Monthly Archives: Marzec 2014

Pokoje ciszy

Ponad 60 lat temu, w czasie drugiej wojny światowej wybitna polska modernistka, architekt Barbara Brukalska, pracuje w Warszawie nad książką, która będzie nosić tytuł Zasady planowania osiedla społecznego. Zawiera ona szczegółowe opisy utopijnych dzielnic, nigdy niezrealizowanych w praktyce. Jedną  z koncepcji, której Brukalska poświęca wyjątkowo dużo uwagi, jest projekt „sali ciszy”, z której mogliby korzystać wszyscy mieszkańcy oprócz dzieci, znajdując wytchnienie po pracy wykonywanej w hałasie. Łagodne światło, rośliny, akwaria, dzieła sztuki – tak wyobraża sobie autorka owo miejsce, którego regulamin wymaga tylko bezwzględnego zachowania milczenia. Niewiele brakuje, żeby powstające w latach 1943–44 wizje przepadły, jak wiele innych wojennych zapisków. Na szczęście Brukalskiej uda się wynieść z powstania jeden egzemplarz odręcznych notatek. Liczy na szansę zrealizowania swych projektów w nowej powojennej rzeczywistości. Ostatecznie książka ukazuje się w 1948 roku, w małym nakładzie, którego część trafi na przemiał.

Niedorzeczne? Wręcz przeciwnie, bardzo aktualne. O pomysłach Brukalskiej przypomniałam sobie, jadąc holenderskim pociągiem z Venlo do Rotterdamu. W składzie pociągu znajdowały się dwa, oddzielone od reszty wagonów przedziały, oznaczone z zewnątrz napisem „przedział ciszy”. Na oknach naklejone były dodatkowo piktogramy sugerujące, że w tym wnętrzu nie toleruje się rozmów przez komórkę ani głośnych dyskusji między współpasażerami. I rzeczywiście, gdy do przedziału wsiadła kłócąca się parka, pozostali podróżni szybko dali jej do zrozumienia, że pomyliła miejsce i powinna przenieść się do zwykłego przedziału. Młodzi ludzie zreflektowali się, przeprosili i wyszli.

Ten wpis miał powstać w ulubionej kawiarni w Berlinie podczas leniwego niedzielnego śniadania, ale powstaje w hotelu. Zajrzawszy bowiem na stronę internetową lokalu, by sprawdzić godziny otwarcia, odczytałam krótką, treściwą, ale kategoryczną informację: „No laptops on weekends”. W pierwszej chwili zirytowało mnie to, w drugiej postanowiłam się dostosować. Potem zauważyłam, że nie jest to jedyna kawiarnia czy restauracja, w której wprowadzono podobne obostrzenia. Oczywiście, jeden z drugim zbuntuje się, obrazi i pójdzie gdzie indziej, ale czy przypadkiem nie o to chodzi w spędzaniu weekendu, żeby te dwa dni wyglądały inaczej niż cała reszta tygodnia? By oderwać się na chwilę od rutyny wpatrywania w komputerowy ekran, biegu i załatwiania nawet przy jedzeniu niecierpiących zwłoki spraw. Może potrzeba odgórnego zakazu, byśmy sobie to przypomnieli? Niespełna godzinę jazdy pociągiem od polskiej granicy kogoś, kto siada w niedzielę w knajpie z laptopem, traktuje się jak ekscentryka. Niedziela jest dniem, w którym śpi się dłużej, spotyka z przyjaciółmi i rodziną, spędza godziny nad obfitym, pozwalającym wrócić do równowagi po sobotnich szaleństwach brunchem, snuje się po pchlich targach, które też nie zaczynają się bladym świtem, jak u nas, bo sprzedający zdają sobie doskonale sprawę, że w niedzielę życie rozkręca się dopiero koło dziesiątej i też chcą odpocząć.

tumblr_mz07toXiqO1snya97o1_500

Ben Aronson, Coffee Break, 1997

Szukałam podobnych informacji na stronach polskich kawiarni, ale nie mogłam znaleźć. Może znacie takie miejsca? I czy w ogóle podobna zasada ma sens? Czy to narzucanie ludziom bezsensownych ograniczeń?

Reklamy

Kurs na bazę

Długo szukałam marki odzieżowej, która byłaby tańszym i dostępnym w Polsce odpowiednikiem francuskiego A.P.C., czyli oferowała porządnej jakości, a jednocześnie estetyczne, proste, podstawowe ubrania. Takie, z których można zbudować solidną bazę, służącą latami i uzupełniać ją przy pomocy innych, bardziej charakterystycznych elementów garderoby, głównie dodatków. Jeszcze lepiej byłoby, gdyby choć część tych ubrań miała w sobie też jakiś pomysł, pazur, coś charakterystycznego, jak w przypadku marki stworzonej przez Jeana Touitou. A gdyby na dodatek filozofia firmy była spójna z moją, a ubrania wytwarzane w Polsce, to już doprawdy można by mówić o pełni szczęścia.

Na sklepy z szyldem Marc O’Polo natykałam się od dawna w Berlinie, jednak jakoś nie chciało mi się zaglądać do środka – wydawały mi się przykładem solidnych, ale nudnych niemieckich ubrań, w dodatku nazbyt drogich jak na moją ówczesną kieszeń. Nie poruszała mnie z podobnych powodów jak marka Tommy Hilfiger, która w zbiorówkach typu Peek&Cloppenburg znajduje się tuż obok Marc O`Polo, i która wciąż nieznośnie kojarzy mi się z zestawem jak z manekina, idealnym dla przedstawiciela aspirującej klasy średniej wyruszającym na weekendową wycieczkę: mokasyny, spodnie typu chinos i koszula lub barwny sweter w serek, koniecznie z logo Tommy, żeby było widać, że mnie stać. Poza tym ta nazwa, odwołująca się do słynnego podróżnika-odkrywcy, sugerowała właśnie zestawy luźno-sportowe.

Nie pamiętam, co skłoniło mnie do sprawdzenia, ki ten diabeł z logo Marc O`Polo. Chyba otwarcie pierwszego sklepu w Warszawie, w Galerii Mokotów. Będąc już na etapie fascynacji „slow fashion” i po lekturze bloga Dead Fleurette oraz innych pionierek tego trendu, nieufnie, ale z ciekawością pooglądałam i podotykałam sobie wyłożone na półkach ubrania. Wyszłam wówczas z niczym, ale zaskoczona in plus, bo to, co widziałam, rokowało nadzwyczaj dobrze. Porządnie uszyte, w bazowych, stonowanych kolorach. Kojarzące się ze skandynawską lub japońską prostotą i w przeciwieństwie do Hilfigera mające też w sobie jakiś  francuskopodobny wdzięk.

Nie pasowały mi zupełnie do tego Niemcy, więc poczytałam o historii marki. Intuicja mnie nie myliła: Marc O`Polo ma korzenie skandynawskie, istnieje od lat 60. i dopiero trzydzieści lat później przeniosła główną siedzibę w pobliże Stephanskirchen w Bawarii, co tłumaczy dziwną z początku nadreprezentację sklepów z tym logo na rynku niemieckim. Wtedy też szefowanie firmą i jej udziały przejął Werner Böck, dotąd wierny jej klient, i postawił na szybką międzynarodową ekspansję. Zamiast szokować czy odwoływać się do autorytetu celebrytów, wprowadził przekaz nawiązujący do solidności i trwałości, zarazem odświeżając wizerunek marki.

Jednym z pomysłów jest papierowy magazyn „Marc O’Polo Diary”, złożony z sekcji damskiej i męskiej, który czyta się trochę jak niezależne pismo o stylu życia, w duchu Kinfolku. Są w nim stałe działy, jak choćby prezentacja jednego produktu z aktualnego katalogu pod hasłem „filozofia ukryta za tym t-shirtem/koszulą/etc”, gdzie ubranie opisywane jest przez pryzmat historii jej konkretnego, choć wymyślonego użytkownika, w stylu przypominającym trochę profil psychologiczny. Bardzo to pomysłowy zabieg, i przyznaję, że jako wyznawczyni idei prostoty łatwo wziąć mnie tym sposobem na lep – wolę wierzyć, że bluzka, którą kupię, ma szansę przetrwać tyle, że ilekroć ją włożę, będzie przypominać różne ważne wydarzenia z przeszłości (poza tym, że będzie wciąż do mnie pasować!)

MarcO'Polo-13FW-940x360

Zamiast celebrytów w rodzaju Lady Gagi czy Davida Beckhama Böck zaangażował do promocji ubrań bardziej niszowych, ale cenionych artystów, jak choćby aktorów Amber Valettę i Jeffa Bridgesa, pamiętnego Kolesia z firmu „Big Lebowski” braci Coen, którzy są twarzami marki już drugi sezon. To wyraźny sygnał dla klientów: nie jesteśmy masowi, nasze ubrania są dla koneserów, którym te nazwiska coś mówią. Z wywiadów, publikowanych w „Marc O’Polo Diary”, też możemy się dowiedzieć, że nie są to osoby tuzinkowe, ale ludzie odpowiadający filozofii wyznawanej przez markę, którzy starannie dobierają sobie towarzystwo, dbają o prywatność i jakość. Słowem: też cenią dobre życie i slow fashion, niczego nie udają, zgodnie z przesłaniem firmy: „Idź za swoją naturą”.

Sądząc po rosnących obrotach, ta strategia okazała się strzałem w dziesiątkę. Szef Marc`O Polo zakładał od początku, że jego klientami będzie najwyżej 20 proc. odwiedzających sklepy odzieżowe, ale za to owe 20 proc., kierując się kryterium jakości, będzie skłonne zapłacić więcej i stale wracać. A także, że oprócz ludzi dysponujących odpowiednimi dochodami w tej grupie mogą znaleźć się też gorzej sytuowani, lecz zmęczeni wszechobecną tandetą konsumenci, dostrzegający sens w oszczędzaniu, by kupić sobie wartościową bazę, która przetrwa lata.

Strzałem w dziesiątkę okazała się też współpraca z rysowniczką i blogerką Garance Dore (choć nie wiem, czy akurat w Polsce – bluzy z organicznej bawełny z rysunkami Garance po przecenie – ok. 200 zł – do niedawna zalegały na półkach w sklepie w Złotych Tarasach) – w nowej kolekcji wiosenno-letniej znów pojawiła się odrębna linia sygnowana jej ręką. Ostatnio do ambasadorek marki dołączyła również francuska modelka Caroline de Maigret i mam jakoś przeczucie, że na tej jednej dobrej znajomej Garance się nie skończy….

garance-dore-marco-polo_quer_v650xx

Zgodnie z zapowiedziami w Marc O`Polo nie znajdzie się więc fajerwerków ani odzwierciedlenia aktualnie panujących na wybiegach trendów, o których od razu wiadomo, że ich żywot będzie wyjątkowo krótki. Za to szukając dobrze uszytej bazy można wyjść z całym zestawem ubrań, które potem nosi się na okrągło w różnych zestawieniach – klasyczne białe koszule, koszule w paski, koszule dżinsowe, kardigany, ołówkowe spódnice, bluzki w marynarskie paski, sukienki a la Francuzka, gładkie i we wzory, skórzane, proste sandały… Podobnie jak u A.P.C. wszystko to pojawia się co sezon w lekko zmodyfikowanych wcieleniach – błogosławieństwo dla kogoś, kto wie dokładnie, czego szuka, ale chciałby odłożyć zakup na później. Ciekawym zabiegiem jest też wprowadzenie do każdej kolekcji 10 charakterystycznych sztuk odzieży, wyróżniających się nieco bardziej ekstrawaganckim wzornictwem od reszty.

Tak więc ujęli i mnie. Drżę, pisząc te słowa, bo wiem niestety z doświadczenia, jak szybko jakość potrafi iść w dół, gdy tylko marka zyska popularność i zdobędzie klientów na masową skalę (będzie o tym niebawem wpis) – ale na razie w Marc O’Polo wszystko jest takie, jakie powinno być w przypadku porządnej średniej półki. Ubrania są starannie wykończone, co można poznać po detalach, jak wzmocnienia kołnierzyka w koszulach, wewnętrzne paski i kieszonki w dolnych częściach garderoby, starannie obszyte dziurki w guzikach – tu nie znajdzie się ciągnących szwów ani porozrywanych rękawów, jak w Zarze. Materiały należą do szlachetnych – swetry wykonane są z wełny merynosów, podkoszulki z organicznej, mięsistej bawełny, skórzane buty mają szyte, a nie klejone podeszwy. Kolory nie schodzą w praniu. Plusem jest też możliwość reklamacji – sklepów w Polsce jest zaledwie kilka i może dlatego  honorują reklamacje nawet bez paragonu, co dobrze świadczy o marce.

Minusem i – jak sądzę – barierą dla części polskich odbiorców mogą być natomiast ceny. Regularna cena podkoszulka dochodzi do 200 zł, za spodnie/spódnicę trzeba zapłacić ok. 400-500 zł, sukienkę 600-700, a płaszcz – powyżej tysiąca. Buty kosztują od 400 do 600 zł. To niemało, choć mniej niż w przypadku A.P.C. Dlatego w przypadku mniej charakterystycznych rzeczy  (po tempie znikania niektórych widać, że marka dorobiła się już polskich fanów bacznie śledzących kolekcje) polecam wyprzedaże, kiedy ceny idą w dół o średnio 30-50 proc. Także w sklepach internetowych, m.in. Zalando. Inną opcją jest zapisanie się do grupy „Friends of Marc O’Polo” (można to zrobić w każdym sklepie, wypełniając formularz) – nie ma kart stałego klienta, ale dwa razy do roku wspomniani „przyjaciele” dostają pocztą kupony zniżkowe na całą aktualną kolekcję w okresie poprzedzającym wyprzedaż. Do ich skrzynek trafia też magazyn i katalogi.

Nie wiem natomiast, co z miejscem produkcji. A.P.C. szyje część ubrań w Chinach, część m.in. w naszym regionie Europy – trzy lata temu lekko zaskoczył mnie napis na metce kurtki „made in Poland”. W przypadku Marc O’Polo brak stosownych informacji na metkach, na stronie internetowej firma pisze jedynie, że „dba o odpowiedzialność w stosunku do przyrody i społeczeństwa oraz nieustannie rozwija działania na rzecz zrównoważonego rozwoju”, co może oznaczać wszystko albo nic. Jeśli ktoś z Was ma wiedzę w tym temacie, będę wdzięczna za podzielenie się w komentarzach: gdzie oni szyją i w jakich warunkach?

P.S.. Nie jest to wpis sponsorowany, choć jak już zaznaczałam, gdyby jakimś cudem Marc O`Polo lub A.P.C. zwróciły się z taką propozycją, nie powiedziałabym „nie”, choć na razie ten blog nie jest aż tak popularny, by mogło się na to zanosić. Ale wówczas na pewno o tym poinformuję (słyszy mnie pan, panie Touitou?;)

Otagowane , , , , , , , , , ,