Francuski styl, interpretacje: postcriptum albo instrukcja obsługi

Pewnie część czytających tego bloga zastanawia się, z jakiego powodu pojawiły się dwa ostatnie wpisy – do tej pory blog rozwijał się swoim nurtem, a teraz nagle pojawiają się treści podobne do tych, jakie można spotkać na co najmniej kilku innych (zresztą cenionych przez autorkę). Choćby cykl prowadzony przez Marię z Ubieraj się klasycznie.

Nie, nie zamierzam rywalizować z Marią ani jej naśladować. Nie wiem, czy „Interpretacje” będą miały dalszy ciąg, choć po głowie chodzi mi przynajmniej jeszcze kilka nazwisk, które byłoby fajnie pokazać tutaj pod kątem własnego podejścia do francuskiego stylu.

Motywacją do zamieszczenia dwóch poprzednich wpisów było coś innego: przesyt poradnikami dotyczącymi „stylu francuskiego” w formie książkowej i internetowej, mimo przekonania do jego sensowności i atrakcyjności. Kiedy jednak widzę, jak kilka zasad dotyczących kompletowania garderoby, faktycznie wypracowanych przez Francuzki i uchodzących za tamtejszą specialite de la maison, topi się w sosie mądrości rodem z Cosmopolitan i Elle,dowodzących, że Paryżanki to odrębny gatunek kobiet, których zachowania w każdej sytuacji są tak oryginalne, że innym, nie mającym szczęścia urodzić się w stolicy Francji, pozostaje tylko je naśladować, mam ochotę popełnić dzieło pt. „Jak być krakowianką w każdej sytuacji” (koszula najbliższa ciału, ale zamiast „krakowianki” można wstawić mieszkankę dowolnej polskiej miejscowości). Okrasić je fotografiami stylowych krakowianek, a co do treści, wystarczy przekopiować większość zdań w rodzaju „paryżanka lubi odpoczywać, snuć się bez celu po (tutaj Ogród Luksemburski zastępujemy Plantami albo – w wersji bardziej wyrafinowanej – Błoniami)”, „nie wyobraża sobie wolnej soboty lub niedzieli bez wizyty w ulubionej kawiarni”, „pali papierosy, ale zdrowo się odżywia i liczy kalorie”, „lubi się rozmarzyć i przestaje odpowiadać na esemesy”, „jest trochę snobką” – i tak dalej, i tak dalej. Wszystko to przecież będzie prawdą.

Jasne, wśród Francuzek (a być może zwłaszcza wśród Paryżanek) jest cała masa kobiet, które wyglądają jak modelki na stronie sklepu Totokaelo albo ekspedientki z A.P.C. Ale podobne kobiety można też spotkać w Krakowie, Warszawie, Lublinie, Bydgoszczy…… Wilnie, Budapeszcie i całej masie innych miast, by ograniczyć się tylko do Europy.

Tyle, że Paryżanki są już marką. Markę tę kupują Amerykanki, spragnione odwyku od nadmiernej konsumpcji, wierzących w magię uniwersalnej „to-do-list”, poradnika w rodzaju „100 sposobów, aby…” które pozwolą im, po odfajkowaniu wszystkich punktów, automatycznie zmienić się w wiotką kopię Marion Cotillard. Amerykanki są zachwycone, że można robić zakupy na targu, a nie w supermarkecie, jeździć po mieście rowerem, a nie samochodem, mieć jedną szafę, a nie cztery, i czasem odpuścić, nie dążyć do idealnie ułożonej fryzury i makijażu prezenterek CNN.

Dla nas, mieszkanek Europy, to żadne odkrycie. Owszem, Polacy, spragnieni obfitości niedostępnych wcześniej dóbr, jeszcze do lat 90. upatrywali w Ameryce krainę szczęśliwości, z której przychodziły paczki wypełnione pachnącym i kolorowym towarem. Stąd pęd do hipermarketów, kolejki pod pierwszym McDonaldsem, łapczywe kupowanie w sieciówkach, lekceważenie jakości i stawianie na ilość. Gdy części z nas obniżyło się tętno i do mózgu dotarł impuls, że nie muszą polować, bo niczego już nie zabraknie, wracamy do normalności i zaczynamy doceniać to, co własne. Na przykład chleb (wielu piekarzy po 1989 roku porzuciła tradycyjne metody wypieku i przerzuciła się na wyrób pieczywa z półproduktów, a teraz od nowa odbudowują kulturę chleba), warzywa, których nikt nie nazywał ekologicznymi czy organicznymi, kasze, wzgardzone jako chłopskie jadło.

Ubierać też się w Polsce potrafiłyśmy. Niedostatek wyzwalał inwencję. Nasze mamy i ciotki stosowały złote zasady stylu francuskiego po trosze z konieczności, po trosze z rozsądku. Tylko może nie definiowały ich w taki sposób.

A poza tym: samo stosowanie się do tychże zasad może pomóc racjonalnie gospodarować swoją garderobą, ale nie uczyni kogoś „ikoną stylu”. Potrzebne jest jeszcze znajomość swoich atutów, wad i autentycznych upodobań, a przy tym otwarta głowa. Jak u osób, które pokazuję w poprzednich postach.

Reklamy

12 thoughts on “Francuski styl, interpretacje: postcriptum albo instrukcja obsługi

  1. Zgadzam się z Twoim zdaniem dotyczących, że tzw. french chic to rodzaj ometkowania i to, że niby Francuski wyglądają tak i owak (granatowy sweterek, balerinki, idealne dżinsy i trencz itd., itd.). Ale słyszałam, że nie każda Francuska wygląda tak, jakby wskazywały wyznaczniki ich stylu. W swojej kolekcji mam dwa poradniki w rodzaju „jak wyglądać jak paryżanka” i lubię je, niektóre rady mi się podobają, inne nie, niektóre może nawet stosuję, ale ciągle z przymrużeniem oka. Poza tym wyznaczniki paryskiego stylu przypadają mi do gustu, bo zauważyłam, że ja chcę się ubierać np. minimalistycznie, ponieważ czuję się dobrze. Na ile ten styl został wypracowany w oparciu o zdjęcia otagowane słowami „french” nie wnikam i nie analizuję swojego postępowania. Chcę się jedynie dobrze poczuć.

    Wracając do Twojego posta – tak, na całym świecie znajdziemy kobiety ubierające się jak Paryżanki. I nie są wcale gorsze czy lepsze. 🙂

    • minimalplan pisze:

      A ja zgadzam się z Tobą 🙂 Francuski styl jest czymś absolutnie wartym naśladowania, tylko jeśli konkretne informacje toną w masie banałów nie związanych stricte ze stylem, ale zachowaniami rzekomo typowych tylko dla kogoś, kto miał szczęście urodzić się paryżanką (inni mogą oczywiście naśladować) to taki przekaz mnie irytuje, bo dostrzegam w nim wyłącznie sprytny marketing nacelowany zwłaszcza na rynek amerykański.

  2. iwona pisze:

    Myślę, że nikt, kto zna bloga Marii i Twój nie podejrzewa Cię o jakiekolwiek naśladownictwo. Przeciwnie, dla mnie ta seria ożywiła Twój blog (jeden z moich ulubionych, świetnie piszesz, niby podobna tematyka pojawia się tu i ówdzie, ale u Ciebie jest takie świeże, specyficznie Twoje spojrzenie, nie wiem jak to nazwać, jest u Ciebie coś oryginalnego). Ta seria wydaje się też być naturalną konsekwencją Twoich dotychczasowych tekstów o frech chic i o garderobie w ogóle. A konkretne przykłady zawsze są mile widziane.

    • minimalplan pisze:

      Bloga Marii czytam stale i uwielbiam, mam nadzieję, że w przyszłości przeczytam też książkę jej autorstwa, bo jest świetna! Wspomniałam o tym trochę na serio, bo zwróciłam ostatnio uwagę na ilość inspiracji w blogosferze, dla których właściwszą nazwą byłoby „kopiowanie”, trochę zaś z przymrużeniem oka, bo chyba każdy, kto zna oba blogi, ma świadomość, że to zupełnie inne światy. Mój sobie meandruje gdzieś po poboczach minimalizmu/prostego życia, najbliższa mi postawa Wyspiańskiego wspartego w futrynę i obserwującego z sympatią całą zabawę 😉

  3. B. pisze:

    Iwona – spod palców mi to wyjęłaś! też by mi nie przyszło do głowy, że to była mniej lub bardziej wyrachowana inspiracja Marią z UsK czy innymi blogami.
    Zostawiam komentarz po raz pierwszy, ale czytam Pani niektóre wpisy po kilka razy, i czekam na nowe z niecierpliwością

  4. […] Trochę inaczej i trochę przekornie o francuskim stylu: […]

  5. peregrino pisze:

    Ale to dosyć stereotypowe pojęcie o Stanach Jest to wielki kraj gdzie panują rożne gusta Ciekawostka to to że żywność organiczna / ekologiczna przyszła ze Stanów tez ;^) Whole Foods jako marka takiej żywności powstał tu w Austin gdzie mieszkam ;^) nie mam specjalnie pojęcia o modzie ale myślę że to też ‚Urban legends’ w stylu że Francuzki ‚nie tyją ‚ :^))

  6. Oliwia pisze:

    Jestem wielką fanką tego cyklu i baaardzo proszę o więcej 🙂 Ja na przykład nie lubię bloga Marii, bardzo mi natomiast odpowiada Twoje ujęcie minimalizmu w szeroko rozumianej modzie. Pozdrawiam ciepło.

  7. kobietalemur pisze:

    Miałam identyczny pomysł z dziełem „Jak być krakowianką w każdej sytuacji”!
    (wielkie umysły myślą podobnie, czy coś)

  8. Alicja pisze:

    Ja miałam pomysł na „Bądź Warszawianką…”, oczywiście po lekturze „Paryżanki”. Tak więc zgadzam się, w całej rozciągłości 🙂 Miałam też taką refleksję, że my tu w Polsce lat 80-tych na przykład, byliśmy minimalistami na długo zanim stało się to modne, ktoś to ponazywał, opisał i zaczął sprzedawać… A przykłady, zwłaszcza Szumowskiej, której styl od lat podziwiam, czytało mi się i oglądało świetnie 🙂 Pozdrawiam!

  9. Olga Cecylia pisze:

    Czytając „Lekcje Madame Chic” miałam podobne przemyślenia. Bo czyż trzeba być Francuzką bądź paryżanką, żeby zjeść ugotowany w domu posiłek, a nie chipsy przed telewizorem? Autorka wspomnianej książki jest Amerykanką, która po raz pierwszy pojechała do Europy i się nią zachłysnęła, tak jak wielu Europejczyków zachłystuje się Japonią i ich zen.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: