Prostota w kolorze

Wszystko zaczęło się od jednej, prostej sukienki na lato, którą Jackie Kennedy Onassis miała akurat na sobie, w pogodny dzień 1960 roku, pozując do zdjęcia z mężem na okładce „Sports Illustrated“. A że Pierwsza Dama Ameryki zakupiła jeszcze siedem podobnych sukienek z metką o dziwnej nazwie Marimekko, szybko trafiły także na okładki Vogue, Elle, Harper`s Bazaar, a stamtąd – do ekskluzywnych butików w Nowym Jorku.

Choć naprawdę cała ta historia zaczęła się dziesięć lat wcześniej, w Finlandii.  Tak, jak często bywa z udanymi przedsięwzięciami – z przypadku. Niejaki Viljo Ratia, przedsiębiorca, kupił firmę produkującą tkaniny, pod nazwą Printex. Interes szedł słabo. Fińska gospodarka nie mogła dojść do siebie po ciężkich wojennych latach, obciążona reparacjami na rzecz Związku Radzieckiego. By zwiększyć sprzedaż, Viljo poprosił żonę, Armi, absolwentkę projektowania tkanin w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego w Helsinkach o zaprojektowanie jakichś kwiatowych wzorów na bawełnianych tkaninach, które pomogłyby mu zwrócić uwagę klientów na firmę. W tamtych czasach w fińskich sklepach dominowały kwiatowe łączki, importowane z Anglii. Armi nie znosiła ich, więc zamiast skopiować rozwiązania, do jakich byli przyzwyczajeni klienci, zatrudniła młodą projektantkę Maiję Isolę, by wymyśliła coś innego. Ta wywiązała się z zadania idealnie, przedstawiając serię tekstyliów o wyrazistych, mocno kolorowych wzorach. Drugim strzałem w dziesiątkę okazało się zaangażowanie wspólnej znajomej obu pań, Riitty Immonen, by zorganizowała w popularnej restauracji Kalastajatorppa pokaz mody sukienek naprędce uszytych z tkanin w nowe wzory. Nazwały ten projekt „Marimekko“ – „mekko“ to „sukienka“, „Mari“ (anagram imienia Armi – Maria, czyli zwyczajna dziewczyna). Zakładały, że w ten niekonwencjonalny sposób zwrócą uwagę prasy na tkaniny i dotrą do nowych klientek, które będą chciały kupować więcej materiałów, żeby też coś sobie z nich uszyć. I owszem, zwróciły, tyle że na sukienki. Fiński przemysł odzieżowy wówczas praktycznie nie istniał,  zaś w światowej modzie, na fali odreagowania po chudych wojennych latach, królowały ciasno opinające figurę, wymyślne stroje. Na tym tle Marimekko – oferujące proste, luźne sukienki do noszenia na codzień – wydało się Finkom objawieniem na miarę odrzucenia gorsetów i tiurniur. Armi instynktownie wyczuła, że receptą na sukces jest wyróżnianie się, wyrazistość i umiejętnie podsycała zainteresowanie nowym przedsięwzięciem, korzystając ze swoich osobistych kontaktów z przedstawicielkami prasy. Marimekko było dla niej więcej niż przedsiębiorstwem. Było filozofią, która przemawiała wyjątkowo mocno do jej rodaczek, tradycyjnie silnych i niezależnych kobiet, które jako pierwsze w Europie uzyskały prawa wyborcze.

5926ad2ceef7c0aec2977e4fe4587b79

Ideologia Marimekko opierała się na tworzeniu rozwiązań dla zwyczajnych ludzi i kładła nacisk na indywidualizm. Luźne, proste sukienki mogły nosić wszystkie kobiety, nie tylko posiadaczki zgrabnych figur i talii osy. To musiało się spodobać, tak samo jak charakterystyczne dla Finów respektowanie zasad równości i szacunek dla prostego człowieka.  Tak narodziła się koncepcja „Mari” – dziewczyny o wyszukanym guście, która nie jest może klasyczną pięknością, lecz jest atrakcyjna, zadbana, pewna siebie, ma ciekawą twarz i pozostaje aktywna niezależnie od wieku.  Jest nowoczesna, ma liberalne poglądy, poczucie humoru, intelektualistka, która interesuje sie sztuką lub sama tworzy. Jest niezależna, lecz ważne są dla niej rodzinne wartości. Mieszka w mieście, ale ceni sobie kontakt z naturą. W roli modelek występowały znajome Armi – zwykłe kobiety o różnych figurach, w różnym wieku. Całkowite odwrócenie koncepcji, w której to projektant mody i producent narzucają odbiorcom swój kanon piękna – zamiast tego, Marimekko czerpało inspiracje od swej „grupy docelowej”. Mistrzyni marketingu! Ubrania były pozbawione niepotrzebnych ozdób, prosto skrojone, co obniżało koszty produkcji. Na bazie Printexu sprytne Armi i Riita wydzieliły więc nową firmę, którą nazwano Marimekko Oy – by oddzielić tę część biznesu od działań spółki-matki.

emmi_61273_12

Kolejnym odkrywczym ruchem było zaangażowanie młodych projektantów do wymyślania wzorów dla firmy. Najważniejszą współpracowniczką pozostawała nadal Maija Isola, choć między nią, a Armi często iskrzyło – jak to bywa między dwoma artystycznymi, silnymi osobowościami. Najsłynniejszy wzór Marimekko, makowy Unikko, który obchodzi w tym roku 50-lecie, powstał jako przerwotna odpowiedź Maji na deklarację Armi, że nie życzy sobie już więcej żadnych kwiatowych wzorów. Ten nie był jednak typowy. Wygłodniałe po szarych latach wojny kobiety łaknęły wyrazistych kolorów – sukienki Marimekko sprzedawały się na pniu. „Trzeba marzyć. I wyróżniać się z tłumu” – powtarzała założycielka firmy. Dla Finów Marimekko stało się przedmiotem narodowej dumy.

marimekko-black-multi-drop-dress-31

A potem był pokaz tkanin na wystawie światowej w Brukseli, gdzie zachwycił się nimi amerykański architekt Benjamin C.Thompson. Po wymianie korespondencji, Armi poleciała do Cambridge w stanie Massachusetts (tam później powstanie pierwszy amerykański sklep Marimekko) z dwoma kartonami – w jednym były tkaniny, w drugim sukienki. Jedną z nich kupiła od Thompsona Jackie Kennedy. Znów przypadek – ich domy sąsiadowały ze sobą w nadmorskiej miejscowości Cape Cod. Potem Jackie kupiła kolejnych siedem kiecek, wystąpiła na okładce… i już wiemy, co było dalej. Marimekko podbiło świat. W 1956 roku powstał kolejny „kultowy” wzór – koszula Jokkapoika, którą upodobała sobie lewicująca inteligencja, w 1968 r. – bluzka w paski symbolizująca równość.

W historii Marimekko nie brakowało mimo to zakrętów. Po śmierci Armi, która  trzymała firmę żelazną ręką do spółki z dyrektor finansową, firma popadła w tarapaty i została sprzedana grupie przemysłowej Amer. W latach 80. jej projekty wydawały się równie przestarzałe jak muzyczne hity z epoki dzieci-kwiatów. A jednak dzięki kolejnej kobiecie, która uwierzyła, że to jeszcze nie ostatnie słowo w dziejach tego symbolu fińskiego wzornictwa, Kirsti Paakkanen, Marimekko znów wyszło na prostą. W promocji pomogli znów znani i lubiani. W sukienkach marki pokazała się Carrie Bradshaw na planie „Seksu w wielkim mieście”, okazało się, że Conversy ze wzorami Marimekko (firmy nawiązały współpracę) nosi też Elton John, a Hillary Clinton podczas pobytu w Helsinkach odwiedziła fabrykę firmy – fotoreporterzy uwiecznili ją, jak wychodzi z wypchanymi od zakupów torbami. Dziś Marimekko to na powrót jedno z flagowych fińskich przedsiębiorstw – najsłynniejszy, kwiatowy wzór Unikko w granatowej wersji zdobi jeden z samolotów narodowej linii Finnair, obsługujący loty do Azji. Nieprzypadkowo – największą atencją marka otaczana jest w Japonii, gdzie po dostawie nowych kolekcji pod sklepami gromadzą się tłumy chętnych do zakupu. Dziś nie tylko ubrań i tkanin, ale artykułów gospodarstwa domowego (asortyment podobny do Ikei, tyle że na mniejszą skalę). 

marimekko-pendula-multicolor-dress-69

Czemu o tym piszę? Bo Marimekko jest zaprzeczeniem stereotypu, że dobra jakość i minimalizm muszą być szare, monochromatyczne, surowe i smutne. Nie wszystkie wzory proponowane przez markę są w moim guście, nie we wszystkich zestawieniach kolorystycznych i fasonach byłoby mi dobrze, ale niektóre to prawdziwe arcydzieła, zapierające dech w piersiach prostotą i pomysłem. Te, które szczególnie mi się podobają, posłużyły jako ilustracja do powyższego tekstu.

maileri935_57094_13_large

 Marimekko – niestety – jest wciąż niedostępne w Polsce (choć niektóre akcesoria domowe i pościel można kupić w sklepie Scandinavian Living w podwarszawskim Konstancinie. Gdy się pojawi, otwierając pierwszy sklep, chętnie zgłoszę się na szefową promocji;) Niestety, ceny ubrań – wbrew hasłom  dostępności i utylitaryzmu – nie są niestety na przeciętną kieszeń, chyba że podczas wyprzedaży. W tym przypadku jednak cena naprawdę odzwierciedla jakość. Nawet mówi się, że sukienki Marimekko bywają przekazywane z matki na córkę – wiem, sprawdziłam, mam kilka okazów, upolowanych właśnie podczas wyprzedaży, przywiezionych z wyjazdów. Zajmują w mojej oczyszczonej szafie honorowe miejsce. Zwłaszcza, gdy odkryłam (jak gdzieś już pisałam na tym blogu) że surowy minimalizm nie dla mnie i choć uwielbiam zestawy czerń/biel, czysta zima potrzebuje jednak koloru. Podczas pobytu w Helsinkach nie odmówiłam sobie wizyty w outlecie Marimekko – też bardzo polecam, nie tylko można znaleźć przecenione elementy poprzednich kolekcji (firma wypuszcza ich cztery rocznie, inspirowane m.in. pogodą i fińską naturą) ale jeszcze poprawić sobie humor i zyskać dawkę energii na ciężki dzień. Co ważne dla kogoś, kto stroni od szybkiej mody, firma udowadnia również, że w dobie masowego szycia w chińskich szwalniach nadal można wspierać rodzimy przemysł i dbać o jakość tkanin. 79 proc. kolekcji Marimekko wytwarzane jest w Finlandii i innych krajach Unii Europejskiej (zwykle Litwa, Łotwa, Estonia). Ubrania wypuszczane są w krótkich seriach, często wybrane modele dostępne są tylko w jednym kraju – chodzi zapewne o to, by kupujący mieli poczucie podobne do tego, jakie muszą towarzyszyć kolekcjonerom. Prawdopodobieństwo, że trafi się na kogoś w tej samej sukience, jest znikome.

emmi_61226_12

Zastanawiam się też, czemu w Polsce, gdzie przecież mamy tylu świetnych młodych projektantów, nikt dotąd nie wpadł na podobny pomysł – rodzinnej firmy odzieżowej odróżniającej się czymś od reszty, która wykorzystywałaby najlepsze pomysły absolwentów wydziałów wzornictwa przemysłowego i promowała stosunkowo mało znany kraj za granicami?  I czy koncept Marimekko, oparty na żywej kolorystyce, grze kontrastów, op-artowymi zabawami mógłby sprawdzić się u nas, gdzie jednak na ulicach króluje czerń i szarość?

Zdjęcia pochodzą z profilu na FB i strony internetowej Marimekko.

 

Advertisements
Otagowane , , , , , ,

14 thoughts on “Prostota w kolorze

  1. Tofalaria pisze:

    Ha! Nawet nie wiedziałam, że mam ciuch będący dalekim potomkiem myśli Marimekko. Otóż kupiłam kiedyś poszewkę w Ikei z nadrukiem charakterystycznych kwiatów M. Coś tam było nie tak z wielkością koca i tak z poszewki powstały między innymi spodnie. Coś jeszcze szyłam z tej tkaniny, ale nie mogę sobie w ogóle przypomnieć (może dla kogoś) – taka poszewka to wiele, wiele niekończących się metrów. Tylko jakość materiału bardziej ikeowska niestety…

  2. Uwielbiam Marimekko. Jest dla mnie przykładem firmy-ikony, która powstała na wartościach. Chociaż przyznam szczerze, że ubrania mnie nie pociągają. Za to ceramikę kocham. Mam w domu dwa kubki Marimekko, jeden ze słynnym kwiatowym wzorem, drugi w wersji b&w.

    • minimalplan pisze:

      Dokładnie – i mam wrażenie, że ciągle tym wartościom są wierni. Swoją drogą temat mnie tak wciągnął, że zaczęłam czytać bardzo ciekawą książkę „Out of the Blue” – historia fińskiego designu. Coś musi być w tamtejszej mentalności, że z kraju, który niecałe 100 lat temu odzyskał niepodległość, stali się mocni i rozpoznawalni w takich dziedzinach, jak m.in. wzornictwo. Mi osobiście – jak napisałam – też nie wszystkie propozycje ubraniowe Marimekko odpowiadają, ale niektóre brałabym nie patrząc na cenę 😉 Widać, że ktoś tam ostro i z powodzeniem ostatnio pracuje nad odświeżeniem starych wzorów.
      P.S. Bardzo lubię czytać Twojego bloga 🙂

  3. Małgosia pisze:

    Czytałam ostatnio gdzieś, coś o Marimekko, w Wysokich Obcasach bodajże. Znałam ten kwiatowy wzór – z czerwonymi makami – ale nie myślałam, że to coś charakterystycznego – ot, ktoś coś machnął. Podoba mi się idea firmy. Też się zastanawiam, czy przyjęłaby się na polskich ulicach, ja osobiście chyba aż tak wzorzystych tkanin bym nie ubrała, choć ceramika już bardziej.

  4. In this situation, breast inplants Dr. This genetic test can help you choose to have
    had a full B cup to a natural-looking full C-cup. After surgery, you will
    need to keep them healthy and has some of your chest wall.
    Breast implants are placed. For these people can take
    a slower exit.

  5. Anna pisze:

    Witam. Od kilku miesiecy wertuje blogi minimalistyczne w tym Pani blog – postanowilam znacznie odgracic mieszkanie, w tym swoja szafe. Przeczytalam tez raz blog Dead Fleurette. Po lekturze zaczelam sie zastanawiac nad pewnym aspektami bardzo ograniczonej garderoby. Ja bardzo czesto piore ubrania, bo pracuje w klimatyzowanym pomieszczeniu i w takim srodowsku zapachy sa bardzo zintensyfikowane. Nie wyobrazam sobie zalozyc marynarke wiecej niz 2 razy. T-shirty i koszulki czesto piore w pralce przez 2-3 cycle zanim je zaloze. Ogladajac zdjecia Pani Fleurette odnosze wrazenie ze wyglada ona nieswiezo. I te jej noszone non-stop te same buty – przeciez to musi brzydko pachnac. I ta marynarka po babci….I do tego dziewczyna marznie w Norwegii bo nie moze zdecydowac sie jaki kupic sweter….Co Pani o tym sadzi? Jak pielegnowac garderobe alby jak najdluzej nam sluzyla i jak czesto wymieniac ubrania? I czy warto inwestowac w rzeczy skoro sie przepocaja i nie mozna ich doprac? Czy moglaby Pani napisac o tym? Pozdrawiam, Czytelniczka.

    • minimalplan pisze:

      Nie chcę wchodzić w rolę „agony aunt”, takiej wyroczni, która udziela porad na łamach pism 😉 trudno mi też wypowiadać się na temat autorki bloga Dead Fleurette, bo osobiście jej nie znam, mailowałyśmy tylko ze sobą, a to co widzimy w Internecie może odbiegać od rzeczywistości. Wydaje mi się, że rozsądek przede wszystkim. Minimalizm dla każdego oznacza inne podejście, sama nie wyobrażam sobie posiadania 3 rzeczy na krzyż i prania ich raz na miesiąc albo noszenia tylko ubrań w szarym, czarnym i białym kolorze – zwłaszcza po nieudanym eksperymencie w tym kierunku. Świadoma konsumpcja moim zdaniem polega raczej na rozpoznaniu, co jest nam potrzebne, a co nie, w czym jest nam dobrze, w czym niekoniecznie, i zdawania sobie sprawy, co kryje się za zakupowymi potrzebami. Liczba posiadanych dóbr to kwestia wtórna, choć jeśli ktoś zaczyna zastanawiać się nad tym w podobnym duchu, prędzej czy później robi wokół siebie porządki i rzeczy przestają być dla niego celem samym w sobie. Wyobrażam sobie, że mentalnie można być minimalistą zarówno mając 200 ubrań, które się lubi i nosi na codzień, jak i 10 🙂 Pozdrawiam serdecznie

      • Anna pisze:

        Bardzo dziękuje Pani za odpowiedź, miło że się Pani odezwała. Blog Pani Fleurette dobrze się czyta, ale jak zobaczyłam jej zdjęcia na blogu to odebrałam to jako zgrzyt z prezentowaną treścią. Może w rzeczywistości wygląda to inaczej, a może spodziewałam się lepiej wyglądającej Pani po jego treści. Ja tymczasem jestem na etapie robienia porządków i wstrzymałam się z zakupami. Chodzę i oglądam i tak sobie myślę o tej jakości i cenach. Wczoraj odwiedziłam Marc O’Polo w Złotych Tarasach i nie powiem, kilka rzeczy mi się podobało. Ale tam najzwyklejszy, najtańszy sweterek (co prawda dobrej jakości) ale… kosztuje około 400 zl. I teraz się zastanawiam czy warto, bo przecież to tylko sweterek – ile można za niego zapłacić? Tym bardziej że ja często piorę ubrania i boję się że skurczy mi się tak samo jak inne, dotychczas kupowane sweterki. Ja do tej pory kupowałam rzeczy w Marks&Spencer, które cenowo i jakościowo mi odpowiadały. Powiedzmy że taki sweterek w M&S (koszt około 100 zl) wytrzyma rok, ale mi to pasuje bo go sobie po tym okresie wymienię na nowy i będę miała świeży. Ale po Pani blogu zachciało mi się czegoś lepszego, z wyższej półki. I tak się zastanawiam czy to nie jest już pewnego rodzaju snobizm. W końcu mam rodzinę, dzieci na utrzymaniu i w kółko jakieś wydatki a przecież w naszym kraju pensje są niskie – szczególnie jeśli rodzina jest liczniejsza – i wszystko wydaje się takie drogie. Odwiedziłam też COS ale te ich ubrania są jakieś dziwne… nie pasują do tego, co mam już w szafie. Trzeba by się u nich ubrać od stóp do głów aby dobrze wyglądać….Na razie zużywam to co mam i oglądam, może dojrzeję z jakimś zakupem do wyprzedaży…Pozdrawiam

  6. iwona pisze:

    Anna, po prostu nie można przeginać, w żadną stronę. W minimaliźmie nie chodzi o to by nie prać i się nie myć i żyć w jednej koszuli (chyba że komuś to wystarcza), ale żeby nie mieć zbyt dużo. Trzeba mieć w sam raz, i dla każdego to jest inna ilość. Jeśli nasza zima trwa przeszło pół roku, nie wyobrażam sobie mieć dwa swetry, ani nawet trzy. Spójna garderoba jest spójna kolorystycznie, stylowo i zawiera wszystko czego potrzebujesz, ani więcej ani mniej. Ja nie liczę swoich ciuchów,ale przerobiłam w głowie fakt że miałam za dużo, teraz ilość wystarczająca jest inna niż kiedyś (wiem już że potrzebuję wiele mniej niż mi się wydawało), ale na pewno nie jest to jedna para butów i jedne jeansy.

  7. Marcela pisze:

    nie wiedziałam, że piszesz dla Wysokich obcasów 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: