Monthly Archives: Grudzień 2014

Bez nadmiaru

„Mniej” Marty Sapały króluje w tym tygodniu w mediach – i bardzo dobrze. Wcześniej książka pojawiła się na wielu minimalistycznych blogach, ale na wypadek, gdyby ktoś zetknął się tutaj z informacją o niej po raz pierwszy: to zapis eksperymentu przeprowadzonego przez autorkę i osiem innych polskich rodzin (początkowo była ich dwunastka, ale niektórzy zrezygnowali w trakcie). Postanowili przez rok żyć bez kupowania.

Styledigger idealnie skomasowała w swoim wpisie to, co najważniejsze w książce Marty, ja dodam tylko, że dla mnie ogromną zaletą książki jest jej autentyczność i dziennikarski temperament, z jakim reporterka i zarazem współuczestniczka eksperymentu przedstawiła podzielone na poszczególne miesiące doświadczenie. Nie powiela sztampy, w jaką wpadło wielu, zwłaszcza amerykańskich, autorów, koncentrujących się zanadto na drobiazgowych opisach własnego życia w trakcie podjętego wyzwania. Zastanawia się, analizuje, poddaje w wątpliwość rozmaite założenia, także własne, które mogłyby przecież uchodzić za pewnik. Jest krytyczna i uważna.

Po medialnych publikacjach o „Mniej” w sieci pojawiło się sporo komentarzy, wśród nich takie, że autorka (zapewne przedstawicielka hipsterskiej „warszawki”) jest oderwana od rzeczywistości, bo cóż to za odkrycie, że można przeżyć za 600 zł miesięcznie, jeśli niektórzy tak przecież żyją i wcale nie nazywają tego eksperymentem. Mocno krzywdzące są te zarzuty. Przede wszystkim, Marta nie udawała nikogo, kim nie jest. Pisała ze swojej perspektywy – mieszkanki stolicy, matki dwulatka, redaktorki, członka rodziny zarabiającej łącznie powyżej krajowej średniej. Eksperyment otworzył jej oczy na perspektywę tych, dla których życie bez zakupów to smutna konieczność. W książce dzieli się szczerze refleksjami na ten temat. Po drugie, bardzo się starała, by uczestnicy „roku bez zakupów” stanowili mocno zróżnicowaną grupę – owszem, byli wśród nich mieszkańcy dużych miast, ale i m.in. rodzina z podlaskiej wsi, która już wcześniej funkcjonowała na granicy minimum egzystencji, Po trzecie, intencją autorki – oprócz przyjrzenia się motywacjom zakupowym swoim i cudzym – było uświadomienie właśnie tym, którzy kupują w nadmiarze, często nałogowo i na kredyt, że przecież można inaczej. Ci, którzy muszą nie kupować, nie mają podobnych dylematów. Ale dzięki lekturze „Mniej” może część z nas, nie doświadczających niedoborów, pomyśli też o nich i podzieli się z nimi swoim nadmiarem.

Poniżej rozmowa z Martą, którą miałam przyjemność znać jeszcze przed publikacją książki; poznałyśmy się w okolicznościach zgoła nie związanych z minimalizmem. Później przypadkowo trafiłam na bloga pod hasłem „nie kupuję.obserwuję” i jakież było moje zaskoczenie, gdy kliknąwszy na link „O mnie” odkryłam, kto kryje się po drugiej stronie 🙂

mniej,big,522511

–  Co było dla Ciebie największym zaskoczeniem w trakcie roku bez zakupów?

 Że „mniej” w jednej dziedzinie niekoniecznie oznacza „więcej” w innej. Tu nie ma prostego przełożenia. Że mimo że startowo było między nami wiele różnic (poziom dochodów, preferencje zakupowe, miejsce zamieszkania, styl życia, osobista sytuacja), okazało się, że też mamy ze sobą wiele wspólnego. Że przechodzimy przez niemal identyczne fazy. Że (nie)kupowanie zahacza u nas o podobne obszary. No i że jest tych obszarów zaskakująco dużo: stosunek do samego siebie, do innych, do środowiska, relacje związkowe i rodzinne, życie sąsiedzkie, nawet poczucie obywatelskiej mocy. Albo niemocy:-) Naprawdę dużym zaskoczeniem było też to, że po 12 miesiącach konsumpcyjnego postu nie przyszedł karnawał. Mimo, ze każdy z nas zaliczał w tym procesie jakieś wywrotki, nikt po jego zakończeniu nie popędził na wielkie zakupy. Ani natychmiast, ani w jakiejś późniejszej perspektywie. W ogóle ten kolejny rok, choć zdawkowo o nim wspominam w książce, przyniósł wiele pięknych historii. Takich związanych z rozwojem. Z uwolnieniem w pewnych dziedzinach. Z wkroczeniem na pewne nowe obszary, z których trudno jest ot tak zawrócić. Tak jakby świadomość, która się w nas rozwinęła, zaczęła się wreszcie sklejać się z działaniem.

– Czy rok bez zakupów zmienił Twoje nawyki konsumpcyjne? Zaobserwowałaś zmiany również w innych sferach?  

 – O, na pewno. Moja wydawczyni, gdy zaczęłyśmy rozmawiać o tym, że warto by było na bazie tego dziennikarskiego pomysłu (bo zaczęło się od zamówienia tekstu do Polityki) napisać też książkę, zapytała czy mam(y) na celu trwałą zmianę, odpowiedziałam: ależ gdzie tam! przecież dobrze się znam i z pewnością powrócę do starych zakupowych nawyków, też tych niekoniecznie rozsądnych. A tu niespodzianka, bo 1 kwietnia, gdy zakończył się rok bez zakupów, okazało się, że większość z tych małych konsumpcyjnych ssań, które wcześniej nam dokuczały, po prostu zniknęła. Pojawiła się za to ostrość widzenia; wszyscy bohaterowie, a już zwłaszcza ci, którzy wcześniej lekką ręką wydawali pieniądze, mówią, że nie potrafią już, biorąc w sklepie w łapy coś co trudno sklasyfikować jako niezbędne, nie przeliczać wartości tej rzeczy na godziny własnej pracy. Pojawiło się (lub ugruntowało) poczucie odpowiedzialności – za swoje decyzje, ale też np. za ilość śmieci generowanych przez zakupy. Wszyscy staliśmy się uważniejsi, a przez to bardziej odporni. Pewnie trudniej nas omamić, ale i my nie oszukujemy siebie, gdy pozwalamy sobie na różne ekscesy. Bo wciąż je popełniamy. Nie staliśmy się totalnymi konsumpcyjnymi ascetami.

– Co było najtrudniejsze podczas eksperymentu? 

 – Wszystkie dziedziny związane z relacjami z innymi ludźmi. Prezenty, wspólne spędzanie czasu, potrzeba wzajemności, potrzeba dzielenia się, potrzeba wspierania finansowo tych którzy tego potrzebują, ale też bariera przed przekroczeniem granicy za którą może kryć się zranienie. To był ten moment, w którym większość bohaterów się zatrzymywała. O ile ochoczo eksperymentowaliśmy z własnymi granicami (i bywało to trudne, bo łączyło się np. ze wstydem, zakłopotaniem, poczuciem bezsilności, wykluczenia, wkurzenia, ale też poczuciem wyższości wobec innych, do którego też niełatwo się przyznać) nie chcieliśmy się posuwać zbyt daleko, gdy chodziło o naszych bliskich. Opieka medyczna – wiem, banał, ale ten rok wyraźnie mi i nam pokazał, że system który nam się proponuje, mocno szwankuje. Pół biedy gdy ma się wybór (też finansowy) i można na cito skorzystać z komercyjnej służby zdrowia (i tak robili uczestnicy doświadczenia, gdy sytuacja ich do tego zmuszała), ale przecież grupa osób w Polsce która ma do niej realny dostęp – bo np. ich samych albo ich pracodawców na nią stać – nie jest wcale tak imponująca. Różne kwestie związane z dziećmi – tu wymiękali nie tylko rodzice, ale i ci bohaterowie, którzy byli wujkami albo ciociami. Sobie od ust odejmiemy, ale dzieciom damy – to też banał, ale znalazł potwierdzenie w rzeczywistości. Wiesz co jeszcze? Drobne przyjemności. Piwo od czasu do czasu, czekolada, ulubione pikantne smarowidło, petszop (seryjna zabawka), który ukoił ból córki po wyrwaniu resztek złamanego na oblodzonej drodze mleczaka, ale też urlopowy wypoczynek – nie w kontekście wykupienia wczasów pod palmą, ale np. spontanicznego wyjazdu do przyjaciół w innym województwie. Wiążę się z wydatkami, ale jak tu sobie odmówić takiego spotkania, skoro następna taka okazja może się przytrafić za rok albo i później? Są pewne rzeczy których nie da się odsunąć w czasie. W ogóle bardzo ciekawe było obserwowanie tego, ze choć bardzo się różnimy, jest między nami też wiele podobieństw. Także jeżeli chodziło o to co jest dla nas trudne.

– Czy sądzisz, że zachowania konsumpcyjne Polaków będą stopniowo ewoluować w kierunku redukcji, dobrowolnej prostoty? Czy już się najedliśmy, nakupowaliśmy, czy wciąż jeszcze jesteśmy nienasyceni?

– Teraz faktycznie sporo się pisze i mówi o minimalizmie, o wszystkim pod co można podpiąć pod hasło „slow”, redukcji na różnych płaszczyznach, etycznej modzie, ekologicznym jedzeniu, zrównoważonym transporcie, odkopuje się też zapomniane hasła, jak kooperatywa, kolektywizm, próbując je dopasować do obecnych warunków. I bardzo dobrze, ale mam jednak wrażenie że ta dyskusja toczy się, wciąż, głównie w gronie tych, których jest stać – także finansowo – na refleksję, na pracę nad własną świadomością. To jest coraz szersze grono, coraz bardziej zróżnicowane i zauważalne, ale wciąż nie reprezentatywne. Co ciekawe, w trakcie tego roku wielokrotnie dochodziło do mnie, że konsumpcjonizm żeruje nawet na tej zmianie myślenia. Gdy wczytywałam się w zestaw trendów na 2013 rok, opracowanych przez tęgie umysły od sprzedaży, było to wyraźnie widać. Reklama i sprzedaż zagospodarowują wszystko: ekonomię dzielenia się, potrzebę bycia samowystarczalnym albo etycznym, zagładę pszczół, nawet podatkowy 1% 🙂 Nie przepuszczą żadnej z idei z której można coś wycisnąć. Zresztą nawet relacja polskiego społeczeństwa z konsumpcjonizmem jest bardzo świeża, opiera się przecież na zupełnie innych fundamentach niż na przykład na Zachodzie, gdzie ruchów kontestujących kulturę konsumpcyjną jest więcej niż sieci supermarketów w Polsce. W słowniku języka polskiego nawet hasło „konsumeryzm” ma wciąż jeszcze dość niewinną definicję. Nasz zakupowy apetyt, albo i głód jest związany nie tylko z realnym poziomem nasycenia konkretnymi dobrami, ale też i z tym, że my wciąż jesteśmy dość naiwni, bezbronni wobec technik, które stosuje handel i marketing, że siła nabywcza pieniędzy które zarabiamy, jest zupełnie inna niż na Zachodzie (prosty przykład: statystyczny Polak ma niewiele finansowej przestrzeni na doświadczenie efektów konsumpcyjnego przeżarcia, bo większość forsy wydaje na podstawowe potrzeby: jedzenie, leczenie, mieszkanie, transport), że nie znamy swoich praw, nie ma u nas silnych ruchów konsumenckich ani tradycji bojkotów, nie widzimy albo ignorujemy związek które nasze zakupowe przyzwyczajenia mogą mieć choćby z wyglądem naszego sąsiedztwa. A do tego ogromna grupa Polaków, wg statystyk jakieś 2 mln, jest zmuszona oglądać z każdej strony dosłownie każdą wydawaną złotówkę. Żyje w skrajnej biedzie.Ale jest też w Polsce spora grupa ludzi która na co dzień kontestuje konsumpcjonizm, choć o tym – zapewne – nie wie. Nie tylko dlatego, że nie mają czym go karmić, ale też z tego powodu, że nie wyobrażają sobie że można marnować jedzenie, wymieniać zawartość szafy co sezon, w głowie nie mieści im się, że można chcieć zapłacić 2 stówy za kawowy stolik zrobiony z europalety. Tak zostali wychowani, albo sami do tego doszli, żyją zdroworozsądkowo, z umiarem, gospodarnie. Tak jak  niektórzy bohaterowie mojej książki. Choć taka zwykła, codzienna gospodarność nie wydaje się efektowna, „nie sprzedaje się”, to myślę, że warto ją pokazywać, bo jest w niej dużo praktycznej, życiowej mądrości. A niemal zero ideologii.

559626_735648266526539_6222330159993833096_n

Marta Sapała podczas spotkania autorskiego we „Wrzeniu Świata”, Warszawa (materiały wydawcy)

– Najciekawsze w całym przedsięwzięciu wydaje mi się to, że nie było jednego uniwersalnego modelu zachowania, jak w projekcie „Great American Apparel Diet”. Każdy z uczestników miał swoją drogę, swoje motywy i swoje metody. Czy wyłania się z tego dla Ciebie jakiś szerszy obraz polskiego konsumenta czy wręcz przeciętnego Polaka? Czy udało Ci się zweryfikować wyobrażenia o polskim portfelu i nawykach zakupowych, których trzymamy się z perspektywy warszawskiej?

– Perspektywa warszawska w ogóle nie jest reprezentatywna, prawda? Choć to właśnie tutaj najciężej pracuje się nad tym, żeby rozkręcić nasze apetyty:-) Mi zależało na tym, żeby przyjrzeć się zakupowej codzienności pod różnymi kątami, pokazać możliwie szerokie spektrum potrzeb. One mogą być przecież zupełnie różne. Inne gdy prowadzi się życie wolne od ekonomicznych trosk, inne – gdy wspina się na wyżyny aprowizacyjnej kreatywności i próbuje związać koniec z końcem. Inne dla samotnej matki, dla rodziny z trójką dzieci, inne dla pary. Inne na wsi pod białoruską granicą, inne w stolicy Islandii. Odkryciem dla mnie było to, że niezależnie od tego ile mamy w portfelu i co z jego pomocą pragniemy lub możemy nabywamy,  pewne mechanizmy sterujące konsumpcją są dla nas wspólne. Możemy być na nie mniej lub bardziej odporni, mniej ich lub bardziej świadomi, ale one istnieją i działają. Warto je rozpoznać, bo ta wiedza pozwala się im zarówno świadomie opierać, ale też – z pełną świadomością konsekwencji – poddawać.

– Twój eksperyment różnił się od „roku bez kupowania” choćby dlatego, że dopuszczał potknięcia, były one szczerze opisywane. Czy od początku zakładałaś, że nie chcesz tworzyć sztywnych, sztucznych ram jak w ruchu Anonimowych Alkoholików walczących z nałogiem? 

–  Tak. Zależało mi na tym, żebyśmy nie tworzyli grupy antyzakupowego wsparcia. Gdybyśmy całą parę ładowali w to, żeby nie zaliczyć ani jednej wywrotki, tłamsili wszystkie impulsy, ucinali wszystkie potencjalnie trudne sytuacje, pewnie nie dowiedziałabym się niczego – poza tym że człowiek, owszem, jak się uprze i zaprze, a do tego oprze (na innych) to jest w stanie nie wchodzić do sklepów przez cały rok. A nie o to mi chodziło. Byłam bardzo ciekawa dlaczego sfera związana z kupowaniem i posiadaniem jest tak ważna, co nam utrudnia, a co pomaga zachować umiar, co dostajemy gdy kupujemy, a co tracimy, co może być naszą faktyczną potrzebą, a co wykreowaną przez kulturę – też też konsumpcyjną. No i dlaczego tę wiedzę tak trudno jest wykorzystywać w praktyce?

– W przypadku podobnego eksperymentu, którego zapis również znalazł się w książce – rodziny Szabłowskich, która przez pewien czas próbowała udawać, że żyje w PRL-u, najcenniejszym zyskiem okazały się więzi społeczne. Czy u Ciebie i Twoich bohaterów było podobnie?

– Pewnie. Rodziny, ale też bliżsi i dalsi znajomi nas – na ogół – bardzo wspierali. Wielu z moich wspólników mówiło, że ten rok dał im dużo spokoju, bo przekonali się, że mają wokół siebie własną mocną sieć, która da im oparcie, gdy przytrafi się trudniejszy, także pod ekonomicznym względem, czas w życiu. Ona pewnie istniała już wcześniej, ale gdy jest się zajętym pielęgnowaniem własnej konsumpcyjnej niezależności, można jej nie zauważyć. Chodzi mi o niezależność typu: mam pieniądze, więc nikogo nie muszę o nic prosić, nikomu zawracać głowy, idę i sobie kupuję. Okazało się też, że te różne nowe okołokonsumpcyjne sytuacje, które testowaliśmy – takie jak wymiana dóbr albo usług (np. przez Wymiennik) kupowanie w kooperatywie, a nie w supermarkecie, działkowanie albo zbieractwo, pomoc sąsiedzka, pożyczanie, ale też wychodzenie z takim dość banalnym, ale przecież też trudnym pytaniem „może podzielisz się ze mną?” – mają społeczny potencjał. Jedna z moich wspólniczek nawiązała bardzo silną, ciepłą relację z dwa razy starszą sąsiadką. Rozpoczęło się od przekazywania sobie niepotrzebnych rzeczy, z czasem ich znajomość wzbogaciła się o kolejne warstwy: zaufanie, poczucie bezpieczeństwa, swobodę. Duży kapitał. To się zdarzało wielu z nas, na różnych poziomach. Ale obserwacja tego co dzieje się na styku konsumpcji i życia społecznego prowadziła też do refleksji na innym tle: trudno jest korzystać w nieskończoność ze społecznego wsparcia, gdy nie można się odwzajemnić. Ten rok bardzo mocno nam to uświadomił. W Polsce żyje wiele rodzin, które sytuacja materialna zmusza do permanentnego korzystania z życzliwości otoczenia (nawet model minimum ezystencji, stworzony w IPiSS, zakłada że ludzie którzy żyją na krawędzi przetrwania, część dóbr pozyskują od swojej wspólnoty), ale jednocześnie nie mają jak się za tę pomoc odwdzięczyć. Ktoś z kim ostatnio o tym rozmawiałam, powiedział, że przecież można się rewanżować umiejętnościami albo czasem. Ale to nie jest takie proste. Gdy wybiera się takie rozwiązanie z premedytacją – tak jak my to robiliśmy – to owszem. Gdy się jest do niego zmuszonym – niekoniecznie. Zwłaszcza gdy zewsząd naciski: kup, no kup, jak kupisz to się na pewno lepiej poczujesz.

– Dużo się ostatnio mówi o tym, że konsumpcjonizm jest dziś rodzajem nowej, zastępczej religii wobec kryzysu wartości. Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem anty-konsumpcjonizm też nie zaczyna nią być dla jakiejś części osób zafascynowanych minimalizmem (zresztą nazwy typu „zen habits” mówią same za siebie). Co o tym sądzisz?

– Bardzo trafne pytanie, z ukrytą wewnątrz odpowiedzią:-) Każda idea może stać się zastępczą religią. Każda może być zasłoną dla czegoś innego – wiadomo, że można kompulsywnie kupować, ale można się też nałogowo wymieniać albo… pozbywać rzeczy. Pytanie: co jest za tą zasłoną? Akurat ja nie mam zadatków na ideolożkę. Za dużo mam wątpliwości, nie odnajduję się w jednoznacznych równaniach typu „mniej znaczy więcej”.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , , ,

NF 7

Były takie czasy – zupełnie niedawno, jeszcze dziesięć lat temu – kiedy nie każdy z nas miał Internet w domu, nie mówiąc o smartfonie. Korzystało się z niego w pracy, w nagłej potrzebie można było odwiedzić kawiarnię internetową, żeby odebrać maila albo wysłać zamówiony tekst. Miałam pod tym względem wyjątkowo dobrze, bo kawiarnia mieściła się w tym samym budynku, w którym mieszkałam. Nie przypominam sobie jednak, żebym wieczorami albo w weekendy zaglądała tam szczególnie często czy spędzała przed ekranem długie godziny, zwłaszcza że dostęp był płatny.

Zatęskniłam za tamtymi czasami. I choć jestem bodaj ostatnią osobą, która negowałaby dobre strony powszechnego dostępu do sieci, już długo odczuwałam zmęczenie nieustanną jej dostępnością, pozostawaniem online przez większą część dnia. Nie, w trakcie minionej dekady nie zmieniłam się stopniowo w zombie żyjące w wirtualnym świecie, ale jak wielu z nas, bez Internetu nie wyobrażam sobie życia i korzystam zeń znacznie intensywniej niż kiedyś. Pewne aspekty tego korzystania zaczęły mnie coraz bardziej uwierać, zwłaszcza po lekturze „Płytkiego umysłu”, książki, która uświadomiła mi, że pozornie niewinne przyzwyczajenia nie pozostają bez wpływu na to, co dzieje się w głowie.

Postanowiłam wreszcie przeprowadzić eksperyment, do którego zbierałam się od dawna i o którym czytałam u innych. Nie wyrzuciłam wtyczki ani nie zmieniłam taryfy w telefonie na taką bez dostępu do Internetu. Zaczęłam od małego kroku – rezygnacji przez tydzień z Facebooka. Nie dezaktywowałam konta, tylko zawarłam ze sobą na piśmie umowę, że przez tydzień nie będę się tam logować – zarówno z poziomu komputera, jak i telefonu. Prosty sposób, a działa – jeśli ma się choć odrobinę szacunku do siebie, głupio się z takiej umowy wycofać, choć nikt z zewnątrz nie kontroluje jej przestrzegania.

Czemu Facebook? Bo w jego przypadku przeszkadzające mi najbardziej aspekty „stałego podłączenia” były najbardziej odczuwalne. Odpowiadał za ciągłe rozproszenie uwagi, trudności ze skoncentrowaniem się na dłużej na jednej czynności. Recenzując „Płytki umysł”, wspomniałam, że w czasach, o których piszę, potrafiłam zatopić się na długie godziny w lekturze, teraz  czytam książki jak kolejne linki do stron internetowych umieszczane na FB przez znajomych, zaczynając kilka z nich równolegle i nie zawsze kończąc. Nie ma w tym nic złego, każdy czyta jak lubi, ale przemyślawszy sprawę, wolę jednak pierwszy, dawny sposób.

Drugi aspekt to ilość czasu trawionego na zapoznawanie się z często banalnymi informacjami – kto co zjadł, gdzie pojechał, za co go ostatnio pochwalili albo co go wkurza. Minuta do minuty i tak okazuje się, że straciłeś nagle dwie godziny na wgapianie się w galerię zdjęć jakiejś osoby, z którą nie rozmawiałeś od paru lat i nie bardzo wiesz, o czym mógłbyś rozmawiać, gdyby przypadkiem zdarzyło się wam wpaść na siebie na ulicy. Niby tak narzekam też, że media, zwłaszcza te internetowe, karmią odbiorców coraz gorszym chłamem, nawet szanowane niegdyś portale poddają się tabloidyzacji, a z własnej woli podkręcam jeszcze ten strumień, bo gdyby nie Facebook i podsuwane przezeń linki, spora część tych wiadomości zapewne by do mnie nigdy nie dotarła. Wystarczy, że z zawodowego przyzwyczajenia i tak codziennie odwiedzam kilka adresów, by prędzej czy później uciekać stamtąd z poczuciem niesmaku. W efekcie przez mózg przepływa mi regularnie rosnący strumień śmieci, zabierając jeszcze dodatkowo czas, który mogłabym spędzić choćby na tradycyjnej lekturze.  Przestaję słyszeć  swoje myśli, zubażam zasób słów. A co najgorsze, dzieje się tak z mojej własnej woli.

Wreszcie kwestia relacji międzyludzkich. Też nie odkryję tu prochu, od pojawienia się pierwszych portali społecznościowych napisano na ten temat tony artykułów i prac na uczelniach. Facebook to rodzaj wirtualnej sceny, na której każdy może być gwiazdą. Prężymy więc muskuły, nakładamy makijaże, żeby wzbudzić i utrzymać zainteresowanie, podsycić zazdrość, pokazać, jak świetnie się nam układa, poprawić sobie samopoczucie. Szybko się od tego uzależniamy – trawestując Ginsberga, widziałam najlepsze umysły swego pokolenia klikające co kilkanaście sekund w smartfon, coraz bardziej załamane, bo nikt jeszcze nie zalajkował ostatniej zmiany ich statusu. Działa mechanizm nieustającej gratyfikacji – uzależniamy się od reakcji innych na każdy ruch. Bez przerwy działają na nas nowe bodźce, aż do przesytu, jak podczas sarmackich biesiad, gdy jadło się i piło bez ustanku przez kilka dni, znikając tylko na chwilę, by opróżnić żołądek.

Aspekt towarzyski wymieniam w trzeciej kolejności, bo częsta bytność na FB jak dotąd nie miała wpływu na najważniejsze relacje w moim życiu. Z przyjaciółmi, z którymi spotykałam się poza siecią, spotykam się nadal z taką samą częstotliwością. Lubiłam natomiast zabrać od czasu do czasu głos w różnych dyskusjach i coraz bardziej męczące stawały się skutki uboczne takiej aktywności, mianowicie nieprowadzące donikąd utarczki z często obcymi ludźmi, z którymi poza siecią pewnie nigdy bym nie miała ochoty dyskutować. Skutkiem ubocznym posiadania sporej liczby znajomych, wśród których trafiali się również znajomi spotkani tylko raz w życiu, były również kuriozalne niekiedy komentarze pojawiające się pod moimi własnymi wpisami – zamieszczane chyba tylko po to, by podbudować swoje ego, zabłysnąć erudycją, dać się zauważyć. Wszyscy to znamy, każdemu się zdarza, ludzka rzecz, ale czemu, u licha, muszę mierzyć się z sytuacją, do której w wymiarze rzeczywistym nigdy bym nie dopuściła – wpuszczenia do własnego domu chmary lepiej i gorzej znanych ludzi, którzy w podzięce za gościnę a to pobazgrają coś na ścianie, a to naplują na podłogę, innym razem wyjedzą zapas z lodówki i jeszcze zostawią w niej gospodarzom karteczkę: „pozdrawiamy”? Jeśli w życiu unikam pieniaczy, po co wchodzę z nimi w dialog w sieci?

Do tego jeszcze kwestie związane z prywatnością, bo nawet pilnując, co się pisze i komu pozwala przeczytać, mimo wszystko jakaś wiedza o nas trafia w niewidzialną chmurę i zostaje tam, być może na wieki. Reklamy, które niepostrzeżenie pojawiają się na facebookowej tablicy, podsuwane na podstawie wyników z wyszukiwarek. Poczucie, że Wielki Brat naprawdę patrzy.

Facebook nie jest rzecz jasna prawą ręką Wielkiego Brata, tylko pospolitym, bardzo użytecznym w komunikacji narzędziem, które w zamian za udostępnianie użytkownikom rozmaitych funkcji gromadzi o nich dane, czego zresztą nie ukrywa. Wszyscy dziś je gromadzą, przy odrobinie zdrowego rozsądku możemy zdecydować, czym dzielimy się w sieci ze światem, a co opłaca się zachować dla siebie. Ale jeśli narzędzie zaczyna wysuwać się na pierwszy plan i czujesz, że ci to przeszkadza, dobrze jest od tego narzędzia odpocząć, zweryfikować reakcje na jego brak, przekonać się, czy można funkcjonować poza nim. Na początku intrygowało mnie, bawiło, wielokrotnie okazało się pomocne, ale przywiązałam się do niego na tyle, że miewam poczucie utraty kontroli. Tymczasem to ja, a nie Mark Zuckerberg i jego ekipa, decyduję i chcę nadal decydować, jakich narzędzi używam, jakim treściom daję do siebie dostęp za ich pośrednictwem i ile poświęcam im czasu.

Przejdźmy więc do wniosków z trwającego tydzień eksperymentu. Nie były zaskakujące. Zwłaszcza reakcja w momencie, gdy w niedzielne popołudnie zalogowałam się po przerwie na swoje konto. Owszem, w skrzynce czekało kilkanaście wiadomości, ale ci, którzy mieli pilne sprawy, zdołali w międzyczasie  skontaktować się inna drogą. Nikt spośród ponad 600 znajomych, w tym część osób, która komunikowała się poprzez Facebooka i nie dostała odpowiedzi, nie zaniepokoił się, czy coś aby się nie stało. Najbardziej zaskoczyła mnie osoba z najbliższej rodziny, która informowała, że akurat będzie przejazdem w moim mieście i poprzestała na wysłaniu facebookowej wiadomości, zamiast zatelefonować. Najwyraźniej chciała mnie powiadomić o tym fakcie tylko pro forma, nie liczyła na spotkanie. Odczytałam to wszystko, omiotłam wzrokiem tablicę, przeczytałam to, co widniało na niej na poziomie moich oczu i kliknęłam „wyloguj się”. Nie chciało mi się zupełnie zapoznawać z archiwalnymi wpisami znajomych. Co za nuda – pomyślałam. Innymi słowy, doświadczyłam tego, o czym czytałam u osób, które wcześniej ode mnie postanowiły odciąć się na jakiś czas od Facebooka czy Internetu; podobnie było kiedyś, gdy wyjeżdżając za granicę na parę dni zapomniałam telefonu i z siecią miałam styczność tylko raz, logując się na pół godziny w miejscowej bibliotece.

A wcześniej? Pierwszego dnia po pracy, zamiast logować się na Facebooka, poszłam pobiegać. Potem zaczęłam czytać książkę, która od kilku dni leżała na biurku. Skończyłam następnego dnia. W ciągu tygodnia przeczytałam cztery książki, średnia, jakiej dawno już nie osiągnęłam, a przecież dawniej, przed erą e-booków, za wagę mojego bagażu na wyjazdach odpowiadały przede wszystkim papierowe lektury, bo przy ekspresowym tempie czytania trzeba było brać spory zapas. Najłatwiejszy był więc początek.

Gdzieś w połowie tygodnia pojawiły się ciekawe symptomy świadczące o tym, że Facebook jednak uzależnia, podobnie jak hazard czy jedzenie słodyczy: z braku dostępu do portalu zaczęłam z większą niż zwykle częstotliwością przeglądać portale informacyjne, ulubione blogi i profile na Instagramie czy Pintereście. Jakbym szukała rekompensaty, czegoś w rodzaju wirtualnego metadonu, pomagającego przetrwać bolesny odwyk. A potem zdarzyła się rzecz najciekawsza: bodaj czwartego wieczoru zajrzałam do perfumerii, żeby uzupełnić zapas ulubionego pachnidła, po czym, dokonawszy zakupu, przez kolejne dni odwiedzałam po drodze do domu inne perfumerie, testując coraz to inne zapachy, a wręcz realnie rozważając ich zakup, chociaż doskonale wiem, z czym mi dobrze i jak kończyły się w przeszłości próby zdrady kilku sprawdzonych perfum: pełne butelki zbierały kurz w szafce. Mózg, odcięty od stałego dopływu łatwej przyjemności, nie mógł się najwyraźniej uporać z jej brakiem. Zaczął wariować.

Najtrudniejszy do przetrwania był koniec eksperymentu, dzień przed jego zakończeniem, bo wyobrażałam sobie, że w skrzynce czekają na mnie nie wiedzieć jakie rarytasy. Co, jak już wiemy, okazało się bujdą. Teraz chciało mi się śmiać – tyle deliberowania czy TO zrobić i na jak długo, rozpowiadania dookoła o jakże odważnej decyzji, niemalże porównywalnej z dobrowolnym wyrzuceniem klucza do sezamu wypełnionego złotem, a to nie sezam, tylko stara skrzynka z byle czym.

Teraz kolejny krok: czasowa dezaktywacja konta, do końca roku. A potem się zobaczy. Możliwe, że wrócę dopiero po uporaniu się z czymś, nad czym aktualnie pracuję. Może będę zaglądać tylko raz w tygodniu albo raz na dzień. Możliwe, że w ogóle zapomnę o istnieniu Facebooka. Poinformuję o reakcjach i decyzji.

Ciekawa jestem Waszych doświadczeń z portalami społecznościowymi i w ogóle Internetem – czy macie za sobą podobne eksperymenty? Co Wam dały, czego dowiedzieliście się przy ich okazji o sobie? A może uważacie, nie ma sensu się im poddawać?

(Tytuł jest nawiązaniem do pewnej praktyki malarskiej stosowanej przez Witkacego – myślę, że łatwym do rozszyfrowania:)

Otagowane , , , , ,

W drodze

zdjęcie(134)

Najważniejsze w tej książce, jej clou i przesłanie, znajduje się niemal pod koniec, na stronie 175. To przypomnienie, że angielskie słowo „travel” oznaczające podróż, pochodzi od francuskiego „travaille”, za którym kryje się „praca”, a ono z kolei ma swój źródłosłów w łacińskim „trepalium”, które jest określeniem pewnego narzędzia tortur. Wzmianka ze strony 175 nie przynosi olśnienia, raczej potwierdzenie intuicji, podsuwającej od zawsze właśnie taką interpretację podróżowania, wyrażoną najlepiej przez Nicolasa Bouviera w wywiadzie-rzece „Drogi i manowce” pamiętnym zdaniem: „Nie po to ruszamy w drogę, żeby nałykać się egzotyki i błyszczeć anegdotami jak świąteczna choinka. Droga jest po to, żeby nas oskubać, wyżąć, wymaglować, aż będziemy jak szary sprany ręcznik, który z kawałkiem mydła dają nam w burdelach”. Dodajmy, że podobne podejście do podróżowania nie jest bynajmniej domeną domatorów, wzdychających ciężko, gdy zewnętrzne okoliczności zmuszą ich do zrzucenia kapci i powstania sprzed kominka, lecz ludzi, których do odkrywania świata nie trzeba namawiać, przekonanych, że niewygody i większa niż na codzień nieprzewidywalność zdarzeń są nieodłącznym elementem dobrowolnego przemieszczania się, motywowanego ciekawością i chęcią przygody, co więcej, nadają mu smak jak przyprawa pożywieniu. Wówczas (jeszcze raz Bouvier): „uciekamy jak najdalej od wszelkich alibi i ciążących nad nami przekleństw, i patrząc na każdy nędzny tobół, dźwigany przez zatłoczone poczekalnie i wąskie perony dworców porażających upałem i nędzą, widzimy własną trumnę. Bez tego dystansu i tej przejrzystości, czy można mieć nadzieję, że uda nam się pokazać to, co widzieliśmy? Trzeba stać się echem, lustrzanym odbiciem, powietrzem, cichym gościem na samym końcu stołu, zanim powie się choćby słowo”.

Książka Dana Kierana „O wolnym podróżowaniu”, wydana przez W.A.B w serii bez nazwy, połączonej minimalistycznym projektem okładek, którą z racji tematyki można określić jako „styl życia slow”, traktuje właśnie o tym. Miłośnik tekstów zmarłego przed piętnastu laty Bouviera i jemu podobnych obieżyświatów – pisarzy i dziennikarzy (dla samego autora szczególnie ważny jest Bruce Chatwin), przemierzających kontynenty w zupełnie innym tempie niż dziś, uzna ją za współczesny dowód na to, że ich autorytety miały rację, choć dla wielu czytelników, traktujących przeloty między krajami odległymi o tysiące kilometrów jako element codziennej rutyny, opowieść Kierana, skonstruowana jak rozprawka w formie reportażu wcieleniowego, będzie zapewne tylko zapisem ekstrawaganckich eksperymentów. Nikt rozsądny nie będzie bowiem tłukł się autobusami, pociągiem dalekobieżnym czy elektrycznym wózkiem do transportu mleka na drugi koniec Europy, ba, nawet własnego kraju, w dobie, gdy pracodawcy oszczędnie wydzielają dni urlopowe, a wakacje kojarzą się z odpoczynkiem rozumianym jako nicnierobienie, ewentualnie szybką wyprawą w odległe miejsca, których zdjęciami można potem pochwalić się na portalach społecznościowych. Cóż zresztą może być ciekawego w – dajmy na to – brytyjskiej prowincji?

W przypadku Kierana, o czym autor wspomina pod sam koniec, przyczyną zwrócenia się ku niemodnym już trybom podróży była aerofobia, na którą notabene cierpi w rozmaitej formie ponoć co trzeci z nas. On, całe szczęście, ma wyrozumiałą rodzinę i szefostwo, dzięki którym mógł przekuć swoją słabość w atut, zamiast z nią walczyć. Inni wysłaliby go na kurs pokonywania strachu przed lataniem, organizowany przez któregoś z przewoźników – jak cierpiącym fizyczny ból podsuwa się natychmiast uśmierzającą pigułkę. Bo nie ma innej rady, trzeba się przemóc, nie można się wygłupiać, w dzisiejszych czasach latanie jest obowiązkowym sposobem transportu. Człowiek nowoczesny pozwala przemieścić swoje ciało przez kilka stref czasowych, choć ono samo wszczyna przeciw temu bunt natychmiast po dotarciu do celu. Podróż lotnicza stała się dla niego czymś tak oczywistym i zwyczajnym, że nawet jej nie docenia i nie potrafi gapić się z zachwytem na chmury czy ziemię widzianą z odległej perspektywy, czym zwykle ekscytują się szczerze niezmanierowane jeszcze dzieci.

Dan Kieran dowodzi, że wcale nie musimy być niewolnikami podobnych dogmatów. Przytaczane przezeń opisy powolnych podróży wzbudzają nostalgię, przywołują przyjemność pierwszych dziecięcych wyjazdów czy wypraw studenckich w czasach, kiedy nikomu w Polsce nie śniło się jeszcze o tanich liniach lotniczych oferujących bilety tańsze niekiedy od wycieczek pekaesem. Przypominają, jak jadąc w dane miejsce nie kupowało się przewodnika, tylko książkę, której akcja rozgrywa się właśnie tam (patent na szczęście wciąż żywy, o czym świadczą literackie pielgrzymki do Lizbony śladami Pessoi, do Tokio szlakiem Murakamiego czy wycieczki po Wrocławiu śladem bohaterów Marka Krajewskiego). Uświadamiają, że tłukąc się nocnymi pociągami i wyczekując, czasem już bez nadziei, na stacjach benzynowych, aż trafi się kolejna okazja na autostop, mieliśmy uszy i oczy otwarte bardziej, niż dziś, gdy usiłujemy przysnąć na ciasnym fotelu w klasie ekonomicznej czy prujemy przez najbliższą okolicę własnym samochodem, nie próbując nawet jej bliżej poznać. Może to częściowo kwestia sentymentów za dawnymi czasami, ale pamiętamy z tamtych włóczęg wciąż całkiem sporo, także za sprawą towarzyszących nam niewygód. To sprawka naszego mózgu – dowodzi autor, przytaczając naukowe uzasadnienia, że świadomy umysł, odpowiedzialny za radzenie sobie z nowymi i nieznanymi sytuacjami, uaktywnia się podczas podróży, wytrącony z rytmu, w jakim funkcjonował na co dzień. Podróży w duchu slow, bo jeśli ktoś zostanie przetransportowany w komfortowych warunkach z własnego pokoju do pokoju hotelowego, a potem będzie oglądać najważniejsze, znane mu doskonale ze zdjęć zabytki zza szyby autokaru, jego świadomość nie dostanie wystarczającego impulsu do działania. Odwołań do zagadnień medycyny, historii, historii sztuki i innych dziedzin jest w książce sporo. Kuszą, żeby po zakończeniu lektury podążyć ich tropem.

Wyobrażam sobie, że amator szybkiego zwiedzania – albo ktoś, kto nawet wolałby inaczej, nie dano mu jednak nawet możliwości się nad tym zastanowić – zmuszony, powiedzmy, do podróży pociągiem osobowym przez Mazowsze (wariant najmniej ekstremalny) z początku, nastawiony sceptycznie, ziewa i nie zwraca nawet uwagi na widoki za oknem. Jest przekonany, że trasa będzie dłużyć mu się niemiłosiernie. Po pewnym czasie, pogodziwszy się z myślą, że nie ma wyboru, zaczyna obserwować otoczenie i zmieniający się stopniowo krajobraz, aż sam nie zauważy, kiedy wciągnie się w tę leniwą narrację. A po drodze nawiąże kontakty z ludźmi, których nigdy by nie zagaił i przyjmie ich bezinteresowną pomoc. Być może to więc celowy zabieg, że książka Kierana nie rozpoczyna się od fajerwerków, tylko rozważań na temat natury podróżowania i może wzbudzić obawę, czy aby na pewno warto czytać ją dalej, jeśli miałaby się okazać kolejnym poradnikiem odkrywającym kwestie oczywiste, nie daj Boże jeszcze w typowym dla anglojęzycznych autorów stylu epatującym osobistymi, banalnymi szczegółami z życia. O mały włos sama nie zachowałam się wobec niej jak arogancki uczestnik wycieczki all inclusive, lecz teraz, gdy znam już całość, bardzo się cieszę, że – mimo narastającej niechęci do poradników o dobrym życiu, które wydawcy, świadomi najwyraźniej zapotrzebowania, wypuszczają ostatnio na rynek masowo, zaniedbując jakościową selekcję – „O wolnym podróżowaniu” nie trafiło jednak po pierwszych kilku stronach w kąt.

Otagowane , , , , , , ,