Prawo rynku

Na blogach minimalistów i zwolenników prostego życia (choćby u Simplicite czy Ubieraj się klasycznie) pojawiły się ostatnio ciekawe rozważania na temat dyscypliny i tego, co w niej przeszkadza. Za głównego winowajcę – zarówno w tekstach, jak i komentarzach – uchodzi Internet. Portale newsowe, które kuszą, żeby przeskakiwać od jednej sensacyjnej wiadomości do drugiej, zdjęcia na portalach społecznościowych Instagram czy Tumblr, przeglądane bezmyślnie, bo cieszą oko, i oczywiście Facebook, na którym też – jak orientujemy się poniewczasie – spędzamy długie godziny, śledząc zmiany statusów u licznych znajomych. Wszystko to przeszkadza w skupieniu – chyba pisałam już tutaj kiedyś przy okazji recenzji książki „Jak Internet wpływa na nasz mózg” – że coraz więcej osób przyznaje się do tego, że nie potrafi czytać jednej książki, tylko kilka naraz, porzucając je niedokończone – też zauważyłam u siebie to zjawisko. Mózg, przyzwyczajony, że co rusz dostarcza się mu nowych rozrywkowych bodźców, przestawia się na stan nieustających wakacji i chce więcej, więcej. A organizm pozostaje w stanie permanentnego pobudzenia, co może odbić się na zdrowiu – rozwibrowanie, kłopoty z pamięcią, bezsenność. Na szczęście jest to proces odwracalny, ludzie, którzy pamiętają życie bez ciągłego dostępu do internetu w komórce, lub wręcz w erze niecyfrowej (brzmi to jak opowieść „za siedmioma górami, za siedmioma lasami”, prawda?) po przestawieniu się na dawny tryb, choćby podczas wakacji w głuszy, odkrywają, że potrafią jednak się koncentrować na jednej czynności przez dłuższy czas i czerpać z tego przyjemność. Jednym tak już zostaje, inni wracają do cyfrowego świata, ale dawkują go sobie rozważniej – zresztą, co ciekawe, wcale już ich tam tak bardzo nie ciągnie, odkąd po przejrzeniu facebookowego archiwum odkryli, że nie przegapili nic, bez czego ich świat się by zawalił, jeszcze inni po pewnym czasie znów wpadają w schemat lęku przed byciem nie na bieżąco.Czy więc Internet może być nałogiem, jak kokaina, alkohol, tytoń i tak dalej?

Sama lubię wyobrażać sobie portale społecznościowe, newsowe i w ogóle wszystko, co zwykle czytujemy w sieci, na kształt rynku. W dosłownym rozumieniu – takiego rynku, który dawniej wyznaczał centrum większości miast lokowanych na planie magdeburskim i w erze przedcyfrowej, czyli przez wiele minionych wieków, wyznaczał – symbolicznie i dosłownie – centrum miasta. Na rynku koncentrowało się życie. Jeśli ktoś chciał dowiedzieć się, co słychać, szedł na rynek. Tam można było poplotkować z przekupkami, dowiedzieć się, że właśnie przyjechał cyrk, kto umarł, kto wychodzi za mąż, a komu się nie wiedzie. Usłyszeć, że w innej części świata urodziło się właśnie dwugłowe cielę, a gdzieś spalił się dom. Przysiąść przy kawie, pogapić się na obcych ludzi, posłuchać ulicznych muzykantów. Ten model zresztą widać do dziś, zarówno w miastach mniejszych, jak i tych, które ze swego rynku uczyniły główną turystyczną atrakcję, choćby w Krakowie, gdzie krąży powiedzenie, że jeśli chcesz spotkać co najmniej czterech znajomych, przejdź przez Rynek (tej z dużej litery, czyli Rynek Główny). W miastach mniejszych od razu rzucają się też w oczy osoby, które na rynku spędzają całe dnie, praktycznie podpierając ściany okalających go kamienic. Zwykle są to mężczyźni w nieokreślonym wieku, czasem na lekkiej bani. Siedzą, stoją, obserwują okolicę, zaczepiają kolejnych znajomków, pogadują o pogodzie lub życiu. Znikają dopiero późnym wieczorem – a rano znów ich ciągnie na rynek. I tak codziennie. Niewiele o nich wiadomo, nie słychać, żeby coś szczególnego dokonali, coś ich pochłaniało, poza tym, że zawsze można ich spotkać na rynku.

Każdy z nas od czasu do czasu potrzebuje świeżej dawki plotek, interakcji z innymi, przeczytania nawet głupich wiadomości czy przeglądania instagramowych obrazków. Wydawałoby mi się sztuczne tworzenie sobie rygorystycznych barier i całkowitego odcinania się od podobnych czynności, w końcu jest się człowiekiem. Pruski dryl i „dużo pracy, brak zabawy” nie jest zdrowy. Ale jeśli kiedyś tam jasno zdefiniowaliśmy sobie, co chcielibyśmy w życiu zrobić i co jest dla nas ważne, łatwiej przyjdzie nam spojrzeć w którymś momencie na zegarek i zniknąć z rynku, odchodząc do spraw, które znacznie skuteczniej przybliżą nas do własnych celów. W podobnej sytuacji pytam więc siebie: czy chcę być takim Zenkiem czy Marianem, który opuszcza rynek tylko wtedy, kiedy musi załatwić podstawowe potrzeby życiowe. O wszystkim wie pierwszy, każdego zna, choćby z widzenia, jest nieustannie na bieżąco, ale po nim samym nic nie zostanie.  To każdorazowo działa jak zimny prysznic.

Reklamy
Otagowane , , ,

One thought on “Prawo rynku

  1. Małgosia pisze:

    Och tak, te ostatnie słowa podziałały trochę jak zimny prysznic. Złapałam się przy okazji na tym, że twojego tekstu w całości też nie potrafiłam przeczytać od razu – najpierw otworzyłam go w przeglądarce, potem pootwierałam kilka innych kart, żeby sprawdzić, poklikać w mnóstwo arcypotrzebnych rzeczy i być na bieżąco. To przykre w gruncie rzeczy. Dobrze, że teraz jestem w bibliotece, mogę pobyć trochę bardziej analogowo, jak tylko odłączę się od internetu…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: