Monthly Archives: Marzec 2015

W biegu

Bieganie to „wyznacznik przynależności do grupy młodych, aktywnych, z dużych miast” – usłyszałam ostatnio. Roześmiałam się. Cóż, do wszystkiego można dorobić ideologię. Kiedyś wyznacznikiem statusu w pewnych kręgach była złota karta na drogą siłownię, najlepiej na ostatnim piętrze któregoś z warszawskich wieżowców. Teraz może być i bieganie, zwłaszcza że promuje je wiele znanych osób – liczba odbywających się choćby w stolicy maratonów rośnie, z czego można wnioskować, że moda istnieje.

Każda aktywność fizyczna jest zdrowa, a namawianie do niej godne pochwały, więc jeśli kogoś skusi do biegania akurat tak dziwaczna motywacja jak chęć poczucia się częścią „lepszej” grupy, też dobrze – liczy się efekt, czyli więcej osób dbających o swoje samopoczucie i kondycję.

Z drugiej strony myślę sobie, że to bardzo śmieszne i paradoksalne, bo akurat bieganie jest czynnością najprostszą na świecie, idealnie minimalistyczną, do której nie trzeba obudowywać się gadżetami podkreślającymi status (czegokolwiek nie wmawialiby nam producenci w tekstach sponsorowanych). Na początek wystarczą dobre buty, stary dres i chęć wyjścia z domu.

Sama biegam od kilku miesięcy (zaczęłam w październiku). Bez specjalnie rozpisywanych planów treningowych, bez napinania się, by je wykonać, zwykle dwa razy w tygodniu, czasem raz. Stała trasa, średnio 40 minut. Z początku zaglądałam na takie strony z poradami dla biegaczy, studiowałam teksty, łapałam się za głowę na widok kosztów całego rzekomo niezbędnego wyposażenia (ale też stukałam w nią ze zdziwieniem). I nic. Siedziałam przy biurku. Aż wreszcie któregoś dnia wyłączyłam internet, ubrałam się, wyszłam z domu i po prostu pobiegłam. Bez wcześniejszego zaopatrywania się w wymyślną odzież i sprzęt. Najważniejsze w bieganiu są buty – muszą mieć dobrą amortyzację, czyli twardą podeszwę. Takie akurat miałam, więc podstawowa inwestycja okazała się niepotrzebna. Z początku biegałam w dresie, ale po jakimś czasie zaczęłam mieć tego dość – człowiek szybko się poci, a dresowa bawełna nie „oddycha”, klei się do ciała, obciąża. Odwiedziłam więc pierwszy lepszy sklep sportowy z zamiarem zakupu spodni. Niechętnie, bo przed oczami miałam wciąż te marketingowe artykuły wmawiające ludziom, że chcąc biegać, muszą najpierw wyłożyć lekką ręką co najmniej tysiąc złotych. Tak się złożyło, że akurat trwała wyprzedaż, więc udało mi się znaleźć markowe portki za całkiem przyjemną cenę (nie pamiętam dokładnie, jaką, ale chyba ok. 150 zł). Potem, w listopadzie, zaczęło znów być zimno, więc udałam się na poszukiwanie kurtki, która byłaby wykonana z „oddychającego”, ale dobrze trzymającego ciepło materiału. I znów sukces – znalazłam markową kurtkę typu „dry-fit” za ok. 150 zł, co prawda męską, ale w rozmiarze S, więc leży jak ulał. I tyle. Całą zimę i przedwiośnie przebiegałam w takim zestawie, wkładając pod kurtkę bluzę dresową oraz szalik (zasada jest taka, żeby ubierać się, jakby było dziesięć stopni więcej). Zima była wyjątkowo łagodna, ale szybko nauczyłam się, że przy temperaturze bliskiej zeru i silniejszym wietrze obowiązkowo trzeba wkładać czapkę, bo potem przykro jest reanimować zmarznięte uszy. Teraz, gdy robi się coraz cieplej, dres coraz gorzej spełnia swoją funkcję, więc może znów trzeba będzie wybrać się na wyprzedaże w poszukiwaniu specjalistycznego podkoszulka i biustonosza – na razie ratuję się podczas przebieżek zwykłym, ale usztywnionym, widzę jednak, że to prowizorka.

Reasumując – nie wszystkie opowieści o koniecznym ekwipunku należy traktować jako wymysł mający na celu sięgnięcie do kieszeni aspirujących biegaczy. Rzeczywiście biega się wygodniej, mając na sobie przeznaczoną do tego celu odzież dostosowaną do pory roku, jednak nie jest to warunek konieczny i wystarczający, żeby zacząć. Można skompletować ją stopniowo, rozpoznając zapotrzebowanie w trakcie biegania. I wcale – przy odrobinie szczęścia – nie trzeba wydawać na ten cel trzycyfrowej kwoty. Bieganie to aktywność równie mało kosztowna jak jazda na rowerze czy joga – w pierwszym przypadku wystarczą dobre buty, w drugim rower, w trzecim mata (którą zresztą w większości szkół można wypożyczyć na czas zajęć za darmo) i karnet na zajęcia. Oczywiście, jeśli ktoś chce, może wykonywać asany nawet w stroju zaprojektowanym specjalnie dla joginów przez Christy Turlington – ale tak samo skuteczne będą wykonywane w zwykłym podkoszulku i legginsach.

Wracając zaś jeszcze do trendów i przynależności – nie czuję się częścią międzynarodówki biegaczy ani żadnej innej grupy. Biegać zaczęłam dlatego, że sprawia mi to przyjemność (nic lepiej nie czyści głowy po ciężkim dniu niż bieg przy ulubionej muzyce w słuchawkach), chciałam utrzymać się w formie i wyrobić sobie stały nawyk. Wszelkie siłownie etc. odpadały, bo nie lubię grupowych aktywności fizycznych – wyjątek to joga, ale tam i tak zasadniczo nie powinno się zwracać uwagi na innych, bo każdy wykonuje asany wedle swoich możliwości. Zimą joga mi nie wystarczała, a z rowerem trzeba było pożegnać się na kilka miesięcy. Więc bieganie nadawało się idealnie.

Na mojej minitrasie mijam zwykle kilka innych biegających osób. Nie przypatrywałam się im nigdy dokładnie, by identyfikować ich jako przedstawicieli jakiejś konkretnej miejskiej grupy, zwłaszcza że częściej biegam po zmroku, niż rano – ale mam wrażenie, że biegają naprawdę rozmaite typy ludzkie i w różnym wieku. Bo najwidoczniej lubią.

A gdy biegam rano, trafiają mi się takie spotkania (zdjęcie z jesieni):

zdjęcie(152)

Otagowane , , , , , , ,

Na własnych warunkach

Po co ludzie robią sobie informacyjny detoks, odcinają się od mediów społecznościowych i wiadomości, a czasem od internetu w ogóle? Co im to daje?

Nie wiem, co daje innym, którzy się na taki krok zdecydowali, motywacje są zapewne mocno indywidualne.

W moim przypadku były cztery, bardzo silne i połączone ze sobą: potrzeba wyczyszczenia sobie głowy z nadmiaru licznych, napływających do niej codziennie i nieważnych z perspektywy mojego życia informacji; potrzeba koncentracji nad czymś, na czym aktualnie pracuję i zobowiązałam się skończyć w określonym terminie; chęć odnalezienia na nowo własnego języka, sposobu wypowiedzi; świadomość jakiegoś stopnia uzależnienia, z którym nie było mi dobrze.

Próbując podsumować zapowiedziany tutaj detoks, który w wersji rozszerzonej (bez Facebooka i portali informacyjnych) trwa już ponad trzy tygodnie, chcę przede wszystkim zaznaczyć, że nie opisuję go z pozycji oświeconej lub kaznodziei, który grzmi z ambony, że należy się umartwić i nawrócić. Dlatego też kładę taki nacisk na to, że podobny ruch ma sens, jeśli nie wypływa z mody na proste życie czy minimalizm, „bo inni tak robią”, lecz mocnej wewnętrznej potrzeby, której przyczyny mogą być rozmaite. Druga, równie ważna kwestia – detoks czy stałe odcięcie się od szumu informacyjnego nie jest jedyną słuszną życiową drogą, pozwalającą patrzeć na otoczenie z góry i nikogo nie chcę do niego namawiać, tylko opisać własne nań reakcje i i efekty, jakie mi przyniósł.

A więc, bez mentorskiego tonu ani uduchowionych tekstów o odzyskiwaniu harmonii z wszechświatem – najpierw motywy.

  1. Potrzeba wyczyszczenia sobie głowy i świadomość uzależnienia: od lat, z zawodowych powodów, albo raczej z zawodowej (i wrodzonej) ciekawości miałam nawyk bycia na bieżąco. To oznaczało codzienną lekturę prasy, kiedyś egzystencję z włączonym od rana do wieczora kanałem TVN24, a potem – zwłaszcza w pracy – z otwartymi w przeglądarce non stop serwisami i portalami informacyjnymi. Odkąd przestałam pracować w mediach ukazujących się codziennie, zawodowy przymus zniknął, ale pozostał jako nawyk, choć coraz częściej łapałam się na tym, że klikanie w linki z kolejnymi informacjami tylko mnie rozdrażnia, zasmuca, zabiera czas, który mogłabym przeznaczyć albo na zrobienie czegoś ważniejszego, albo na odpoczynek, a przede wszystkim nieustannie rozprasza. Za dużo tego. Ktoś gdzieś na blogu porównał nadmierną konsumpcję informacji do zapychania się śmieciowym jedzeniem i bardzo to trafna obserwacja. Wiesz przecież, że jesz coś bylejakiego, ale powoli się od tego uzależniasz. Więc podobnie jak amatorom hamburgerów któregoś dnia zrobiło mi się niedobrze od nadmiaru informacyjnego glutaminianu sodu i tłuszczy prostych. Przyjrzałam się z boku, jak wygląda to, czym się karmię – sztuczność do kwadratu. Przecież zdecydowanie większą przyjemność sprawia mi czytanie książek i oglądanie filmów, które sama sobie wybiorę. To ja decyduję, co chcę zaprosić do mojego życia i jak to rozdysponować. Śledząc na bieżąco doniesienia medialne i podążając za kolejnymi linkami, oddaję kierowanie innym. To media ustalają moją hierarchię ważności spraw, którymi zajmuję umysł, wybierając wiadomości na czołówki. Większość z nich to ludzkie tragedie, sensacje i plotki. Oraz pyskówka w komentarzach. Wiadomo, zły news to dobry news, ale to ja jako potencjalny odbiorca mam wybór. Nikt nie przywiązuje mnie siłą do komputera i nie każe wchodzić na strony, których lektura powoduje tylko zasmucenie lub irytację, nabijając im jeszcze statystyki. Zamiast narzekać nad postępującym upadkiem medialnych standardów, mogę się od nich odciąć. Zwłaszcza, że większość spraw, które podsuwają mi media, jest zupełnie poza moim zasięgiem. Nie mam na nie wpływu. Po co się nimi trapić?

Niejaki Józef Maria Bocheński, w zmyślnej książeczce zatytułowanej „Podręcznik mądrości tego świata”, pisze:

„Jednym z najważniejszych nakazów pochodnych w stosunku do przykazania roztropności jest zasada kompetencji: zajmuj się sprawami, które od ciebie zależą, a nie tymi, które od ciebie nie zależą. W rzeczy samej zajmować i przejmować się rzeczami, które od nas nie zależą jest wielką głupotą. Jednym z najdziwniejszych zjawisk w przyrodzie jest, że tylu ludzi myśli, troska się, rozprawia o sprawach, na które nie mają najmniejszego wpływu. (…) Jeśli jacyś oprawcy mordują niewinnych ludzi, jest to zapewne przykre, ale jeśli nie mogę przyczynić się do położenia końca tym mordom, dlaczego miałbym się nimi przejmować?”

  1. Chęć odnalezienia własnego języka i koncentracja na pracy: każdy, kto pracuje słowem, zna doskonale zasadę, że aby dobrze pisać, trzeba też wiele czytać, ale tworząc własną książkę, tekst czy opowiadanie, bezpośrednio przed pracą lepiej unikać na jakiś czas głównych źródeł naszych literackich zachwytów czy inspiracji, bo łatwo jest się zainfekować i posługiwać cudzą frazą zamiast własnej, nawet nie do końca będąc tego świadomym. Mówimy tu o literaturze czy reportażu. A co zostaje w głowie, jeśli przez sporą część dnia przelatują przez nią facebookowe czy twitterowe wpisy i sensacyjne newsoplotki z portali? Ile wart jest taki osad i czy może z niego powstać coś naprawdę odkrywczego, poza wyjątkiem, gdy świadomie nasycamy się całym tym śmieciem, by sklecić z niego świadomie narrację – ale takich prób było już sporo, więc szanse na sukces niewielkie, zwłaszcza, że materia przykusa. Żeby wyrazić coś własnego, trzeba spojrzeć na siebie i świat świeżym okiem, bez filtra, jakim są media i portale społecznościowe nadające dwadzieścia cztery godziny na dobę. Potrzeba namysłu i ciszy. „W ciszy nawet kamień rośnie” – jak śpiewała Kora. Motyw powiązany ściśle z pierwszym, bo żeby wypełnić się ciszą, trzeba najpierw zrobić dla niej miejsce.

Nieprzypadkowo zdecydowałam się na detoks właśnie teraz, gdy trwa przedwiośnie, przednówek, post, okres przedświąteczny. To czas, kiedy najłatwiej jest podjąć różnego rodzaju wyrzeczenia po zimie, w trakcie której pocieszaliśmy się na różne sposoby, by jakoś rozjaśnić sobie zimno, szarość i mrok, a przed wiosną, kiedy zrzuca się zimowe warstwy i pokazuje gołą twarz słońcu. Człowiek nabiera wtedy ochoty, żeby coś w sobie zmienić, też się w jakimś sensie samemu odrodzić. Pisała o tym Ajka z Prostego Bloga, te same wątki poruszał polecany przez nią blog Światła miasta (jedyny bodaj blog prowadzony przez osobę duchowną, który odwiedzam), ładny wpis znalazłam na blogu Odpoczywalnia.

Czy jest mi trudno albo czy było z początku? Dziwne, ale tym razem nie. Znacznie trudniej było mi przestawić się podczas pierwszego, krótkiego detoksu od Facebooka. Myślę, że posłużył trochę jako rozbiegówka przed tym właściwym. Pewnie gdybym narzuciła sobie to wyrzeczenie jako próba sprawdzenia się, byłoby inaczej. Zaś przemyślana decyzja, potrzeba wręcz odcięcia się od nadmiaru informacji spowodowała, że wytrwanie w niej okazuje się zaskakująco łatwe, nawet jeśli miało się nawyk podpięcia do mediów w trybie dwanaście godzin dziennie. Trudno zresztą nazwać to wyrzeczeniem, skoro prawie od razu przestaje korcić (z początku blokowałam sobie w komputerze dostęp do stron informacyjnych przy pomocy prograku StayFocused, teraz już nie mam takiej potrzeby). Kiedy jest się świadomym własnych nawyków, łatwiej się ich pozbyć, zastępując innymi. Na przykład siedząc w kawiarni i czekając na kogoś, gdy pojawa się nuda, zamiast po telefon z internetem można sięgnąć po książkę. Niby to oczywiste, ale trudne do realizacji w praktyce. Mocno oświeciła mnie w tej materii lektura bloga Energia wewnętrzna (dziękuję Styledigger za linka!) Jego autor dowodzi przekonująco, że możemy te nawyki zmienić bez nadmiernego napinania się i bicia rekordów oraz strofowania się za każdym razem, gdy coś pójdzie nie tak.

Współczynnik przeczytanych książek znacząco wzrósł – nie pięciu rozpoczętych naraz i nie dokończonych! – podobnie jak obejrzanych filmów. A także spotkań z przyjaciółmi, z którymi czasem szybciej było skomunikować się przez Facebooka niż umówić na mieście. Ogromną przyjemność sprawiają mi spacery. Zamiast tkwić wieczorami przed monitorem i klikać z linku na link, pozorując pracę, jak działo się niekiedy, gdy nie spędzałam wieczoru poza domem, zaczęłam też biegać. Efekty już widać. Praca też idzie do przodu, bo łatwiej mi się na niej skoncentrować.

Paradoksalnie, dobrym testem na to, czy detoks „działa”, jest też jednorazowe zalogowanie się w jego trakcie na Facebooka czy wejście na portal informacyjny. O Facebooku już trochę pisałam – okazuje się, że ludzie, którzy naprawdę potrzebowali się z tobą skontaktować, znaleźli inny kanał komunikacji, zaś pobieżne przejrzenie tablicy z cudzymi wpisami skutkuje zaskakującą myślą „ale nuda i banały, nic nie straciłam”. Na portale zajrzałam zaś w ciągu minionych tygodni raz, dowiedziawszy się o nagrodzie dla filmu „Ida”. Spodziewałam się ogólnonarodowej radosnej fety, znalazłam kontrowersje, wybrzydzanie, oskarżenia, wszystko prowadzące do przewidywalnej pyskówki. Poczułam się, jakby ktoś wylał mi na głowę wiadro pełne nieczystości – na moje własne, wyraźne życzenie. Znów się odcięłam. Tym razem z ulgą. Kilka dni temu zajrzałam na ponownie na jeden z portali. Trwało to może pięć minut – przebiegłam wzrokiem nagłówki, nie klikając na linki. Nie chciałoby mi się zresztą. Nadal to samo, nieszczęścia, sensacje i plotki.

Oczywiście nie da się do końca żyć we własnej bańce, nie wiedząc, co się dzieje dookoła (choć sama znam przynajmniej jedną osobę, która funkcjonuje od paru lat nie mając styczności z polskimi mediami i radzi sobie całkiem nieźle). Ograniczyłam się więc do takiego kontaktu z rzeczywistością, który nie pochłania nadmiernej ilości czasu i jest najmniej dogodny. Codziennie rano towarzyszy mi radio (stara dobra Trójka), słucham serwisu informacyjnego o ósmej. Początkowo słuchałam też rozmowy z gościem dnia i dyskusji dziennikarzy, ale teraz zwykle wyłączam, gdy tylko się rozpocznie – nie dlatego, żeby coś sobie dawkować, tylko z powodu zniechęcenia, gdy usłyszę znów te same wyświechtane frazesy i przepychanki słowne. W sobotę kupuję gazetę i dawnym, dobrym zwyczajem (w moim domu rodzinnym w piątki i soboty kupowano zawsze komplet gazet) oddaję się leniwej lekturze przy śniadaniu albo przedpołudniowej kawie. Dzięki temu więcej na niej zyskuję, bo większość informacji ma dla mnie efekt nowości, a do tego dochodzi weekendowa publicystyka, przewyższająca poziomem codzienne proste teksty newsowe.

Tym przyjemniej czeka się teraz na to, co już za chwilę wybuchnie, na zielone, kwitnące. Przeglądając archiwum Sandry Juto, która jak nikt potrafi fotografować berlińską wiosenną zieleń.

Update: Przy okazji wiosennego sprzątania w sekcji „Czyszczenie szafy” pojawiają się nowe ubrania na sprzedaż.

Otagowane , , , , , , , ,