NF 7

Były takie czasy – zupełnie niedawno, jeszcze dziesięć lat temu – kiedy nie każdy z nas miał Internet w domu, nie mówiąc o smartfonie. Korzystało się z niego w pracy, w nagłej potrzebie można było odwiedzić kawiarnię internetową, żeby odebrać maila albo wysłać zamówiony tekst. Miałam pod tym względem wyjątkowo dobrze, bo kawiarnia mieściła się w tym samym budynku, w którym mieszkałam. Nie przypominam sobie jednak, żebym wieczorami albo w weekendy zaglądała tam szczególnie często czy spędzała przed ekranem długie godziny, zwłaszcza że dostęp był płatny.

Zatęskniłam za tamtymi czasami. I choć jestem bodaj ostatnią osobą, która negowałaby dobre strony powszechnego dostępu do sieci, już długo odczuwałam zmęczenie nieustanną jej dostępnością, pozostawaniem online przez większą część dnia. Nie, w trakcie minionej dekady nie zmieniłam się stopniowo w zombie żyjące w wirtualnym świecie, ale jak wielu z nas, bez Internetu nie wyobrażam sobie życia i korzystam zeń znacznie intensywniej niż kiedyś. Pewne aspekty tego korzystania zaczęły mnie coraz bardziej uwierać, zwłaszcza po lekturze „Płytkiego umysłu”, książki, która uświadomiła mi, że pozornie niewinne przyzwyczajenia nie pozostają bez wpływu na to, co dzieje się w głowie.

Postanowiłam wreszcie przeprowadzić eksperyment, do którego zbierałam się od dawna i o którym czytałam u innych. Nie wyrzuciłam wtyczki ani nie zmieniłam taryfy w telefonie na taką bez dostępu do Internetu. Zaczęłam od małego kroku – rezygnacji przez tydzień z Facebooka. Nie dezaktywowałam konta, tylko zawarłam ze sobą na piśmie umowę, że przez tydzień nie będę się tam logować – zarówno z poziomu komputera, jak i telefonu. Prosty sposób, a działa – jeśli ma się choć odrobinę szacunku do siebie, głupio się z takiej umowy wycofać, choć nikt z zewnątrz nie kontroluje jej przestrzegania.

Czemu Facebook? Bo w jego przypadku przeszkadzające mi najbardziej aspekty „stałego podłączenia” były najbardziej odczuwalne. Odpowiadał za ciągłe rozproszenie uwagi, trudności ze skoncentrowaniem się na dłużej na jednej czynności. Recenzując „Płytki umysł”, wspomniałam, że w czasach, o których piszę, potrafiłam zatopić się na długie godziny w lekturze, teraz  czytam książki jak kolejne linki do stron internetowych umieszczane na FB przez znajomych, zaczynając kilka z nich równolegle i nie zawsze kończąc. Nie ma w tym nic złego, każdy czyta jak lubi, ale przemyślawszy sprawę, wolę jednak pierwszy, dawny sposób.

Drugi aspekt to ilość czasu trawionego na zapoznawanie się z często banalnymi informacjami – kto co zjadł, gdzie pojechał, za co go ostatnio pochwalili albo co go wkurza. Minuta do minuty i tak okazuje się, że straciłeś nagle dwie godziny na wgapianie się w galerię zdjęć jakiejś osoby, z którą nie rozmawiałeś od paru lat i nie bardzo wiesz, o czym mógłbyś rozmawiać, gdyby przypadkiem zdarzyło się wam wpaść na siebie na ulicy. Niby tak narzekam też, że media, zwłaszcza te internetowe, karmią odbiorców coraz gorszym chłamem, nawet szanowane niegdyś portale poddają się tabloidyzacji, a z własnej woli podkręcam jeszcze ten strumień, bo gdyby nie Facebook i podsuwane przezeń linki, spora część tych wiadomości zapewne by do mnie nigdy nie dotarła. Wystarczy, że z zawodowego przyzwyczajenia i tak codziennie odwiedzam kilka adresów, by prędzej czy później uciekać stamtąd z poczuciem niesmaku. W efekcie przez mózg przepływa mi regularnie rosnący strumień śmieci, zabierając jeszcze dodatkowo czas, który mogłabym spędzić choćby na tradycyjnej lekturze.  Przestaję słyszeć  swoje myśli, zubażam zasób słów. A co najgorsze, dzieje się tak z mojej własnej woli.

Wreszcie kwestia relacji międzyludzkich. Też nie odkryję tu prochu, od pojawienia się pierwszych portali społecznościowych napisano na ten temat tony artykułów i prac na uczelniach. Facebook to rodzaj wirtualnej sceny, na której każdy może być gwiazdą. Prężymy więc muskuły, nakładamy makijaże, żeby wzbudzić i utrzymać zainteresowanie, podsycić zazdrość, pokazać, jak świetnie się nam układa, poprawić sobie samopoczucie. Szybko się od tego uzależniamy – trawestując Ginsberga, widziałam najlepsze umysły swego pokolenia klikające co kilkanaście sekund w smartfon, coraz bardziej załamane, bo nikt jeszcze nie zalajkował ostatniej zmiany ich statusu. Działa mechanizm nieustającej gratyfikacji – uzależniamy się od reakcji innych na każdy ruch. Bez przerwy działają na nas nowe bodźce, aż do przesytu, jak podczas sarmackich biesiad, gdy jadło się i piło bez ustanku przez kilka dni, znikając tylko na chwilę, by opróżnić żołądek.

Aspekt towarzyski wymieniam w trzeciej kolejności, bo częsta bytność na FB jak dotąd nie miała wpływu na najważniejsze relacje w moim życiu. Z przyjaciółmi, z którymi spotykałam się poza siecią, spotykam się nadal z taką samą częstotliwością. Lubiłam natomiast zabrać od czasu do czasu głos w różnych dyskusjach i coraz bardziej męczące stawały się skutki uboczne takiej aktywności, mianowicie nieprowadzące donikąd utarczki z często obcymi ludźmi, z którymi poza siecią pewnie nigdy bym nie miała ochoty dyskutować. Skutkiem ubocznym posiadania sporej liczby znajomych, wśród których trafiali się również znajomi spotkani tylko raz w życiu, były również kuriozalne niekiedy komentarze pojawiające się pod moimi własnymi wpisami – zamieszczane chyba tylko po to, by podbudować swoje ego, zabłysnąć erudycją, dać się zauważyć. Wszyscy to znamy, każdemu się zdarza, ludzka rzecz, ale czemu, u licha, muszę mierzyć się z sytuacją, do której w wymiarze rzeczywistym nigdy bym nie dopuściła – wpuszczenia do własnego domu chmary lepiej i gorzej znanych ludzi, którzy w podzięce za gościnę a to pobazgrają coś na ścianie, a to naplują na podłogę, innym razem wyjedzą zapas z lodówki i jeszcze zostawią w niej gospodarzom karteczkę: „pozdrawiamy”? Jeśli w życiu unikam pieniaczy, po co wchodzę z nimi w dialog w sieci?

Do tego jeszcze kwestie związane z prywatnością, bo nawet pilnując, co się pisze i komu pozwala przeczytać, mimo wszystko jakaś wiedza o nas trafia w niewidzialną chmurę i zostaje tam, być może na wieki. Reklamy, które niepostrzeżenie pojawiają się na facebookowej tablicy, podsuwane na podstawie wyników z wyszukiwarek. Poczucie, że Wielki Brat naprawdę patrzy.

Facebook nie jest rzecz jasna prawą ręką Wielkiego Brata, tylko pospolitym, bardzo użytecznym w komunikacji narzędziem, które w zamian za udostępnianie użytkownikom rozmaitych funkcji gromadzi o nich dane, czego zresztą nie ukrywa. Wszyscy dziś je gromadzą, przy odrobinie zdrowego rozsądku możemy zdecydować, czym dzielimy się w sieci ze światem, a co opłaca się zachować dla siebie. Ale jeśli narzędzie zaczyna wysuwać się na pierwszy plan i czujesz, że ci to przeszkadza, dobrze jest od tego narzędzia odpocząć, zweryfikować reakcje na jego brak, przekonać się, czy można funkcjonować poza nim. Na początku intrygowało mnie, bawiło, wielokrotnie okazało się pomocne, ale przywiązałam się do niego na tyle, że miewam poczucie utraty kontroli. Tymczasem to ja, a nie Mark Zuckerberg i jego ekipa, decyduję i chcę nadal decydować, jakich narzędzi używam, jakim treściom daję do siebie dostęp za ich pośrednictwem i ile poświęcam im czasu.

Przejdźmy więc do wniosków z trwającego tydzień eksperymentu. Nie były zaskakujące. Zwłaszcza reakcja w momencie, gdy w niedzielne popołudnie zalogowałam się po przerwie na swoje konto. Owszem, w skrzynce czekało kilkanaście wiadomości, ale ci, którzy mieli pilne sprawy, zdołali w międzyczasie  skontaktować się inna drogą. Nikt spośród ponad 600 znajomych, w tym część osób, która komunikowała się poprzez Facebooka i nie dostała odpowiedzi, nie zaniepokoił się, czy coś aby się nie stało. Najbardziej zaskoczyła mnie osoba z najbliższej rodziny, która informowała, że akurat będzie przejazdem w moim mieście i poprzestała na wysłaniu facebookowej wiadomości, zamiast zatelefonować. Najwyraźniej chciała mnie powiadomić o tym fakcie tylko pro forma, nie liczyła na spotkanie. Odczytałam to wszystko, omiotłam wzrokiem tablicę, przeczytałam to, co widniało na niej na poziomie moich oczu i kliknęłam „wyloguj się”. Nie chciało mi się zupełnie zapoznawać z archiwalnymi wpisami znajomych. Co za nuda – pomyślałam. Innymi słowy, doświadczyłam tego, o czym czytałam u osób, które wcześniej ode mnie postanowiły odciąć się na jakiś czas od Facebooka czy Internetu; podobnie było kiedyś, gdy wyjeżdżając za granicę na parę dni zapomniałam telefonu i z siecią miałam styczność tylko raz, logując się na pół godziny w miejscowej bibliotece.

A wcześniej? Pierwszego dnia po pracy, zamiast logować się na Facebooka, poszłam pobiegać. Potem zaczęłam czytać książkę, która od kilku dni leżała na biurku. Skończyłam następnego dnia. W ciągu tygodnia przeczytałam cztery książki, średnia, jakiej dawno już nie osiągnęłam, a przecież dawniej, przed erą e-booków, za wagę mojego bagażu na wyjazdach odpowiadały przede wszystkim papierowe lektury, bo przy ekspresowym tempie czytania trzeba było brać spory zapas. Najłatwiejszy był więc początek.

Gdzieś w połowie tygodnia pojawiły się ciekawe symptomy świadczące o tym, że Facebook jednak uzależnia, podobnie jak hazard czy jedzenie słodyczy: z braku dostępu do portalu zaczęłam z większą niż zwykle częstotliwością przeglądać portale informacyjne, ulubione blogi i profile na Instagramie czy Pintereście. Jakbym szukała rekompensaty, czegoś w rodzaju wirtualnego metadonu, pomagającego przetrwać bolesny odwyk. A potem zdarzyła się rzecz najciekawsza: bodaj czwartego wieczoru zajrzałam do perfumerii, żeby uzupełnić zapas ulubionego pachnidła, po czym, dokonawszy zakupu, przez kolejne dni odwiedzałam po drodze do domu inne perfumerie, testując coraz to inne zapachy, a wręcz realnie rozważając ich zakup, chociaż doskonale wiem, z czym mi dobrze i jak kończyły się w przeszłości próby zdrady kilku sprawdzonych perfum: pełne butelki zbierały kurz w szafce. Mózg, odcięty od stałego dopływu łatwej przyjemności, nie mógł się najwyraźniej uporać z jej brakiem. Zaczął wariować.

Najtrudniejszy do przetrwania był koniec eksperymentu, dzień przed jego zakończeniem, bo wyobrażałam sobie, że w skrzynce czekają na mnie nie wiedzieć jakie rarytasy. Co, jak już wiemy, okazało się bujdą. Teraz chciało mi się śmiać – tyle deliberowania czy TO zrobić i na jak długo, rozpowiadania dookoła o jakże odważnej decyzji, niemalże porównywalnej z dobrowolnym wyrzuceniem klucza do sezamu wypełnionego złotem, a to nie sezam, tylko stara skrzynka z byle czym.

Teraz kolejny krok: czasowa dezaktywacja konta, do końca roku. A potem się zobaczy. Możliwe, że wrócę dopiero po uporaniu się z czymś, nad czym aktualnie pracuję. Może będę zaglądać tylko raz w tygodniu albo raz na dzień. Możliwe, że w ogóle zapomnę o istnieniu Facebooka. Poinformuję o reakcjach i decyzji.

Ciekawa jestem Waszych doświadczeń z portalami społecznościowymi i w ogóle Internetem – czy macie za sobą podobne eksperymenty? Co Wam dały, czego dowiedzieliście się przy ich okazji o sobie? A może uważacie, nie ma sensu się im poddawać?

(Tytuł jest nawiązaniem do pewnej praktyki malarskiej stosowanej przez Witkacego – myślę, że łatwym do rozszyfrowania:)

Advertisements
Otagowane , , , , ,

15 thoughts on “NF 7

  1. Agnieszka pisze:

    Przeczytanie tego artykułu to jak wzięcie głębokiego oddechu. Mam bardzo podobne doświadczenia z „odstawieniem” Fejsbuka – zalogowanie się po jakimś czasie uświadamia mi, jaki dystans zyskałam do tego portalu. Brzmi to dosyć dziwnie, ale marzę o stałej dezaktywacji konta. Dlaczego tylko marzę? Ano dlatego,że studiuję i że forum mojego roku nie znajduje się w jakiejś oddzielnej witrynie, tylko właśnie na Fejsbuku – a przez forum można dowiedzieć się o wiele więcej i szybciej niż od pań z dziekanatu czy przez pocztę studencką. Sugestia, żeby rozdzielić funkcje Fejsbuka i studenckiego forum nie została nawet rozpatrzona. Pozostaje mi czekać i rozsądnie gospodarować tą silną używką – chociaż jak wiemy, czasami nie da się zastosować terapii innej niż wstrząsowa 🙂

    • minimalplan pisze:

      Dzięki za komentarz! W Twoim przypadku rzeczywiście informacyjna rola portalu jest nie do przecenienia. Podobny problem ma się, będąc adminem strony, którą chce się aktualizować. Może dałoby się to obejść, dezaktywując swoje prywatne konto i zakładając nowe, fikcyjne, nie posiadające znajomych, tylko na potrzeby obsługi tej strony, ale w przypadku forum studenckiego nieanonimowego z zasady to chyba odpada… Dezaktywacja to jest proces odwracalny, można wrócić w każdej chwili (tak przynajmniej zapewnia Facebook), a wszystkie kontakty, posty, zdjęcia etc. zostają zachowane. Dopiero likwidacja konta powoduje, że użytkownik znika na zawsze.

  2. Tofalaria pisze:

    Ciekawy eksperyment. Ja ciągle nie mam internetu w komórce, choć mój operator dosłownie bombarduje mnie ofertami. W związku z tym zwykle regularnie spędzam 2-3 dni w tygodniu poza siecią w ogóle. Natomiast w te dni, kiedy pracuję (akurat pracę mam przy kompie), niestety na Fejsbuka wchodzę pewnie za często. Mimo że korzystam z niego w miarę sensownie, tj. na bieżąco kształtuję treść, która do mnie dociera, zauważyłam, że często jestem potem przygnębiona… Nawet jeden news potrafi mnie jakoś zdołować, a co dopiero ta masa… Nie potrafię jeszcze zrobić bilansu, czy więcej mam z niego pożytku (a przecież to też ważny aspekt) czy szkody.

    • minimalplan pisze:

      No właśnie! Ja do odpoczynku od Facebooka dojrzewałam długo. Zachęcił mnie na pewno przykład kolegi, swego czasu na Fejsie non stop, który pewnego dnia zniknął, czasowo dezaktywując swój profil. I okazało się, że żyje, w dodatku nie odczuwając szczególnego braku. To musi być właściwy moment i świadoma decyzja – czego w danym momencie chcesz, i czy nie będziesz się czuła odcięta od informacji i niektórych kontaktów. Teraz nadszedł taki czas, bo akurat potrzebuję skupienia do pracy, odcięcia się od informacyjnego szumu, zastanowienia, co sama chcę powiedzieć. Idealnie byłoby w ogóle ograniczyć korzystanie z sieci do wyznaczonych godzin, pisała o tym ostatnio autorka bloga Nife l`Air. Co do internetu w komórce – brawo, jesteś wyjątkowo odporna! Szacunek!

  3. Zuz pisze:

    Pierwszy raz zostawiam komentarz mimo, że jestem stałą czytelniczką bloga. Korzystając więc z okazji chcę podziękować za publikowanie wartościowych treści. Ze świecą takich blogów szukać. Ale do rzeczy. Przez jakieś dwa – trzy lata byłam jedną z bardziej zaangażowanych użytkowniczek Facebooka. Nie byłam bez przerwy online, ale zajmowało to dużą część mojego dnia. Postanowiłam więc dezaktywować konto. Moja nieobecność na FB potrwała rok i nie żałuję ani dnia. Nabrałam zdrowego dystansu. Ostatecznie okazało się, że w ciągu tego roku pojawiły się może dwie osoby, które rzeczywiście chciały się ze mną skontaktować, ale nie miały mojego numeru telefonu, ani adresu e-mail, a dotarły do mnie z dużym opóźnieniem. To spowodowało, że konto mam znów aktywne. Nie mam jednak aplikacji w telefonie, a na Facebooka wchodzę maksymalnie dwa razy w tygodniu. Zmieniłam ustawienia tak, aby wyświetlały się tylko informacje od najbliższych mi osób – zatem przejrzenie całości zajmuje mi około minuty. Opierając się więc na własnych doświadczeniach mogę śmiało polecić takie działanie – szczególnie osobom, które własne życie przeżywają online, a nie w realu.

    • minimalplan pisze:

      Dzięki, Zuz. Fajnie się przekonać, że prowadzenie tego bloga ma sens 🙂 Odnośnie Facebooka – o właśnie taki efekt końcowy mi by chodziło. Coś podobnego do skutków zdrowej diety przeprowadzonej pod okiem fachowca. Żeby po jej zakończeniu utrzymać korzystne nawyki, a nie stopniowy powrót do obżarstwa i bezruchu. Twoje doświadczenie potwierdza, że jest to jak najbardziej możliwe.

  4. minimalnat pisze:

    Od kiedy usunęłam ponad 70 procent swoich facebookowych znajomych, nie mam problemów z tym portalem. Jakoś nigdy też specjalnie mnie nie pociągał, ale ostatnio zamiast cieszyć się z kolejnych aktualizacji statusów (o ile można sie z tego cieszyć) zaczęło mnie to irytować. Już dawno przestało mnie interesować co słychać u koleżanki z liceum, której i tak nie lubiłam, a która bombardowała mnie zdjęciami dzieci, kota i swojego samochodu.

    Miałam też podobne zdarzenie co ty, wdawanie sie w pyskówki pod zdjęciami osób, które ani mnie nie znały ani nie miały pojęcia o relacjach jaki łączą mnie z właścicielem danego profilu. Męczące i irytujące.
    Chciałam, żeby intencje były czyste, wiec zadałam sobie pytanie- czy każda z tych osób będzie mi miło spotkać na ulicy? Czy jeżeli ktoś napisałby, że potrzebuje mojej pomocy, czy na prawdę bym mu jej udzieliła? I najprostsze: czy lubię tą osobę? Jeżeli odpowiedz brzmiała nie, wyrzucałam tych ludzi ze znajomych. Niektórzy nie zauważyli nawet, że to się stało i niestrudzenie wysyłali mi zaproszenia. Tu nie chodzi o to ile czasu spędzasz na Facebooku, ale o jakość tego czasu. Bo jeżeli nie możesz cieszyć się z kolejnego zdjecia z wakacji twoich znajomych, to trzeba zastanowić się nad relacjami które was łączą.

    Czasami sprawdzę co słychać u znajomych, którzy mieszkają za granicą bo Facebook to najwygodniejsza forma kontaktu, ale po tych „czystkach” zostawiłam tylko ludzi, których znam, lubię i do których mam numery telefonów.

  5. azetka pisze:

    Moj eksperyment z Facebookiem traw drugi rok i mam nadzieje, że zakończy się za kilka dni.

    Styczeń 2013- po ostrej wymianie zdań na moim profilu boli mnie głowa. Nie mogę skupić się na innych sprawach, bo ciągle przeżywam dyskusję, która miała byc nieszkodliwa a okazała się burzą.Wyrzucam ponad 300 kontaktów, ale nie likwiduję konta, bo paradoksalnie jest kilka stron/ fanpagow itp. które chciałabym czasami poczytac.

    II połowa 2013- wysyłam ponownie zaproszenia do znajomych. Tym razem mam juz tylko ok. 60 osób. Jest znośnie, ale ciągle denerwuje mnie notoryczne sprawdzanie konta.

    Wiosna 2014, kilkakrotnie odinstalowuje i instaluje Facebooka na komórce.

    Jesień 2014 – nie mam Fejsa na komorce. Pewnego dnia po prostu zrootowałam telefon i Facebook zniknał.Niestety został na kompie.

    Za kilka dni, to znaczy jak rozpoczne upragniony urlop i bede miec czas podziekuję Niebieskiemu Zlodziejowi Czasu i pogrzebie zywcem,zeby odzyskac utracony spokoj, czas i satysfakcje, ze potrafie kierowac swoim zyciem.

  6. Ewa pisze:

    Z fb mam dokładnie ten sam problem, co Agnieszka – toczy się tam spora część życia akademickiego, której przeoczanie stanowiłoby spory problem. Dodatkowo są w moim życiu osoby, z którymi dzieli mnie dystans przestrzenny, a z którymi lubię rozmawiać. Czat jest niezłym rozwiązaniem, jeśli nie chce się spędzać godziny czy dwóch z telefonem przy uchu, co również bywa bardzo męczące.
    Za to staram się nie przyjmować zaproszeń od osób z którymi nie chcę się kontaktować, lub ewentualnie bezlitośnie kasować takie osoby raz na jakiś czas, jeśli się przypałętają (to dopiero brzmi nieludzko). W ten sposób ograniczam ilość śmieci na tablicy. Myślę, że powinnam przynajmniej o tyle ograniczyć korzystanie, by nie przeglądać strony głównej i po prostu zaglądać do wiadomości czy interesującej mnie grupy. Chyba wypróbuję to w czasie przewy świątecznej.

    Zamiast odpoczynku od fb zrobiłam sobie detoks informacyjny. Od początku jesieni nie wchodziłam na żadne portale informacyjne, nie czytałam newsów czy tym bardziej komentarzy, wychodziłam z pokoju, gdy ktoś włączał wiadomości. I niby nie widziałam znaczącej różnicy… Ale gdy ostatnio byłam zmuszona przejrzeć informacji zamieszczanych w portalach informacyjnych wraz komentarzami… Czułam się niemal chora, podirytowana i załamana tym, co sobą reprezentowały. I wykonawszy zadanie – z ulgą wróciłam do abstynencji. I naprawdę nie czuję, by czegoś mi w życiu brakowało.

    Ps. Witkacy zawsze dobry. Może trzeba by było zacząć oznaczać eseje jego metodą? ; ]

  7. iwona pisze:

    jestem jak się zdaje jedną z nielicznych osób, których fb w ogóle nie wciągnęło. I nadal nie rozumiem jego fenomenu. Długo w ogóle nie miałam konta, założyłam je jak okazało się że młode firmy często nie mają swojej strony, a jedyny kontakt jest właśnie przez fb. Mam konto od kilku lat, jednego (!!) znajomego (brat) i praktycznie martwą tablicę. Należę do kilku grup w stylu sprzedam wymienię, bo robię czystki w szafie i tam się reklamuję. Ale ja jestem stare pokolenie (74 rocznik), z bardzo małą ilością znajomych nawet w realu (taki aspołeczny acz gadatliwy typ) i mi fb nie jest do niczego potrzebny.

    • Dyniowa pisze:

      Ja nie dotarłam nawet do momentu założenia facebooka. Kiedyś myślałam, że to tylko kwestia tego, że nie mam aż tak wielu znajomych i chciałabym chronić swoją prywatność, więc po co mi takie zabawki. Kiedy po pięciu latach od dowiedzenia się o istnieniu tego portalu czytam, że ludzie robią sobie wyzwania takie jak opisane w powyższym poście, jestem przerażona.
      Studiuję, pracuję, lubię gotować, czytam książki. Jestem całkowicie sama w nowym mieście, więc co tydzień-dwa jadę do rodziny oddalonej o 500, lub znajomych o 700 kilometrów. Kino, teatr, spacery. Kilka tygodni temu nauczyłam się robić na drutach i opowiedziałam o tym mojej przyjaciółce, na co padło pytanie: „Ale tak… nie wirtualnie?”.
      Zaczęłam zauważać, że ludzie są kompletnie przytłoczeni facebookową rzeczywistością. Nic nie robią, z nikim się nie spotykają. Świecą im się oczy na moją opowieść o wycieczce do Muzeum Żydów Polskich, ale nigdy sami się tam nie wybiorą, bo to o wiele trudniejsze od otwarcia przeglądarki. Mam ochotę potrząsnąć tym światem i krzyknąć: hej, co wy do cholery wyprawiacie?
      Nie chodzi o lifestyle. Nie nazwałabym tak swojego trybu życia. Dwa lata temu też wpatrywałam się w piękne fotografie, cudowne opisy ślicznych ubrań, kolorowe śniadania z musli i spacery z kawą w tekturowym kubku udokumentowane w polskiej blogosferze. Na szczęście dotarło do mnie jak dużo najpodlejszej ściemy jest na tych stronach.
      Zakończę historią, która bardzo mnie zasmuciła i nie wiąże się bezpośrednio z facebookiem, ale w pewien sposób kwituje wirtualny ekshibicjonizm. Pewnego dnia zadzwoniłam do swojej dawnej koleżanki, która opowiedziała mi o tym jak nienawidzi swojej szkoły, pracy, znajomych (chyba łącznie ze mną), że przytyła, nie rozmawia ze swoją mamą od kilku miesięcy i w zasadzie jej życie składa się z dużej ilości przekleństw i dwóch paczek papierosów dziennie. Byłam niezwykle zdumiona gdy kilka dni później odwiedziłam bloga dziewczyny i zobaczyłam roześmiane zdjęcia z ludźmi ze studiów, relacje z festiwalu kulturalnego i mnóstwo, całe mnóstwo foodpornu okraszone komentarzami w stylu: „Mam nadzieję, że zdjęcia z mojego kolorowego poranka dadzą wam inspirację na cały dzień, słoneczka wy moje!”. Yyy… Serio?
      Zostawcie to, chodźcie do prawdziwego świata, jest jeszcze dużo wolnych miejsc.
      Rocznik 91

      • minimalplan pisze:

        Dzięki za komentarz i celne spostrzeżenia! Gratuluję Ci konsekwencji i silnej woli. Ciekawa jestem, co konkretnie przeraża się, gdy czytasz o podobnych „wyzwaniach”? Czasowy odpoczynek od Facebooka czy Internetu to w jakimś sensie odpowiednik postu, świadomego wyrzeczenia, praktykowanego niemal we wszystkich kulturach. Jedni rezygnują ze słodyczy, jeśli czują, że mają ich w nadmiarze, inni z wchodzenia na portale społecznościowe. Jest jednak różnica między postem a odwykiem (może tytuł i metafora z metadonem mylnie zasugerowały, że chodzi o ten drugi 🙂 W moim przypadku Facebook ani Internet nie zmieniły mnie w wirtualne zombie, co zresztą zaznaczyłam. Często spotykam się ze znajomymi poza Facebookiem,sporo podróżuję, po mieście poruszam się rowerem lub piechotą, nie wpatrzona w ekran telefonu. Chodzę na koncerty, do galerii, kina, teatru etc. Zauważyłam natomiast, że korzystanie z tego narzędzia zbyt weszło mi w krew – na przykład gdy pracuję, mam otwartych kilka okien przeglądarek, w tym Facebooka, co negatywnie wpływa na moją koncentrację. Nieustający biały szum w tle. Poza tym zaczęła irytować mnie banalność facebookowych postów i takiegoż kontaktu, zwłaszcza z osobami, z którymi nie utrzymuję szczególnej zażyłości w świecie realnym. Stąd czasowa dezaktywacja konta, rodzaj eksperymentu, odcięcia tego, co przeszkadza najbardziej, żeby skupić się przez jakiś czas na pracy i usłyszeć własne myśli bez tego nieustannego wirtualnego jazgotu wokół. Pisałam o tym wcześniej w którymś z postów, porównując Facebook do rynku w średniowiecznym miasteczku: każdy z nas potrzebuje ploteczek, informacji, ale zagląda na rynek raz, dwa razy dziennie w drodze do i z pracy. Samo życie. Ale są też tacy, którzy tkwią na rynku przez cały dzień, kiwając się pod filarami. Do takiego stanu w normalnym życiu raczej mało kto chciałby dojść, a jednak w wirtualu niebezpiecznie się doń zbliżamy, właśnie będąc podłączonymi non stop. Nie demonizowałabym Facebooka ani Internetu, bo to od nas zależy, jak z nich korzystamy, podobnie jak z każdym narzędziem. Bywają bardzo przydatne. Oczywiście, twórcom portali społecznościowych chodzi o to, byśmy korzystali z nich jak najczęściej, przekazując im dane o sobie i nęcą nas różnymi metodami, podobnie jak twórcom reklam, ale człowiek myślący potrafi się temu nie poddać. Dla kontrprzykładu: dla mnie reklamy nie istnieją, bo nie mam telewizora w domu od jakichś 6 lat (żadne wyzwanie, po prostu uznałam, że tak rzadko z niego korzystam, że przy kolejnej przeprowadzce nie będzie mi potrzebny) i gdy oglądam z konieczności reklamy w kinie przed seansem, zachodzę w głowę, że można wytworzyć coś aż tak głupiego i że na kogoś w ogóle to działa 🙂 Pozdrawiam!

      • minimalplan pisze:

        P.S. A co do sztuczności życia pokazywanego za pośrednictwem Facebooka czy Instagrama, masz stuprocentową rację.

  8. Maria pisze:

    No ja na pewno jestem uzależniona od FB (zgadnijcie, z jakiej strony trafiłam na tą 😉 ) i jeszcze zupełnie niegotowa na całkowite odstawienie, choćby czasowe. W ramach kompromisu zainstalowałam sobie na do niedawna najczęściej używanej przeglądarce (Google Chrome) wtyczkę, która blokuje mi dostęp do FB przez większość dnia. Efekt? Firefox wrócił do łask 😀
    A, i dołączam do grupy sfrustrowanej tym, że FB nieraz jest jedynym źródłem pożytecznych informacji, od których odcinać się nie chcę. Np. gdy szukałam pracy, to cenne informacje o firmach były na ich fejsbukowych profilach… Poza tym w moim środowisku tanecznym często głównym, a czasem jedynym kanałem promocji fajnych wydarzeń typu warsztaty jest FB. Ich organizatorom nie chce się tworzyć strony internetowej, skoro łatwiej i za darmo można zrobić profil na FB. I trudno ich za to winić…

  9. Ania pisze:

    Pamiętam jeszcze czasy świetności naszej klasy. Wtedy moja kumpela od jakichś znajomych z zagranicy dowiedziała się o istnieniu facebooka i poprosiła mnie, żebym założyła konto i dołączyła do jej mafii czy coś w ten deseń. Założyłam, dołączyłam, ona dostała jakieś punkty, a ja dezaktywowałam swoje konto. Do dzisiaj nie mam konta ma facebooku i nieraz omijają mnie jakieś wydarzenia w gronie znajomych, bo ogłaszają imprezę na fejsie, a do mnie czasami zapomną napisać osobną wiadomość. Zdarza się to na szczęście dość rzadko.
    Facebook dla mnie jest formą zaglądania do sąsiada przez dziurę w płocie. Próbujemy się pochwalić, jak to nasze życie obfituje w sukcesy, imprezy, podróże i jednocześnie porównujemy się do innych. Nie chcę, żeby obcy ludzie oglądali moje zdjęcia i też nie interesuje mnie co słychać u znajomych z liceum. Nie mam z nimi kontaktu z jakiegoś powodu (chociażby nie zależało nam na znajomości na tyle, żeby ją utrzymać). Jak mnie interesuje co u kogoś słychać, dzwonię i umawiam się na obiad i kawę.
    Pozdrawiam:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: