Monthly Archives: Luty 2014

Powrót Mireille

Za pośrednictwem Amazona od miesiąca można kupić wersję na Kindle`a ostatniej publikacji Mireille Guiliano „French Women Don`t Get Facelifts”. Tymczasem u nas Wydawnictwo Albatros dumnie ogłasza, że wydało właśnie „najnowszą książkę” tejże. Chodzi oczywiście o „Kobiety, pracę i sztukę savoir-vivre`u” sprzed lat czterech, raz już przetłumaczoną na polski przez innego wydawcę, wówczas pod tytułem „Kobiety, praca i sztuka kreowania osobowości”. Niezależnie od wszystkiego cieszy mnie powrót Mireille na księgarskie półki, bo serwowane przez nią mądrości wyróżniają się na plus w zalewie frankofilskich lektur: góruje nad konkurencją doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem. Rodowita Francuzka od lat mieszkająca w Stanach, najpierw wieloletnia rzeczniczka, później szefowa firmy produkującej szampana Veuve Clicquot była pierwsza, jeszcze zanim ktoś obdarzony zmysłem rynkowym wpadł na pomysł, by zaprezentować polskiemu czytelnikowi porady Ines de la Fressange i zachwyty różnych Amerykanek nad wspaniałą francuską kulturą. Śmiało można więc nazwać ją prekursorką mody na „francuski styl” nad Wisłą. Jej „Francuzki nie tyją” i „Francuzki na każdy sezon” – książki, w których dzieliła się tajnikami stylu odżywania się określanego jako „francuski paradoks”, czyli umiarkowanie zamiast drakońskich diet i jedzenie zarówno dla zdrowia, jak i przyjemności, z naciskiem na sezonowe, nieprzetworzone produkty. Formą bonusu były dodatkowe porady dotyczące zdrowego trybu życia i stylu ubierania się. Nic dziwnego, że obie części porad Mireille szybko zniknęły z księgarń i dziś trudno upolować je nawet na Allegro. Były tego warte, uważam. Niektórym przekaz Mireille może wydać się staroświecki, wszak jest rówieśniczką naszych matek, a w niektórych przypadkach może i babek, z wyglądu przypomina bardziej Marthę Stewart niż Marion Cotillard, jednak przynajmniej ma do przekazania konkret z pierwszej ręki, przekazane jej samej przez poprzednie pokolenia Francuzek i pewnego rozsądnego lekarza, a poza tym wie, co pisze, bo sama (po młodzieńczym pobycie w Stanach) zmagała się z nadwagą i zalecane w książce rozwiązania przetestowała na sobie. Plusem są też uzupełniające treść przypisy. I to mimo fatalnego tłumaczenia, polegającego na naszpikowaniu tekstu francuskimi słówkami, co dało efekt nadzwyczaj pretensjonalny (wyobraźcie sobie przysłowiową ciotkę z Paryża, wtrącającą między wierszami niby od niechcenia raz za razem jakieś „mon Dieu” albo „c`est la vie”). Na minus należy zapisać za to protekcjonalny ton Mireille – co prawda daleko jej jeszcze do przekonanej o własnej nieomylności Dominique Loreau, uspokajam – lecz może to też wina tłumaczenia? Lub przekaz okraszony marką „francuski” po prostu musi być taki, by się sprzedał, bo styl Francuzek kojarzy się też z lekkim zadzieraniem nosa?

Kobiety-praca-i-sztuka-savoir-vivre-u_Mireille-Guiliano,images_big,3,978-83-7659-548-1

Ale wróćmy do księgarskich nowości sygnowanych nazwiskiem Guiliano. Tu już nie jest tak dobrze. W obu przypadkach dostajemy co najwyżej popłuczyny po sukcesie obu tomów „Francuzek…”  „Kobiety, praca i sztuka savoir-vivre`u” wygląda mi na niezbyt udaną realizację zamysłu jakiegoś szczwanego redaktora lub wydawcy, który uznał, że skoro istnieje coś takiego jak francuska kuchnia i francuska moda, i w dodatku ludzie się tym zachwycają, to trzeba im sprzedać też ideę „francuskiego stylu w pracy”. Niemal słyszę takie rozmowy, dwóch bossów, pewni siebie, wygadani, nogi na stole: – Francuski styl to mocno ryzykowne – wiesz przecież, że w porównaniu do nas oni są dość leniwi. Obowiązkowa przerwa na lunch, długie urlopy…. – Ale kto się na tym zna lepiej niż Mireille, skoro pracowała i tam, i tu w światowych koncernach? Jakoś dała sobie radę! – Ooo, właśnie, niech pokaże naszym amerykańskim koleżankom, że można rządzić w firmie, w otoczeniu samych mężczyzn, nie zmieniając się w babochłopa. – Ha, ha, tym bardziej niech pisze! – No więc napisała, choć za bardzo nie wiadomo, co, jak sugeruje już tytuł z gatunku od Sasa do lasa. Coś pomiędzy poradnikiem, jak wybrać życiową drogę i osiągnąć sukces w pracy, a przy tym pozostać kobietą w męskim świecie, bo przecież Francuzki wiedzą najlepiej, jak wykorzystać swój wdzięk („he he” – dodałby w tym miejscu czuły na damskie wdzięki boss). Innymi słowy, wyszła lektura ku pokrzepieniu serc tych wszystkich Amerykanek, które chciałyby toczyć korporacyjne boje z kolegami i przebić szklany sufit, ale boją się, że w ten sposób automatycznie pozbawią się seksapilu. Być może w Polsce istnieją podobne obawy i ta książka je rozwieje, nie wiem. A poza tym przepraszam, czy jest na sali choć jedna feministka?

french_women_dont_get_facelift_a_p

Pod tym względem „French Women Don`t Get Facelifts” jest bliższe pierwszym osiągnięciom pisarskim Guiliano, zawiera bowiem jej autorskie recepty na zachowanie szczupłej sylwetki, klasy, zdrowia i dobrego samopoczucia od nastoletniości po wiek średni, z naciskiem na ten ostatni.  Porady utrzymane są w podobnym duchu jak dotąd: akceptacja swojego wieku i nie udawanie młodszej, niż się jest. Umiar we wszystkim, co w odniesieniu do jedzenia oznacza delektowanie się wszystkim, byle w małych porcjach, zaś w modzie stawianie na jakość zamiast ilości i stosowanie się do złotej zasady Coco Chanel, że jedna ozdoba zdobi skuteczniej niż tuzin. Po trzecie: życie pozbawione pośpiechu, celebrowanie chwil, inaczej szanowanie się, czyli nie ubieranie byle czego, unikanie byle jakich, przypadkowych przedmiotów, pochłaniania w pośpiechu byle jakiego fast foodu z komórką przy uchu lub wzrokiem zatopionym w notebooku. Wygospodarowanie paru chwil dziennie na to, żeby usiąść przy stole jak człowiek i skoncentrować choć przez chwilę na tym, co na talerzu.  Dalej: dbanie o siebie, dla własnej i innych przyjemności, unikanie pokazywania się innym w stanie rozmamłania. Umiejętność selekcji, zrozumienia, czego naprawdę się chce, a co tylko podsuwa reklama albo inni, na których akurat zdarzyło się zapatrzeć. To samo w relacjach międzyludzkich. Lepiej mieć niewielu, ale naprawdę sprawdzonych przyjaciół, zamiast licznych, niewiele wartych na dłuższą metę kontaktów. No i wreszcie: ruch jako element codzienności, a nie objadanie się, a potem wyciskanie z siebie od święta siódmych potów na siłowni. Chodzenie do pracy piechotą albo regularne przejażdżki rowerem. Używanie schodów zamiast windy. Trudno im odmówić zdrowego rozsądku.

Niech nie zwiedzie jednak Was tytuł, sporządzony na klasyczną „rybkę” – przez całą książkę przewijają się informacje, że Francuzki korzystają, a jakże, z różnych osiągnięć medycyny estetycznej, z operacjami włącznie, „tylko robią to tak, że nie widać”. Pytanie: czy którakolwiek z nas, niezależnie od narodowości, idąc po raz pierwszy na botoks, chciałaby, by wszyscy odgadywali bezbłędnie, że coś sobie zaaplikowała? – niech lepiej zostanie bez odpowiedzi.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , ,