W biegu

Bieganie to „wyznacznik przynależności do grupy młodych, aktywnych, z dużych miast” – usłyszałam ostatnio. Roześmiałam się. Cóż, do wszystkiego można dorobić ideologię. Kiedyś wyznacznikiem statusu w pewnych kręgach była złota karta na drogą siłownię, najlepiej na ostatnim piętrze któregoś z warszawskich wieżowców. Teraz może być i bieganie, zwłaszcza że promuje je wiele znanych osób – liczba odbywających się choćby w stolicy maratonów rośnie, z czego można wnioskować, że moda istnieje.

Każda aktywność fizyczna jest zdrowa, a namawianie do niej godne pochwały, więc jeśli kogoś skusi do biegania akurat tak dziwaczna motywacja jak chęć poczucia się częścią „lepszej” grupy, też dobrze – liczy się efekt, czyli więcej osób dbających o swoje samopoczucie i kondycję.

Z drugiej strony myślę sobie, że to bardzo śmieszne i paradoksalne, bo akurat bieganie jest czynnością najprostszą na świecie, idealnie minimalistyczną, do której nie trzeba obudowywać się gadżetami podkreślającymi status (czegokolwiek nie wmawialiby nam producenci w tekstach sponsorowanych). Na początek wystarczą dobre buty, stary dres i chęć wyjścia z domu.

Sama biegam od kilku miesięcy (zaczęłam w październiku). Bez specjalnie rozpisywanych planów treningowych, bez napinania się, by je wykonać, zwykle dwa razy w tygodniu, czasem raz. Stała trasa, średnio 40 minut. Z początku zaglądałam na takie strony z poradami dla biegaczy, studiowałam teksty, łapałam się za głowę na widok kosztów całego rzekomo niezbędnego wyposażenia (ale też stukałam w nią ze zdziwieniem). I nic. Siedziałam przy biurku. Aż wreszcie któregoś dnia wyłączyłam internet, ubrałam się, wyszłam z domu i po prostu pobiegłam. Bez wcześniejszego zaopatrywania się w wymyślną odzież i sprzęt. Najważniejsze w bieganiu są buty – muszą mieć dobrą amortyzację, czyli twardą podeszwę. Takie akurat miałam, więc podstawowa inwestycja okazała się niepotrzebna. Z początku biegałam w dresie, ale po jakimś czasie zaczęłam mieć tego dość – człowiek szybko się poci, a dresowa bawełna nie „oddycha”, klei się do ciała, obciąża. Odwiedziłam więc pierwszy lepszy sklep sportowy z zamiarem zakupu spodni. Niechętnie, bo przed oczami miałam wciąż te marketingowe artykuły wmawiające ludziom, że chcąc biegać, muszą najpierw wyłożyć lekką ręką co najmniej tysiąc złotych. Tak się złożyło, że akurat trwała wyprzedaż, więc udało mi się znaleźć markowe portki za całkiem przyjemną cenę (nie pamiętam dokładnie, jaką, ale chyba ok. 150 zł). Potem, w listopadzie, zaczęło znów być zimno, więc udałam się na poszukiwanie kurtki, która byłaby wykonana z „oddychającego”, ale dobrze trzymającego ciepło materiału. I znów sukces – znalazłam markową kurtkę typu „dry-fit” za ok. 150 zł, co prawda męską, ale w rozmiarze S, więc leży jak ulał. I tyle. Całą zimę i przedwiośnie przebiegałam w takim zestawie, wkładając pod kurtkę bluzę dresową oraz szalik (zasada jest taka, żeby ubierać się, jakby było dziesięć stopni więcej). Zima była wyjątkowo łagodna, ale szybko nauczyłam się, że przy temperaturze bliskiej zeru i silniejszym wietrze obowiązkowo trzeba wkładać czapkę, bo potem przykro jest reanimować zmarznięte uszy. Teraz, gdy robi się coraz cieplej, dres coraz gorzej spełnia swoją funkcję, więc może znów trzeba będzie wybrać się na wyprzedaże w poszukiwaniu specjalistycznego podkoszulka i biustonosza – na razie ratuję się podczas przebieżek zwykłym, ale usztywnionym, widzę jednak, że to prowizorka.

Reasumując – nie wszystkie opowieści o koniecznym ekwipunku należy traktować jako wymysł mający na celu sięgnięcie do kieszeni aspirujących biegaczy. Rzeczywiście biega się wygodniej, mając na sobie przeznaczoną do tego celu odzież dostosowaną do pory roku, jednak nie jest to warunek konieczny i wystarczający, żeby zacząć. Można skompletować ją stopniowo, rozpoznając zapotrzebowanie w trakcie biegania. I wcale – przy odrobinie szczęścia – nie trzeba wydawać na ten cel trzycyfrowej kwoty. Bieganie to aktywność równie mało kosztowna jak jazda na rowerze czy joga – w pierwszym przypadku wystarczą dobre buty, w drugim rower, w trzecim mata (którą zresztą w większości szkół można wypożyczyć na czas zajęć za darmo) i karnet na zajęcia. Oczywiście, jeśli ktoś chce, może wykonywać asany nawet w stroju zaprojektowanym specjalnie dla joginów przez Christy Turlington – ale tak samo skuteczne będą wykonywane w zwykłym podkoszulku i legginsach.

Wracając zaś jeszcze do trendów i przynależności – nie czuję się częścią międzynarodówki biegaczy ani żadnej innej grupy. Biegać zaczęłam dlatego, że sprawia mi to przyjemność (nic lepiej nie czyści głowy po ciężkim dniu niż bieg przy ulubionej muzyce w słuchawkach), chciałam utrzymać się w formie i wyrobić sobie stały nawyk. Wszelkie siłownie etc. odpadały, bo nie lubię grupowych aktywności fizycznych – wyjątek to joga, ale tam i tak zasadniczo nie powinno się zwracać uwagi na innych, bo każdy wykonuje asany wedle swoich możliwości. Zimą joga mi nie wystarczała, a z rowerem trzeba było pożegnać się na kilka miesięcy. Więc bieganie nadawało się idealnie.

Na mojej minitrasie mijam zwykle kilka innych biegających osób. Nie przypatrywałam się im nigdy dokładnie, by identyfikować ich jako przedstawicieli jakiejś konkretnej miejskiej grupy, zwłaszcza że częściej biegam po zmroku, niż rano – ale mam wrażenie, że biegają naprawdę rozmaite typy ludzkie i w różnym wieku. Bo najwidoczniej lubią.

A gdy biegam rano, trafiają mi się takie spotkania (zdjęcie z jesieni):

zdjęcie(152)

Reklamy
Otagowane , , , , , , ,

12 thoughts on “W biegu

  1. Olga Cecylia pisze:

    Moda na bieganie rzeczywiście trwa – może właśnie na fali upraszczania i cięcia kosztów życia? Mam wrażenie, że trendy zataczają około 20-30-letnie koło. W latach 90 modny był jogging, to teraz wraca.

    A co do jogi, to przekonałam się ostatnio, że wystarczy nawet sama mata. I YouTube 🙂

  2. Krzysztof pisze:

    Podobny temat, „5 zasad antysystemowego biegacza”:

    http://www.edukacja-klasyczna.pl/5-zasad-antysystemowego-biegacza

  3. ewiater pisze:

    Od kilku lat chodzę kijkami (nordic walking) i też załapałam się na fazę, kiedy to było modne. Moda przeszła, a kijki nadal uważam na najlepszy dla mnie sport. Świetnie zastępuje rehabilitację.

  4. Małgosia Okołów pisze:

    Ja żadnego sportu co prawda nie uprawiam, ale twoje stwierdzenie, że nie potrzeba mieć drogiego kostiumiku zaprojektowanego przez Christy Turlington, żeby „dobrze” biegać przetłumaczyłabym sobie na to, o czym ostatnio myślałam, tzn. blogowanie – jeżeli pisanie sprawia mi radość to nie muszę od razu zaopatrzyć się w najdroższy ekwipunek i płacić za hosting na jakimś serwerze itd. Mogę robić zdjęcia też telefonem albo zwykłym aparatem – w końcu, czy takiej wiewiórce spotkanej w parce robi to różnicę kto i czym jej robi zdjęcia?

  5. Natasza pisze:

    Hej, ja też biegam i uważam że moda na coś, co jest dobre, jest w porządku, nawet jeżeli to tylko moda. Bieganie to taki prosty, piękny sport – tak jak napisałaś: wystarczy wyjść z domu i pobiec:). I cieszy mnie że właśnie taką postawę promujesz, a nie „biegaj, będziesz miała okazję do kupienia 5 nowych par tych samych adidasów w różnych kolorach”.

  6. Ala pisze:

    Tekst w punkt! Ja biegać lubiłam chyba zawsze, startowałam w biegach przełajowych (które teraz, jak się okazuje, nazywają się już city trail, czy jakoś tak). A więc moda! 😉 Też biegam głównie po zmroku (bo lubię) i mijam różnych biegnących, na zawodach (biegam 2 lata i zaliczyłam kilka miejskich biegów zorganizowanych) też można podpatrzeć różne typy. Widziałam absolutnie wygadżetowanych, zaopatrzonych w żele, bidony, germiny i inne tomtomy zawodników, są też tacy bardziej minimaliści, co ciekawe – biegają w podobnym tempie 🙂 Z tych miejskich biegów mam spory zapas technicznych koszulek – bo na każdym dają, części się już pozbyłam, ale wciąż mam zapas – jakby co dawaj znać, chętnie Ci oddam! 🙂 Pozdrawiam!

  7. alhafel pisze:

    Tekst w punkt! Też cenię bieganie za jego naturalność i prostotę, lubiłam je zresztą od zawsze, nawet w podstawówce biegałam przełaje (teraz to się nazywa city trail ;)) Więc moda! Biorę udział w zorganizowanych biegach ulicznych (lubię je) i szczerze, być może to okropne, ale śmieszą mnie biegacze obwieszeni technologią i żelami energetycznymi. Nic na to nie poradzę, po prostu mnie śmieszą. Ale oczywiście co kto lubi. Z tych zawodów mam całe stosy koszulek technicznych (zwykle dają w pakiecie startowym), część już oddałam, ale nadal mam zapas, więc jakby co, służę! 🙂

  8. Beata pisze:

    Biegam reguralnie od 6 lat. Czasami było to 21km, czasami 5km. Kiedy zaczynałam ludzie dziwnie na mnie patrzyli, jakbym spadła z drzewa:) Bardzo fajnie, że nastała taka moda, trochę dziwi mnie, że ludzie zaczynający boegać od razu na początku stawiają sobie cele typu: przebiec półmaraton w tym roku, przebiec maraton za rok….itd. Nigdy nie pobiegłam w żadnym z takich wyścigów (z wyjątkiem kiedy byłam w szkole) i chociaż wiem, że poradziłabym sobie, to nie chcę czuć tego ciśnienia, że muszę przebiec. Wolę biegać kiedy mam po prostu ochotę i na tyle na ile mam sił w dany dzień. Jestem biegaczem nocnym, dlatego, też to bardzo zależy jak bardzo zmęczona jestem po pracy:) mieszkam też w SF, gdzie beiganie tutaj przybrał komoletnie inną formę dla mnie. Ze względu na ogrom wzniesień do przebiegnięcia nauczyłam się słuchać swojego ciała, zwłaszcza bicia serca i bieganie stalo się prawdziwym wyzwaniem dla własnych możliwości. Miałam przez to ostatnio małą przerwę, ale już czuję, że chcę znowu biegać:) nie rozumiem dlaczego dużo ludzi odkłada rower na zimę. Mieszkając w Polsce nie jeździłam na rowerze tylk w trakcie mocnego deszczu, albo śniegu, ale po śniegu już tak.mzwłaszcza w lesie jest bardzo przyjemnie, nie miałam nawet odpowiednich opon, zykłe szosowe. Na rower trzeba się jednak ubrać 3 razy grubiej i 2 pary rękawiczek.

  9. Agnieszka pisze:

    Witam. Przyznam, że blog jest bardzo ciekawy. Wpadłam na niego niedawno i próbuje przeczytać prawie wszystkie wpisy 😀 Zarażasz minimalizmem 🙂
    Piszę z pytaniem, bo… „Nie mam w co się ubrać”. Nigdy nie byłam osobą kupującą nadmiernie dużo niepotrzebnych rzeczy, ale nie myślałam też o jakości.
    W zeszłym roku schudłam 13 kg i okazało się ze nic z mojej szafy nie pasuje na mnie. Płaszcze, sukienki, spodnie a nawet bluzki. Chciałabym wyglądać „dobrze”, mieć codziennie co na siebie założyć i nie martwić się ze spodnie są w praniu (obecnie mam 1 parę dżinsów i nic poza tyhttps://minimalplan.com/category/moda-i-styl/page/2/

  10. Agnieszka pisze:

    Witam. Przyznam, że blog jest bardzo ciekawy. Wpadłam na niego niedawno i próbuje przeczytać prawie wszystkie wpisy 😀 Zarażasz minimalizmem 🙂
    Piszę z pytaniem, bo… „Nie mam w co się ubrać”. Nigdy nie byłam osobą kupującą nadmiernie dużo niepotrzebnych rzeczy, ale nie myślałam też o jakości.
    W zeszłym roku schudłam 13 kg i okazało się ze nic z mojej szafy nie pasuje na mnie. Płaszcze, sukienki, spodnie, a nawet bluzki. Chciałabym wyglądać „dobrze”, mieć codziennie co na siebie założyć i nie martwić się, że spodnie są w praniu (obecnie mam 1 parę dżinsów i nic poza tym).
    Chciałabym kupić trochę ubrań (bardziej klasycznych niż modnych), ale nie wiem w jakich sklepach szukać takich choćby normalnej jakości. Bluzki z reserved i innych sieciowek rozpadają mi się po 3 miesiącach (prane w pralce na trybie ręcznym 30 stopni). Z kolei nie mam też tyle pieniędzy by kupować bluzki w simple za 400 zł, czy płaszcza za 1200. Szukam czegoś w miarę przystępnego cenowo, co pożyje i powyglada przez kilka lat (3-5). Nie potrzebuje mieć ubrań, które będę mogła oddać swojej córce, ale też nie chce raz na pół roku wymieniać całej szafy.
    Dodam że nie potrzeba mi wiele. Mam 21 lat i jestem studentką (ograniczony budżet) i potrzeba mi właściwie wszystkiego (mam tylko buty 😦 i 1 spodnie). Podejrzewam siebie o bycie stonowana jesienią i klepsydrą (luźne bluzki i swetry oversize odpadają, bo wyglądam jak klocek). Noszę rozmiar 34-36. Czy mogłabym poprosić o podanie przykładowych sklepów?
    Ps. Przepraszam za poprzedni zdublowany komentarz. Mój telefon nieco oszalał 😀

  11. simplifepl pisze:

    Ja próbowałam chyba tysiąc razy zacząć moją przygodę z bieganiem. W końcu się poddałam i wcale źle się z tym nie czuję 🙂

  12. simplifepl pisze:

    ja tyle razy próbowałam „zacząć” biegać, ale nic z tego. mój maksymalny wyczyn to 3 razy z rzędu 😉 kiedyś jeszcze mnie to jakoś bolało, albo chociażby zastanawiało, teraz pogodziłam się z faktem, że to po prostu nie dla mnie 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: