi dylematami. Choć dużą nieufnością darzę autorów wszelkich poradników!

Oto życiowa lekcja w moim wydaniu:

Kiedy przychodziłam na etat do firmy, z którą właśnie się żegnam, była solidnym, dobrze prosperującym przedsiębiorstwem i renomowaną marką. Etat (dziś  spotykany w mojej branży równie rzadko jak ptak egzotycznego gatunku, ale kiedyś było inaczej, więc od początku swojej pracy zawodowej, ładnych kilkanaście lat, także u innych pracodawców, byłam zatrudniona na etacie) dawał mi poczucie pewności. Jednocześnie stał się pułapką. Choć uwielbiałam swoją pracę, to tematyka, którą się zajmowałam, nigdy nie była moją pasją. Przypadła mi w wyniku zbiegu okoliczności, a potem została ze mną trochę z oportunistycznych powodów. Było na nią zapotrzebowanie, a ja już miałam doświadczenie i swoją cenę na rynku. Starałam się więc traktować ją tak, jakby była moją z wyboru, a nie konieczności, wkładając w nią maksimum serca, a po godzinach robić rzeczy, które naprawdę mnie interesowały, a które wówczas nie przynosiły żadnego przychodu. Po pewnym czasie te poboczne zajęcia zaczęły jednak się rozrastać, a we mnie rosło przekonanie, że zajmowanie się nimi ma większy sens niż to, czym obecnie zarabiam na życie. Jednocześnie w firmie zaczęło się pogarszać na wszystkich frontach. Ktoś pozbawiony etatu nie miałby w tej sytuacji wątpliwości, co robić, ale ja zaciskałam zęby i czekałam na rozwój wydarzeń, próbując nadal pogodzić obie aktywności. Wiedziałam, że jeśli odejdę sama, nie dostanę odprawy, w przeciwieństwie do sytuacji, gdy to firma mnie zwolni (co było bardzo prawdopodobne, odkąd zaczęły nią wstrząsać serie zwolnień grupowych). Zadziałał też psychologiczny mechanizm, który można ująć następująco: oswojona już nora, choćby nie wiem jak licha i coraz bardziej cuchnąca, wydaje się zawsze bezpieczniejszym schronieniem niż wielki, nieznany świat. Słuchałam więc osób, które też narzekały, ale mówiły mi „bądź rozsądna, nie wykonuj gwałtownych ruchów” i czekałam, aż sprawa sama rozwiąże się za mnie, sądząc, że znam scenariusz takiego rozwiązania: zwolnienia grupowe, wypłata odpraw, wszystko zgodnie z zapisami w mej starannie negocjowanej kiedyś umowie.

Próżne nadzieje. Nowy właściciel firmy, chcąc uniknąć wydatków związanych z grupówkami, znalazł sprytne wyjście, by pozbyć się części pracowników. Nie wnikając w szczegóły – stworzył alternatywę: albo podpisujemy nowe, ze wszech miar niekorzystne umowy, zrzekając się dotychczasowych praw, albo trafiamy do świeżo utworzonej spółki-wydmuszki. Przy okazji zablokował też możliwość uzyskania owych mitycznych odpraw. Moja starannie wynegocjowana kiedyś umowa, dająca pozorną pewność, okazała się niewiele warta. Nie ma nic pewnego na tym świecie, albo marność nad marnościami, jak pisał Kohelet.

W tej sytuacji nie miałam już wątpliwości, że trzeba się rozstać. Trudno pracować dalej dla pracodawcy, który w kiepskim stylu próbuje cię oszukać. Oczywiście nie był to jedyny powód tej decyzji, którą podjęłam w zasadzie już dawno, czekając tylko na impuls. Było ich kilka: uświadomienie sobie, że to, czym się dotychczas zajmowałam, już przestało mnie w obecnej formie interesować; mocne przekonanie, że firma tak czy owak nie ma przed sobą stabilnej przyszłości; świadomość, że podjęłam wspomniane wcześniej zobowiązania związane z moimi pasjami i pogodzenie ich z etatową pracą wymagałoby kolejnego roku wyrzeczeń, a tak już żyć nie chcę.

Oczywiście – jako posiadaczka kredytu mieszkaniowego – nie skaczę bez spadochronu na głęboką wodę. Oprócz wspomnianych zobowiązań, które – mam nadzieję – zaowocują za pewien czas, mam zapewnione stałe zlecenia  z dwóch źródeł i poczucie, że w potrzebie zapewne znalazłoby się ich więcej. Trochę oszczędności na czarną godzinę, a gdyby takowa wybiła, deklarację ewentualnego wsparcia od rodziny i przyjaciół, z którego mam nadzieję, nie będę musiała skorzystać.

Zyskuję wolność, przekonanie, że będę robić to, co lubię i co uważam za ważne, na własny rachunek, i że wreszcie będę mogła się na tym w pełni skoncentrować. Czyli praktykować po swojemu dobre życie. Ale też świadomość, że przez najbliższy rok nie obejdzie się bez mocnego zaciskania pasa i dobrej organizacji własnego czasu jako freelancer.

Przygotowując się do tej decyzji już rok- dwa lata temu i robiąc na kartce wstępny bilans, myślałam, że w zamian tracę pewność. Okazała się jednak zupełną iluzją. Zostając w dotychczasowej firmie na nowych warunkach, miałabym taką samą gwarancję „pewnej przyszłości” jak teraz, stając się wolnym człowiekiem.

Jestem więc dobrej myśli. Może dlatego, że choć własnego biznesu na razie nie zakładam, niewątpliwie dobrym impulsem i jednym z najważniejszych spotkań mijającego roku było dla mnie spotkanie z Agatą, założycielką Latającej Szkoły dla Kobiet, która uczy kobiety, jak dojść do własnych małych, twórczych przedsięwzięć. Spotkanie ponowne, bo Agatę poznałam kiedyś jako niekonwencjonalną przewodniczkę po Krakowie i już wtedy byłam pod wrażeniem tego, co robi. Teraz tym bardziej. Więc przy okazji, by z końcem roku puścić w obieg dobrą karmę, szczerze polecam jej inicjatywę każdemu, kto źle czuje się w obecnej zawodowej roli i też zastanawia się nad wielką zmianą. Jako człek nieufny względem wszelkich przewodników i przewodniczek, w tym przypadku bez wahania nadstawiam ucha na jej konkretne rady. Tym bardziej, że nie jest uśmiechniętą od ucha do ucha amerykańską guru, dla której wszystko wydaje się proste, ale osobą, która do wielu wniosków doszła w praktyce, nie ukrywającą własnych potknięć, które mogą służyć jako nauka dla innych. Zainteresowanym polecam samą lekturę jej strony, można znaleźć tam wystarczająco dużo sensownych wskazówek.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

tumblr_my7o25jqBA1rbbwv5o1_500

Advertisements
Otagowane , , ,

11 thoughts on “Zapach wolności

  1. Dziękuję, potrzebuję tego teraz. Nie tylko na polu zawodowym.
    Szczęścia w Nowym Roku! 🙂

  2. sowa_nie_sowa pisze:

    Po przerwie wpadam do Ciebie i podczytuję:)
    Jedyna pewna rzecz w życiu, to ta, że nie ma nic pewnego;) Już mnie życie nieraz tego nauczyło i wbrew pozorom może to dać większą wolność niż przywiązanie do iluzji pewności czegokolwiek 😉
    Powodzenia!

  3. Wierni fani tęsknią za nowym wpisem 🙂

    Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

  4. minimalfest wita i pozdrawia minimalplan 🙂 z utęsknieniem czekam na nowe wpisy i mam cichą nadzieję, że kiedy miną pierwsze burze związane z rozstaniem się etatem, będziemy mogli więcej poczytać o „dobrym życiu”.

  5. Katarzyna pisze:

    no kiedy ten wpis?:)

  6. zonk84 pisze:

    Ja też już się nie mogę doczekać nowego wpisu!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: