Monthly Archives: Lipiec 2014

Małe trolle i poważne pytania

Mamy rok Tove Jansson – 9 sierpnia mija setna rocznica jej urodzin. Z tej okazji w helsińskim Ateneum, muzeum sztuki, w którym kiedyś studiowała Tove, do 9 września można oglądać wystawę poświęconą artystce, której twórczości nie sposób sprowadzać jedynie do historii o Muminkach, choć to z nimi już zawsze będzie najbardziej kojarzona.

zdjęcie (12)

Oglądając zgromadzony w kilkunastu salach malarsko-graficzno-literacko-komiksowy dorobek Tove i związane z nią artefakty – począwszy od dziecięcych rysunków po pięknie ilustrowane listy do przyjaciół, można zastanawiać się, czy urodzona w Helsinkach szwedzkojęzyczna córka rzeźbiarza stałaby się równie sławna jako malarka, gdyby pewnego dnia nie strzeliło jej do głowy, by napisać pierwszą historię o małych trollach i dużej powodzi. Można myśleć o spójności jej artystycznego świata, w którym – niezależnie od formy wyrazu – przewijają się te same motywy i o odwadze, z jaką podejmowała nowe twórcze wyzwania, pod prąd publiczności i krytykom, nie dając zamknąć się w wyznaczonej przez nich szufladce z etykietą „Mama Muminków”. Nie sposób też, gdy próbuje się jakoś ułożyć sobie w głowie tę obfitość sprowadzoną do Ateneum przez kuratorów, pozbyć się nieco innego rodzaju refleksji – jakim cudem jednej osobie, nawet w trakcie długiego przecież życia, udało się wytworzyć tak wiele i w najlepszym gatunku? Kto czytał wydaną w Polsce biografię Tove, zwrócił zapewne uwagę, jak istotny był dla niej czas przeznaczony na pracę. Lubiła samotność, w drugiej połowie życia razem ze swoją wieloletnią partnerką Tuulikki Pietilä uciekały do swojego azylu, na wyspę Klovharu w Zatoce Fińskiej, by odciąć się od świata, ale przecież każda z nich oprócz tego prowadziła normalne życie, spotykając się z ludźmi, załatwiając swoje sprawy, podróżując, nie mówiąc o tym, że Tove osobiście odpisywała na całą kierowaną do niej korespondencję.

zdjęcie (9)

 

 

Tove w atelier, poniżej – w stanie wypoczynkowym

zdjęcie (10)

To jest myśl, jaka prześladuje mnie od pewnego czasu, ilekroć zadumam się nad dorobkiem różnych Wielkich i Sławnych sprzed ery bezprzewodowego, taniego internetu – ile każdemu z nich udało się zrobić fantastycznych rzeczy w ciągu swego żywota, choć nie byli przecież pustelnikami ani nie zamykano ich przymusowo na całe dnie w ośrodkach pracy twórczej. A robili też całą masę innych rzeczy, z bimbaniem włącznie.

Warto zrobić sobie takie proste ćwiczenie, polecane przez autorkę świetnego bloga The Nife en l`Air: w ciągu jednego dnia zapisywać skrupulatnie czas poświęcony na poszczególne czynności. Nie po to, żeby zamienić się w cyborga odhaczającego z zegarkiem w ręce kolejne punkty na liście spraw do załatwienia, ale by wyłapać, czemu poświęcamy się najchętniej i najdłużej. Rezultat może być zaskakujący i mocno niespójny z wizerunkiem, jaki samemu pielęgnuje się w wyobraźni. Dla mnie zimnym prysznicem po takiej zabawie było wykazane czarno na białym, jak bardzo pochłania mnie bezrefleksyjne przeglądanie różnych stron internetowych, traktowane jako rodzaj relaksu, chwilowego oderwania się od pracy. Najbardziej bezsensowne jest oczywiście gapienie się co chwila w media społecznościowe, albo ciągłe sprawdzanie newsów, ale gdyby się tak zastanowić, rozczytywanie się godzinami na lekturze refleksji bardzo ciekawie piszących osób, jak choćby wspomniana Kali z The Nife en l`Air, sprowadza się w gruncie rzeczy do życia cudzym życiem. Zamiast zajęcia się własnym. Kwestia proporcji.

Nie w tym również rzecz, żeby zaraz odcinać się od internetu i traktować go jak zło wcielone, ani o jakiś wypaczony kult produktywności. Relaks, nawet w tym wydaniu, rzecz ważna, część lektur, na jakie natrafiam po drodze, jest całkiem sensowna, ale czy rzeczywiście chcę spędzać w taki sposób całkiem sporą część dnia, który ma tylko 24 godziny? Co zostanie mi po codziennym przeglądaniu serwisów z wiadomościami, które przekierowują do kolejnych sensacji i plotek? Albo czytaniem kolejnych nowych statusów znajomych na Facebooku? Czy taka wiedza w jakikolwiek sposób mnie rozwija albo wzbogaca?

Pytanie „o co mi chodzi”  lub też „ co chcę zrobić w ciągu życia” wydaje się albo zbyt podstawowe, albo zbyt górnolotne, żeby zadawać je sobie na poważnie. Nie każdy wszak będzie Tove Janssen, można sobie powiedzieć, machnąć ręką i wrócić do starych przyzwyczajeń. Ale jak już przełamie się te bariery i postawi je przed sobą, jest szansa, że ujrzy się rzeczywistość w zgoła nowym wymiarze. Internetowy detoks przestanie być wyzwaniem wymagającym silnej woli, określanym internetowym detoksem – po prostu człowiek uświadamia sobie, że to, co wchłania codziennie w każdej postaci, zależy wyłącznie od jego własnego wyboru. I jeśli ma szacunek do samego siebie, świadomość własnych słabych i mocnych stron, celów, do jakich dąży, będzie je podejmował zgodnie z tymi drogowskazami. Tove doskonale wiedziała, czego chce, kim jest i jak wykorzystać własne zdolności.

To podobnie jak z tworzeniem własnej idealnej garderoby: dopiero gdy określi się własny styl i wiemy, w jakim kierunku chcemy zmierzać, cała reszta przychodzi w miarę naturalnie. Nie kupujesz wtedy pierwszej lepszej szmatki dostępnej w promocji albo przykuwającej wzrok na wieszaku, bo wiesz, że do ciebie nie pasuje, a nie chcesz nosić byle czego, tylko to, w czym jest ci najlepiej. Ani traktować swojej szafy jak śmietnika.

A od Muminków (które najpierw były czarne i dość chude, zaś w miarę zyskiwania sławy pęczniały coraz bardziej) i tak nie uciekniemy. Zresztą kto by chciał?

zdjęcie (11)

Reklamy
Otagowane , , , , , , , ,

O kolorach

Analiza kolorystyczna – odnoszę wrażenie, że ta metoda, popularna w latach 90. (a przynajmniej ja pamiętam wzmianki o niej z kolorowych magazynów dla kobiet, które przeglądałam wówczas jako niedorosła) przeżywa ostatnio drugą młodość. I to za sprawą widocznego zainteresowania kwestiami minimalizmu, porządkowania własnej garderoby, stylu Francuzek. Niedoścignioną mistrzynią w pisaniu na ten temat jest Maria, autorka bloga „Ubieraj się klasycznie” , ani mi w głowie stawać z nią w szranki, dorzucę tylko własny kamyczek do tego ogródka.

Czy dzielenie typów urody na ciepłe lata, czyste wiosny, prawdziwe zimy etc. ma sens? Zdecydowanie tak, jeśli oderwiemy się od schematu myślenia o „analizie kolorystycznej” właśnie w kontekście ostatniej dekady ubiegłego wieku,  jako spotkaniu z panią stylistką, która przykłada nam do twarzy ścinki materiału w różnych kolorach. Jeśli chce się stworzyć własny styl i zbudować garderobę złożoną wyłącznie z ubrań, w których wyglądamy znakomicie i które uwielbiamy, odnalezienie „naszych” kolorów powinno być jednym z pierwszych kroków przy eliminacji nietrafionych nabytków. (Patrz: „Lekcje Madame Chic” i słynny dialog narratorki z rzeczoną Madame, która obrzuca pełnym dezaprobaty spojrzeniem jej zielony sweterek i rzuca: „Wyglądasz w niej jak zmyta”. – Czyli nie powinnam nosić zielonego? – pyta speszona Jennifer. – Ależ skąd! – odpowiada Madame i zaczyna wymieniać odcienie tej barwy, w których Amerykance będzie idealnie do twarzy.)

Tyle, że panią stylistkę z kompletem ścinków może zastąpić nam dziś z powodzeniem Internet – oprócz bloga Marii funkcjonuje w nim cała masa nie tylko polskojęzycznych stron poświęconych zagadnieniu kolorystycznej palety – oraz własna intuicja.

Gdy zaczęłam wgryzać się w temat typów i podtypów kolorystycznych, z początku obawiałam się zagubienia w tych niuansach, ale szybko doszłam do wniosku, że jestem czystą  zimą (clear winter). Wystarczyło przypomnieć sobie, w jakich kolorach zawsze czułam się wyraziście, dobrze, które wzmacniały moje naturalne ubarwienie – i za które zbierałam najwięcej komplementów od otoczenia. Nietrudno było też zdiagnozować jasny, porcelanowy kolor skóry, która dość trudno się opala, oczy w intensywnie niebieskim kolorze z odcinającymi się kontrastowo tęczówkami i włosy, które po urodzeniu miałam ciemnobrązowe, prawie czarne, potem mi trochę zjaśniały, a potem – też intuicyjnie – farbowałam je długo na atramentową czerń (teraz wróciłam do ciemnego brązu). Taka diagnoza mocno ułatwia życie. Nie dla mnie niestety jesienne rudości, beże, zgniłe zielenie i kości słoniowe. Ale już neonowa czerwona pomarańcz jak najbardziej – niby z pozoru nie pasuje do zestawu kontrastowych, wyrazistych barw, a jednak – sprawdziłam! –  to jedyny odcień pomarańczowego, w jakim dobrze czystym zimom.

Oto moja paleta kolorów (ta ostra pomarańcz to ostatni kwadracik na górze po prawej). Wszystko się zgadza!

clearwinter

Analiza kolorystyczna uświadamia też, że zachwycając się francuskim stylem i minimalizmem, warto zachować zdrowy rozsądek – szukać tego, co pasuje do mnie, a nie tego, co trzeba nosić, bo napisała tak Ines de Fressange czy jakaś inna autorka. Beże i szarości nie są dla każdego. Nie każdemu typowi urody pasuje granatowy. Natury nie da się oszukać, ale można jej pomóc.

A co Wy sądzicie o tej metodzie? Sprawdza się?

Otagowane , , , , ,