Bez nadmiaru

„Mniej” Marty Sapały króluje w tym tygodniu w mediach – i bardzo dobrze. Wcześniej książka pojawiła się na wielu minimalistycznych blogach, ale na wypadek, gdyby ktoś zetknął się tutaj z informacją o niej po raz pierwszy: to zapis eksperymentu przeprowadzonego przez autorkę i osiem innych polskich rodzin (początkowo była ich dwunastka, ale niektórzy zrezygnowali w trakcie). Postanowili przez rok żyć bez kupowania.

Styledigger idealnie skomasowała w swoim wpisie to, co najważniejsze w książce Marty, ja dodam tylko, że dla mnie ogromną zaletą książki jest jej autentyczność i dziennikarski temperament, z jakim reporterka i zarazem współuczestniczka eksperymentu przedstawiła podzielone na poszczególne miesiące doświadczenie. Nie powiela sztampy, w jaką wpadło wielu, zwłaszcza amerykańskich, autorów, koncentrujących się zanadto na drobiazgowych opisach własnego życia w trakcie podjętego wyzwania. Zastanawia się, analizuje, poddaje w wątpliwość rozmaite założenia, także własne, które mogłyby przecież uchodzić za pewnik. Jest krytyczna i uważna.

Po medialnych publikacjach o „Mniej” w sieci pojawiło się sporo komentarzy, wśród nich takie, że autorka (zapewne przedstawicielka hipsterskiej „warszawki”) jest oderwana od rzeczywistości, bo cóż to za odkrycie, że można przeżyć za 600 zł miesięcznie, jeśli niektórzy tak przecież żyją i wcale nie nazywają tego eksperymentem. Mocno krzywdzące są te zarzuty. Przede wszystkim, Marta nie udawała nikogo, kim nie jest. Pisała ze swojej perspektywy – mieszkanki stolicy, matki dwulatka, redaktorki, członka rodziny zarabiającej łącznie powyżej krajowej średniej. Eksperyment otworzył jej oczy na perspektywę tych, dla których życie bez zakupów to smutna konieczność. W książce dzieli się szczerze refleksjami na ten temat. Po drugie, bardzo się starała, by uczestnicy „roku bez zakupów” stanowili mocno zróżnicowaną grupę – owszem, byli wśród nich mieszkańcy dużych miast, ale i m.in. rodzina z podlaskiej wsi, która już wcześniej funkcjonowała na granicy minimum egzystencji, Po trzecie, intencją autorki – oprócz przyjrzenia się motywacjom zakupowym swoim i cudzym – było uświadomienie właśnie tym, którzy kupują w nadmiarze, często nałogowo i na kredyt, że przecież można inaczej. Ci, którzy muszą nie kupować, nie mają podobnych dylematów. Ale dzięki lekturze „Mniej” może część z nas, nie doświadczających niedoborów, pomyśli też o nich i podzieli się z nimi swoim nadmiarem.

Poniżej rozmowa z Martą, którą miałam przyjemność znać jeszcze przed publikacją książki; poznałyśmy się w okolicznościach zgoła nie związanych z minimalizmem. Później przypadkowo trafiłam na bloga pod hasłem „nie kupuję.obserwuję” i jakież było moje zaskoczenie, gdy kliknąwszy na link „O mnie” odkryłam, kto kryje się po drugiej stronie 🙂

mniej,big,522511

–  Co było dla Ciebie największym zaskoczeniem w trakcie roku bez zakupów?

 Że „mniej” w jednej dziedzinie niekoniecznie oznacza „więcej” w innej. Tu nie ma prostego przełożenia. Że mimo że startowo było między nami wiele różnic (poziom dochodów, preferencje zakupowe, miejsce zamieszkania, styl życia, osobista sytuacja), okazało się, że też mamy ze sobą wiele wspólnego. Że przechodzimy przez niemal identyczne fazy. Że (nie)kupowanie zahacza u nas o podobne obszary. No i że jest tych obszarów zaskakująco dużo: stosunek do samego siebie, do innych, do środowiska, relacje związkowe i rodzinne, życie sąsiedzkie, nawet poczucie obywatelskiej mocy. Albo niemocy:-) Naprawdę dużym zaskoczeniem było też to, że po 12 miesiącach konsumpcyjnego postu nie przyszedł karnawał. Mimo, ze każdy z nas zaliczał w tym procesie jakieś wywrotki, nikt po jego zakończeniu nie popędził na wielkie zakupy. Ani natychmiast, ani w jakiejś późniejszej perspektywie. W ogóle ten kolejny rok, choć zdawkowo o nim wspominam w książce, przyniósł wiele pięknych historii. Takich związanych z rozwojem. Z uwolnieniem w pewnych dziedzinach. Z wkroczeniem na pewne nowe obszary, z których trudno jest ot tak zawrócić. Tak jakby świadomość, która się w nas rozwinęła, zaczęła się wreszcie sklejać się z działaniem.

– Czy rok bez zakupów zmienił Twoje nawyki konsumpcyjne? Zaobserwowałaś zmiany również w innych sferach?  

 – O, na pewno. Moja wydawczyni, gdy zaczęłyśmy rozmawiać o tym, że warto by było na bazie tego dziennikarskiego pomysłu (bo zaczęło się od zamówienia tekstu do Polityki) napisać też książkę, zapytała czy mam(y) na celu trwałą zmianę, odpowiedziałam: ależ gdzie tam! przecież dobrze się znam i z pewnością powrócę do starych zakupowych nawyków, też tych niekoniecznie rozsądnych. A tu niespodzianka, bo 1 kwietnia, gdy zakończył się rok bez zakupów, okazało się, że większość z tych małych konsumpcyjnych ssań, które wcześniej nam dokuczały, po prostu zniknęła. Pojawiła się za to ostrość widzenia; wszyscy bohaterowie, a już zwłaszcza ci, którzy wcześniej lekką ręką wydawali pieniądze, mówią, że nie potrafią już, biorąc w sklepie w łapy coś co trudno sklasyfikować jako niezbędne, nie przeliczać wartości tej rzeczy na godziny własnej pracy. Pojawiło się (lub ugruntowało) poczucie odpowiedzialności – za swoje decyzje, ale też np. za ilość śmieci generowanych przez zakupy. Wszyscy staliśmy się uważniejsi, a przez to bardziej odporni. Pewnie trudniej nas omamić, ale i my nie oszukujemy siebie, gdy pozwalamy sobie na różne ekscesy. Bo wciąż je popełniamy. Nie staliśmy się totalnymi konsumpcyjnymi ascetami.

– Co było najtrudniejsze podczas eksperymentu? 

 – Wszystkie dziedziny związane z relacjami z innymi ludźmi. Prezenty, wspólne spędzanie czasu, potrzeba wzajemności, potrzeba dzielenia się, potrzeba wspierania finansowo tych którzy tego potrzebują, ale też bariera przed przekroczeniem granicy za którą może kryć się zranienie. To był ten moment, w którym większość bohaterów się zatrzymywała. O ile ochoczo eksperymentowaliśmy z własnymi granicami (i bywało to trudne, bo łączyło się np. ze wstydem, zakłopotaniem, poczuciem bezsilności, wykluczenia, wkurzenia, ale też poczuciem wyższości wobec innych, do którego też niełatwo się przyznać) nie chcieliśmy się posuwać zbyt daleko, gdy chodziło o naszych bliskich. Opieka medyczna – wiem, banał, ale ten rok wyraźnie mi i nam pokazał, że system który nam się proponuje, mocno szwankuje. Pół biedy gdy ma się wybór (też finansowy) i można na cito skorzystać z komercyjnej służby zdrowia (i tak robili uczestnicy doświadczenia, gdy sytuacja ich do tego zmuszała), ale przecież grupa osób w Polsce która ma do niej realny dostęp – bo np. ich samych albo ich pracodawców na nią stać – nie jest wcale tak imponująca. Różne kwestie związane z dziećmi – tu wymiękali nie tylko rodzice, ale i ci bohaterowie, którzy byli wujkami albo ciociami. Sobie od ust odejmiemy, ale dzieciom damy – to też banał, ale znalazł potwierdzenie w rzeczywistości. Wiesz co jeszcze? Drobne przyjemności. Piwo od czasu do czasu, czekolada, ulubione pikantne smarowidło, petszop (seryjna zabawka), który ukoił ból córki po wyrwaniu resztek złamanego na oblodzonej drodze mleczaka, ale też urlopowy wypoczynek – nie w kontekście wykupienia wczasów pod palmą, ale np. spontanicznego wyjazdu do przyjaciół w innym województwie. Wiążę się z wydatkami, ale jak tu sobie odmówić takiego spotkania, skoro następna taka okazja może się przytrafić za rok albo i później? Są pewne rzeczy których nie da się odsunąć w czasie. W ogóle bardzo ciekawe było obserwowanie tego, ze choć bardzo się różnimy, jest między nami też wiele podobieństw. Także jeżeli chodziło o to co jest dla nas trudne.

– Czy sądzisz, że zachowania konsumpcyjne Polaków będą stopniowo ewoluować w kierunku redukcji, dobrowolnej prostoty? Czy już się najedliśmy, nakupowaliśmy, czy wciąż jeszcze jesteśmy nienasyceni?

– Teraz faktycznie sporo się pisze i mówi o minimalizmie, o wszystkim pod co można podpiąć pod hasło „slow”, redukcji na różnych płaszczyznach, etycznej modzie, ekologicznym jedzeniu, zrównoważonym transporcie, odkopuje się też zapomniane hasła, jak kooperatywa, kolektywizm, próbując je dopasować do obecnych warunków. I bardzo dobrze, ale mam jednak wrażenie że ta dyskusja toczy się, wciąż, głównie w gronie tych, których jest stać – także finansowo – na refleksję, na pracę nad własną świadomością. To jest coraz szersze grono, coraz bardziej zróżnicowane i zauważalne, ale wciąż nie reprezentatywne. Co ciekawe, w trakcie tego roku wielokrotnie dochodziło do mnie, że konsumpcjonizm żeruje nawet na tej zmianie myślenia. Gdy wczytywałam się w zestaw trendów na 2013 rok, opracowanych przez tęgie umysły od sprzedaży, było to wyraźnie widać. Reklama i sprzedaż zagospodarowują wszystko: ekonomię dzielenia się, potrzebę bycia samowystarczalnym albo etycznym, zagładę pszczół, nawet podatkowy 1% 🙂 Nie przepuszczą żadnej z idei z której można coś wycisnąć. Zresztą nawet relacja polskiego społeczeństwa z konsumpcjonizmem jest bardzo świeża, opiera się przecież na zupełnie innych fundamentach niż na przykład na Zachodzie, gdzie ruchów kontestujących kulturę konsumpcyjną jest więcej niż sieci supermarketów w Polsce. W słowniku języka polskiego nawet hasło „konsumeryzm” ma wciąż jeszcze dość niewinną definicję. Nasz zakupowy apetyt, albo i głód jest związany nie tylko z realnym poziomem nasycenia konkretnymi dobrami, ale też i z tym, że my wciąż jesteśmy dość naiwni, bezbronni wobec technik, które stosuje handel i marketing, że siła nabywcza pieniędzy które zarabiamy, jest zupełnie inna niż na Zachodzie (prosty przykład: statystyczny Polak ma niewiele finansowej przestrzeni na doświadczenie efektów konsumpcyjnego przeżarcia, bo większość forsy wydaje na podstawowe potrzeby: jedzenie, leczenie, mieszkanie, transport), że nie znamy swoich praw, nie ma u nas silnych ruchów konsumenckich ani tradycji bojkotów, nie widzimy albo ignorujemy związek które nasze zakupowe przyzwyczajenia mogą mieć choćby z wyglądem naszego sąsiedztwa. A do tego ogromna grupa Polaków, wg statystyk jakieś 2 mln, jest zmuszona oglądać z każdej strony dosłownie każdą wydawaną złotówkę. Żyje w skrajnej biedzie.Ale jest też w Polsce spora grupa ludzi która na co dzień kontestuje konsumpcjonizm, choć o tym – zapewne – nie wie. Nie tylko dlatego, że nie mają czym go karmić, ale też z tego powodu, że nie wyobrażają sobie że można marnować jedzenie, wymieniać zawartość szafy co sezon, w głowie nie mieści im się, że można chcieć zapłacić 2 stówy za kawowy stolik zrobiony z europalety. Tak zostali wychowani, albo sami do tego doszli, żyją zdroworozsądkowo, z umiarem, gospodarnie. Tak jak  niektórzy bohaterowie mojej książki. Choć taka zwykła, codzienna gospodarność nie wydaje się efektowna, „nie sprzedaje się”, to myślę, że warto ją pokazywać, bo jest w niej dużo praktycznej, życiowej mądrości. A niemal zero ideologii.

559626_735648266526539_6222330159993833096_n

Marta Sapała podczas spotkania autorskiego we „Wrzeniu Świata”, Warszawa (materiały wydawcy)

– Najciekawsze w całym przedsięwzięciu wydaje mi się to, że nie było jednego uniwersalnego modelu zachowania, jak w projekcie „Great American Apparel Diet”. Każdy z uczestników miał swoją drogę, swoje motywy i swoje metody. Czy wyłania się z tego dla Ciebie jakiś szerszy obraz polskiego konsumenta czy wręcz przeciętnego Polaka? Czy udało Ci się zweryfikować wyobrażenia o polskim portfelu i nawykach zakupowych, których trzymamy się z perspektywy warszawskiej?

– Perspektywa warszawska w ogóle nie jest reprezentatywna, prawda? Choć to właśnie tutaj najciężej pracuje się nad tym, żeby rozkręcić nasze apetyty:-) Mi zależało na tym, żeby przyjrzeć się zakupowej codzienności pod różnymi kątami, pokazać możliwie szerokie spektrum potrzeb. One mogą być przecież zupełnie różne. Inne gdy prowadzi się życie wolne od ekonomicznych trosk, inne – gdy wspina się na wyżyny aprowizacyjnej kreatywności i próbuje związać koniec z końcem. Inne dla samotnej matki, dla rodziny z trójką dzieci, inne dla pary. Inne na wsi pod białoruską granicą, inne w stolicy Islandii. Odkryciem dla mnie było to, że niezależnie od tego ile mamy w portfelu i co z jego pomocą pragniemy lub możemy nabywamy,  pewne mechanizmy sterujące konsumpcją są dla nas wspólne. Możemy być na nie mniej lub bardziej odporni, mniej ich lub bardziej świadomi, ale one istnieją i działają. Warto je rozpoznać, bo ta wiedza pozwala się im zarówno świadomie opierać, ale też – z pełną świadomością konsekwencji – poddawać.

– Twój eksperyment różnił się od „roku bez kupowania” choćby dlatego, że dopuszczał potknięcia, były one szczerze opisywane. Czy od początku zakładałaś, że nie chcesz tworzyć sztywnych, sztucznych ram jak w ruchu Anonimowych Alkoholików walczących z nałogiem? 

–  Tak. Zależało mi na tym, żebyśmy nie tworzyli grupy antyzakupowego wsparcia. Gdybyśmy całą parę ładowali w to, żeby nie zaliczyć ani jednej wywrotki, tłamsili wszystkie impulsy, ucinali wszystkie potencjalnie trudne sytuacje, pewnie nie dowiedziałabym się niczego – poza tym że człowiek, owszem, jak się uprze i zaprze, a do tego oprze (na innych) to jest w stanie nie wchodzić do sklepów przez cały rok. A nie o to mi chodziło. Byłam bardzo ciekawa dlaczego sfera związana z kupowaniem i posiadaniem jest tak ważna, co nam utrudnia, a co pomaga zachować umiar, co dostajemy gdy kupujemy, a co tracimy, co może być naszą faktyczną potrzebą, a co wykreowaną przez kulturę – też też konsumpcyjną. No i dlaczego tę wiedzę tak trudno jest wykorzystywać w praktyce?

– W przypadku podobnego eksperymentu, którego zapis również znalazł się w książce – rodziny Szabłowskich, która przez pewien czas próbowała udawać, że żyje w PRL-u, najcenniejszym zyskiem okazały się więzi społeczne. Czy u Ciebie i Twoich bohaterów było podobnie?

– Pewnie. Rodziny, ale też bliżsi i dalsi znajomi nas – na ogół – bardzo wspierali. Wielu z moich wspólników mówiło, że ten rok dał im dużo spokoju, bo przekonali się, że mają wokół siebie własną mocną sieć, która da im oparcie, gdy przytrafi się trudniejszy, także pod ekonomicznym względem, czas w życiu. Ona pewnie istniała już wcześniej, ale gdy jest się zajętym pielęgnowaniem własnej konsumpcyjnej niezależności, można jej nie zauważyć. Chodzi mi o niezależność typu: mam pieniądze, więc nikogo nie muszę o nic prosić, nikomu zawracać głowy, idę i sobie kupuję. Okazało się też, że te różne nowe okołokonsumpcyjne sytuacje, które testowaliśmy – takie jak wymiana dóbr albo usług (np. przez Wymiennik) kupowanie w kooperatywie, a nie w supermarkecie, działkowanie albo zbieractwo, pomoc sąsiedzka, pożyczanie, ale też wychodzenie z takim dość banalnym, ale przecież też trudnym pytaniem „może podzielisz się ze mną?” – mają społeczny potencjał. Jedna z moich wspólniczek nawiązała bardzo silną, ciepłą relację z dwa razy starszą sąsiadką. Rozpoczęło się od przekazywania sobie niepotrzebnych rzeczy, z czasem ich znajomość wzbogaciła się o kolejne warstwy: zaufanie, poczucie bezpieczeństwa, swobodę. Duży kapitał. To się zdarzało wielu z nas, na różnych poziomach. Ale obserwacja tego co dzieje się na styku konsumpcji i życia społecznego prowadziła też do refleksji na innym tle: trudno jest korzystać w nieskończoność ze społecznego wsparcia, gdy nie można się odwzajemnić. Ten rok bardzo mocno nam to uświadomił. W Polsce żyje wiele rodzin, które sytuacja materialna zmusza do permanentnego korzystania z życzliwości otoczenia (nawet model minimum ezystencji, stworzony w IPiSS, zakłada że ludzie którzy żyją na krawędzi przetrwania, część dóbr pozyskują od swojej wspólnoty), ale jednocześnie nie mają jak się za tę pomoc odwdzięczyć. Ktoś z kim ostatnio o tym rozmawiałam, powiedział, że przecież można się rewanżować umiejętnościami albo czasem. Ale to nie jest takie proste. Gdy wybiera się takie rozwiązanie z premedytacją – tak jak my to robiliśmy – to owszem. Gdy się jest do niego zmuszonym – niekoniecznie. Zwłaszcza gdy zewsząd naciski: kup, no kup, jak kupisz to się na pewno lepiej poczujesz.

– Dużo się ostatnio mówi o tym, że konsumpcjonizm jest dziś rodzajem nowej, zastępczej religii wobec kryzysu wartości. Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem anty-konsumpcjonizm też nie zaczyna nią być dla jakiejś części osób zafascynowanych minimalizmem (zresztą nazwy typu „zen habits” mówią same za siebie). Co o tym sądzisz?

– Bardzo trafne pytanie, z ukrytą wewnątrz odpowiedzią:-) Każda idea może stać się zastępczą religią. Każda może być zasłoną dla czegoś innego – wiadomo, że można kompulsywnie kupować, ale można się też nałogowo wymieniać albo… pozbywać rzeczy. Pytanie: co jest za tą zasłoną? Akurat ja nie mam zadatków na ideolożkę. Za dużo mam wątpliwości, nie odnajduję się w jednoznacznych równaniach typu „mniej znaczy więcej”.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , , ,

11 thoughts on “Bez nadmiaru

  1. Ala pisze:

    O tak! Książka jest świetna. Bloga przeczytałam „od deski do deski” i zastanawiałam się czy warto zaopatrywać się też w książkę. Warto! Dziękuję za ten wywiad 😉

  2. iwona pisze:

    świetny wywiad. Powinien być drukowany/publikowany zamiast recenzji książki. Szczerze mówiąc byłam jedną z tych pokpiwających (po przeczytaniu u Styledigger), a ten wywiad pokazał mi zupełnie inny wymiar eksperymentu. Dzięki.

  3. […] Rozmowa z Martą Sapałą na Minimal Plan. […]

  4. Marta Sapała pisze:

    Dziękuję Ci bardzo za zaproszenie do tej rozmowy; dotknęłaś tych obszarów, które są dla mnie jakoś wyjątkowo istotne. Świąteczne pozdrowienia dla wszystkich tu zaglądających!

  5. […] minimalizmem m.in. na prostym blogu czy Style Digger, wywiad z autorką przeprowadziła blogerka z minimal plan, ale Sapała została również zauważona w mainstreamowych mediach. Mainstream jednak zareagował […]

  6. marissa pisze:

    zbieram się do przeczytania tej książki…

    http://www.pretty-perfection.pl

  7. LeAnne pisze:

    Reportaż pochłonęłam w dwa dni. Ciekawy, wciąga, zaskakuje lecz brak mi było (jest) materialistycznych podsumowań, list zakupowych. Bohaterów nie poznałam , nie wczułam się w ich ”skórę” i może tego mi brakowało. W świecie gromadzenia dóbr,obnoszenia się z nimi powinna być to lektura obowiązkowa (większości)kobiet.

    Wywiad świetny.
    Pozdrawiam 🙂

  8. Natalia pisze:

    Natknęłam się na wiele pozytywnych komentarzy na temat tej książki, niestety nie mam w tej chwili możliwości zakupienia jej. Jednak jak tylko będę w domu na pewno szybko to nadrobię. Chyba że wcześniej uda mi się znaleźć w jakimś sklepie e-booka 🙂
    __________
    Natalia, http://www.pieceofsimplicity.blogspot.com

  9. Anna M. pisze:

    Nie moge przebrnac przez ta ksiazke…..jest malo interesujaca.

  10. […] minimalizmem m.in. na prostym blogu czy Style Digger, wywiad z autorką przeprowadziła blogerka z minimal plan, ale Sapała została również zauważona w mainstreamowych mediach. Mainstream jednak zareagował […]

  11. […] minimalizmem m.in. na prostym blogu czy Style Digger, wywiad z autorką przeprowadziła blogerka z minimal plan, ale Sapała została również zauważona w mainstreamowych mediach. Mainstream jednak zareagował […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: