Monthly Archives: Październik 2014

Prawo rynku

Na blogach minimalistów i zwolenników prostego życia (choćby u Simplicite czy Ubieraj się klasycznie) pojawiły się ostatnio ciekawe rozważania na temat dyscypliny i tego, co w niej przeszkadza. Za głównego winowajcę – zarówno w tekstach, jak i komentarzach – uchodzi Internet. Portale newsowe, które kuszą, żeby przeskakiwać od jednej sensacyjnej wiadomości do drugiej, zdjęcia na portalach społecznościowych Instagram czy Tumblr, przeglądane bezmyślnie, bo cieszą oko, i oczywiście Facebook, na którym też – jak orientujemy się poniewczasie – spędzamy długie godziny, śledząc zmiany statusów u licznych znajomych. Wszystko to przeszkadza w skupieniu – chyba pisałam już tutaj kiedyś przy okazji recenzji książki „Jak Internet wpływa na nasz mózg” – że coraz więcej osób przyznaje się do tego, że nie potrafi czytać jednej książki, tylko kilka naraz, porzucając je niedokończone – też zauważyłam u siebie to zjawisko. Mózg, przyzwyczajony, że co rusz dostarcza się mu nowych rozrywkowych bodźców, przestawia się na stan nieustających wakacji i chce więcej, więcej. A organizm pozostaje w stanie permanentnego pobudzenia, co może odbić się na zdrowiu – rozwibrowanie, kłopoty z pamięcią, bezsenność. Na szczęście jest to proces odwracalny, ludzie, którzy pamiętają życie bez ciągłego dostępu do internetu w komórce, lub wręcz w erze niecyfrowej (brzmi to jak opowieść „za siedmioma górami, za siedmioma lasami”, prawda?) po przestawieniu się na dawny tryb, choćby podczas wakacji w głuszy, odkrywają, że potrafią jednak się koncentrować na jednej czynności przez dłuższy czas i czerpać z tego przyjemność. Jednym tak już zostaje, inni wracają do cyfrowego świata, ale dawkują go sobie rozważniej – zresztą, co ciekawe, wcale już ich tam tak bardzo nie ciągnie, odkąd po przejrzeniu facebookowego archiwum odkryli, że nie przegapili nic, bez czego ich świat się by zawalił, jeszcze inni po pewnym czasie znów wpadają w schemat lęku przed byciem nie na bieżąco.Czy więc Internet może być nałogiem, jak kokaina, alkohol, tytoń i tak dalej?

Sama lubię wyobrażać sobie portale społecznościowe, newsowe i w ogóle wszystko, co zwykle czytujemy w sieci, na kształt rynku. W dosłownym rozumieniu – takiego rynku, który dawniej wyznaczał centrum większości miast lokowanych na planie magdeburskim i w erze przedcyfrowej, czyli przez wiele minionych wieków, wyznaczał – symbolicznie i dosłownie – centrum miasta. Na rynku koncentrowało się życie. Jeśli ktoś chciał dowiedzieć się, co słychać, szedł na rynek. Tam można było poplotkować z przekupkami, dowiedzieć się, że właśnie przyjechał cyrk, kto umarł, kto wychodzi za mąż, a komu się nie wiedzie. Usłyszeć, że w innej części świata urodziło się właśnie dwugłowe cielę, a gdzieś spalił się dom. Przysiąść przy kawie, pogapić się na obcych ludzi, posłuchać ulicznych muzykantów. Ten model zresztą widać do dziś, zarówno w miastach mniejszych, jak i tych, które ze swego rynku uczyniły główną turystyczną atrakcję, choćby w Krakowie, gdzie krąży powiedzenie, że jeśli chcesz spotkać co najmniej czterech znajomych, przejdź przez Rynek (tej z dużej litery, czyli Rynek Główny). W miastach mniejszych od razu rzucają się też w oczy osoby, które na rynku spędzają całe dnie, praktycznie podpierając ściany okalających go kamienic. Zwykle są to mężczyźni w nieokreślonym wieku, czasem na lekkiej bani. Siedzą, stoją, obserwują okolicę, zaczepiają kolejnych znajomków, pogadują o pogodzie lub życiu. Znikają dopiero późnym wieczorem – a rano znów ich ciągnie na rynek. I tak codziennie. Niewiele o nich wiadomo, nie słychać, żeby coś szczególnego dokonali, coś ich pochłaniało, poza tym, że zawsze można ich spotkać na rynku.

Każdy z nas od czasu do czasu potrzebuje świeżej dawki plotek, interakcji z innymi, przeczytania nawet głupich wiadomości czy przeglądania instagramowych obrazków. Wydawałoby mi się sztuczne tworzenie sobie rygorystycznych barier i całkowitego odcinania się od podobnych czynności, w końcu jest się człowiekiem. Pruski dryl i „dużo pracy, brak zabawy” nie jest zdrowy. Ale jeśli kiedyś tam jasno zdefiniowaliśmy sobie, co chcielibyśmy w życiu zrobić i co jest dla nas ważne, łatwiej przyjdzie nam spojrzeć w którymś momencie na zegarek i zniknąć z rynku, odchodząc do spraw, które znacznie skuteczniej przybliżą nas do własnych celów. W podobnej sytuacji pytam więc siebie: czy chcę być takim Zenkiem czy Marianem, który opuszcza rynek tylko wtedy, kiedy musi załatwić podstawowe potrzeby życiowe. O wszystkim wie pierwszy, każdego zna, choćby z widzenia, jest nieustannie na bieżąco, ale po nim samym nic nie zostanie.  To każdorazowo działa jak zimny prysznic.

Reklamy
Otagowane , , ,

Slow niejedno ma imię

– Nie jesteśmy przecież sieciówką! – burknęła w moją stronę ekspedientka.

Stałam w kolejce już blisko kwadrans, czekając cierpliwie, aż upora się z odnalezieniem w komputerze sprzedawanych ubrań, nabiciem kwot na kasę i pobraniem płatności. Sklep z gatunku wciąż niszowych w Polsce, oferujących odzież wybranych, niedostępnych gdzie indziej marek. Promowanie najwyższej jakości, lokalność, i takie tam. Klientka przede mną kupowała hurtowo. Klientka za mną irytowała się. Ja patrzyłam na zegarek, starając się nie przebierać nogami – za dziesięć minut powinnam być całkiem daleko stąd. Zajrzałam do sklepu w poszukiwaniu letniej sukienki dobrej jakości, nie z sieciówki właśnie. Kilka dni wcześniej ktoś opowiedział mi o nowej marce Rekh&Datta. To, co zobaczyłam w internecie (firma zbierała środki na start) było na tyle zachęcające, że wybrałam się pod jedyny – jak doczytałam – w Polsce adres, gdzie jeszcze przez kilka tygodni można było zapoznać się z wytworami Rekh&Datta na żywo. Ubrania projektuje Monika Jakubiak, absolwentka Central St. Martin’s College of Art and Design. Inspiracje do tworzenia wzorów czerpie głównie z obserwacji, jak dynamicznie rozwija się w Indiach infrastruktura, jak szybko rosną nowe budynki. Nawiązuje do wzornictwa ze wczesnych lat 20. XX wieku – Bauhausu, Wiener Werkstatte in Austria, and Sonia Delaunay in France. Stroje powstają w studio w Austin w Teksasie, tkaniny farbowane są tradycyjną ręczną metodą w hinduskim Radżastanie, a  szyte  w Polsce. Przedsięwzięcie w duchu slow fashion, sfinansowane dzięki kampanii na Kickstarterze. Na żywo spełniło oczekiwania. Przepiękne wzory, delikatny, ale zarazem mocny materiał – jak te ponadczasowe sukienki, które nosiły nasze mamy lub ciotki, przekazywane kolejnym pokoleniom i mimo upływu lat pozostające ozdobą szafy. Wybrałam jedną, korzystając z zachęcającej zniżki w ramach sezonowej wyprzedaży  i ustawiłam się grzecznie w ogonku, całkowicie ignorowana przez  sprzedającą.

Cóż, to było w gruncie rzeczy do przewidzenia. Powinnam była domyśleć się, w czum rzecz, gdy na wejściu zostałam najpierw zaatakowana pytaniem: „w czym mogę pomóc?”, a potem, po szybkim zlustrowaniu od stóp do głów, sprzedająca całkowicie straciła zainteresowanie moją osobą, koncentrując się na dwóch pozostałych klientkach, przeglądających zawartość wieszaków.  Znam ten wzrok – zawiera podręczny skan, w którego pamięci zakodowanych jest kilka ludzkich typów, przyporządkowanych zakupom w podobnych miejscach wedle wartości portfela, którą z kolei szacuje się na podstawie dość umownych kryteriów. Nie pasujesz, odpadasz. Dobrze jeszcze, że nie padnie w twoją stronę hasło w rodzaju: „pani chyba nie stać na zakupy u nas”.

Ekspedientka oddawała się czynnościom. Dwie pozostałe klientki ucięły sobie tymczasem pogawędkę.

– To szmaty. Równie dobrze mogłaby pani kupować w H&M. Wiem, co mówię, jestem z branży- rzuciła jedna z nich w stronę drugiej, przyglądając się stosowi wybranych ubrań.

– Tak? Pogorszyła się jakość? Jeszcze trzy miesiące temu kupowałam w Paryżu i wszystko było w porządku – rzekła druga, lekko zbita z tropu. Typ bizneswoman wyskakującej na zakupy w przerwie obiadowej.

– Pogorszyła, teraz to szajs. Tamte niech pani weźmie. Trochę jeszcze zostało, może na pani rozmiar, choć ja już obkupiłam się na najbliższe pół roku.

Sprzedająca wygrała walkę z komputerem – odszukała  wszystkie pozycje wybrane przez klientkę „z branży”, udało się jej przeprowadzić płatność przy pomocy karty, jednak kasa fiskalna odmówiła posłuszeństwa, a może po prostu skończył się papier. Czas

– Wszystko jedno, ile kosztuje, nie chcę tych wszystkich paragonów, biorę, uciekam i już – oświadczyła jednak klientka  i uciekła, zafalowawszy kiecką z bawełny organicznej w marynarskie paski.

Klientka za mną szykowała się do kolejnej rundy rozmów doradczych, tym razem ze sprzedającą.

Uśmiechając się, poprosiłam, czy mogłabym zostać obsłużona chwilę wcześniej. Chcę tylko zapłacić za sukienkę, zajmie to minutę, a oszczędzi mi spóźnienia.

– Nie wiem – prychnęła. – Muszę zaraz wracać do pracy.

– Naprawdę, to zajmie minutę.

– No dobra, zobaczmy.

Bardzo dziękuję.

Sądzę, że to właśnie „bardzo dziękuję” dopełniło mojego losu tego popołudnia. Osoba od razu pozwala zaklasyfikować się jako słabeusz, istota podrzędnego gatunku, pański podnóżek.

– A pani co chce? – zagaiła ekspedientka. – Tylko tą jedną sukienkę?

Widząc, jak z mozołem rozpoczyna znów poszukiwania w komputerze, spytałam, czy mogłaby załatwić sprawę szybciej, bo bardzo, ale to bardzo mi się spieszy.

– Nie da się. Ręcznie wszystko muszę znaleźć. Nie jesteśmy przecież sieciówką!

– No to jak z tą minutą? – burknęła klientka za mną.

Cóż – slow, jak widać, niejedno ma imię.

Otagowane , , , , , ,