Monthly Archives: Czerwiec 2015

Kupić, nie kupić

Czas krzyczących zewsząd wyprzedaży skłania do przypomnienia sobie paru zdroworozsądkowych reguł, przetestowanych kilka lat temu podczas pierwszego czyszczenia szafy, gdy postawiłam na jakość, nie ilość. Spisuję je tutaj. Mogą okazać się przydatne dla kogoś, kto chciałby kupować mniej, wie dobrze, że niczego mu już w zasadzie nie brakuje, a mimo tego syreni śpiew reklam informujących o obniżkach nieustannie pieści mu uszy. Jeszcze chwila, a mu ulegnie i cała zabawa z przepełnionymi półkami zacznie się od nowa.

  tumblr_nn9taj7lXt1rsyaepo1_500

Źródło: http://incessantcoffeedrinking.tumblr.com

Przede wszystkim dobrze jest uświadomić sobie, czym się dysponuje. Za pretekst do przeglądu garderoby może posłużyć początek lata. Być może te jej elementy, które wpadły nam w oko na zestawieniach w Pintereście albo zdjęciach z Tumblr, i  już mieliśmy kliknąć „kup to” podczas przeglądania wyprzedażowych ofert w sklepach internetowych, tkwią sobie w najlepsze gdzieś w czeluściach szafy. Gdy ma się dużo ubrań, w dodatku popakowanych warstwami na półkach, często o wielu z nich zwyczajnie się zapomina – wiem o tym z własnych doświadczeń. Dlatego też naczelną zasadą, jaką przyjęłam robiąc kilka lat temu czystki w szafie, było układanie ubrań tak, by było je wszystkie widać. Jedna warstwa, żadnych drugich rzędów, nawet reprezentujących ubrania na inną porę roku. Latem ubrania zimowe – typu wełniane swetry – układam na wyższych półkach, bo nie muszę po nie sięgać codziennie, pozostałe niżej, ale wszystkie są na widoku. Płaszcze i inne okrycia wierzchnie wiszą na wieszakach, poniżej stoją buty, ułożone w rzędach. Tym samym wreszcie wiem, co mam. Druga reguła, pozwalająca uniknąć przeładowania szafy, skutkującego utratą orientacji w jej zasobach, brzmi – bilans musi wyjść na zero, czyli każda nowa rzecz dochodząca do zbioru oznacza konieczność pozbycia się innej.

Reguła kolejna równa się trzymanie się z dala od wszelkich sklepów z ubraniami – czy to realnych, czy wirtualnych. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, a każda taka wizyta automatycznie stwarza potrzeby. Nowe. A nie każdy potrafi się im oprzeć, jeśli przyzwyczaił się do kupowania. Odciąć wszystkie listy subskrypcyjne, oznaczyć jako spam, nie zaglądać do spamu – nie jest trudno oszaleć dla jakiejś kompletnie niepotrzebnej rzeczy, której zakup wcześniej racjonalnie sobie wyperswadujesz, tylko dlatego, że dostajesz maila z jaskrawym hasłem ” obniżka o 50 proc.” Korzyść z zastosowania reguły wieloraka – mniej wpatrywania się w monitor, więcej czasu na inne, bardziej rozwijające zajęcia. Stopniowo można zastąpić jeden nawyk innym, bardziej sensownym, a równie wciągającym, na przykład zamiast wracać do domu drogą z przystankiem w galerii handlowej, wybierać trasę przez park i gapić się na drzewa. Albo przysiadać na chwilę z książką w ulubionej kawiarni.

Reguła czwarta, dla tych, którzy czują się uzależnieni – nie przeglądać dla odprężenia zdjęć na Instagramach, Pinterestach, jeśli wiemy doskonale, że prowokują do zakupów. Można natomiast podejść do sprawy na odwrót – potraktować je jako rodzaj twórczej inspiracji do czerpania z tego, co już mamy.

tumblr_njxh7kEy9E1s6ofheo1_500-1

Źródło: http://incessantcoffeedrinking.tumblr.com

Przede wszystkim zaś warto uświadomić sobie, jakie rzeczywiste powody stoją za kupowaniem, jeśli czujemy, że ubrań przybywa nam w postępie geometrycznym i coś, co było fundowaniem sobie od czasu do czasu przyjemności, wymyka się spod kontroli jak nałóg. Bez tej refleksji łatwo jest popaść z jednej niezdrowej skrajności w drugą skrajność i obwiniać się za każdy zakup, jakby świat miał się od tego zawalić. Podejście „slow fashion” to nie zakon o ścisłej klauzurze, w którym każde odstępstwo od reguły „dopuszczalnej” liczby ubrań w szafie zasługuje na karę. Zamiast wpadać w huśtawkę oszalałego kupowania na przemian z restrykcyjną zakupową dietą, lepiej zatrzymać się na chwilę i wsłuchać w siebie. Może kupujemy, bo czujemy się samotni, niedocenieni, nie dość atrakcyjni? Historia o Kopciuszku to tylko bajka, ubrania czy buty nie zmienią w inną, lepszą osobę kogoś, kto ma problem z samoakceptacją, choć gromadząc sterty szmatek, zachowuje się, jakby wierzyła w szansę takiej metamorfozy. Ich kupowanie służy chwilowej poprawie nastroju – po której rodzi się następna potrzeba domagająca się natychmiast zaspokojenia, a rzeczywisty problem, tkwiący gdzieś pod spodem, pozostaje nierozwiązany. Prawdziwą odmianę w dłuższej perspektywie może przynieść tylko zdrowy tryb życia, regularne ćwiczenia, jedzenie dobrej jakości posiłków w rozsądnych ilościach, wysypianie się. Może lepiej zainwestować w lepsze jedzenie i buty do biegania, dzięki czemu trwale poprawi się nam sylwetka i kondycja, niż dopełnić półkę jeszcze jedną sukienką, która już za chwilę może okazać się zbyt ciasna?

No i jeszcze jedno, najważniejsze, też z autopsji: do zmian potrzebna jest najpierw motywacja, a potem silna wola. Dla mnie kiedyś taką motywacją do zmiany trybu życia było własne zdjęcie z pewnego wydarzenia, zamieszczone na portalu społecznościowym. Patrząc na nie, uświadomiłam sobie, że niepostrzeżenie zaczęłam zmierzać w kierunku, w którym niekoniecznie chciałabym podążać. Może trochę przesadziłam (byłam na nim też zmęczona i zła, nie tylko cięższa o parę kilogramów) ale zadziałało jak zimny prysznic. Nie potrzebowałam już żadnych motywujących tekstów. Kiedy brak takiego mocnego, wewnętrznego impulsu, można w nieskończoność szukać w Internecie wskazówek, jak ograniczyć swoją garderobę albo stać się prawdziwym minimalistą/esencjalistą/zwolennikiem prostego życia (niepotrzebne skreślić), zamiast zwyczajnie wstać od komputera i zabrać się do roboty.

Otagowane , , , , , , ,

Minimalizm umarł, niech żyje esencjalizm

Ludzie, określający się dotąd jako minimaliści (Artysta Poprzednio Znany Jako Prince – pamiętacie?) już jakiś czas temu zorientowali się, że to określenie, sprowadzające rzecz całą do redukcji posiadanych rzeczy właśnie, niespecjalnie do nich pasuje – i zaczęli dystansować się od dotychczasowego miana, mówiąc o sobie raczej jako o „zwolennikach dobrowolnej prostoty”, „zwolennikach prostego życia”, „slow” i tak dalej. Brakowało jednak konkretnego słowa, które oddałoby całe sedno filozoficznego aspektu sprawy. Tymczasem ono już istniało, tyle, że o tym nie wiedzieliśmy. Chodzi o „esencjalizm”, jednak nie mający nic wspólnego z Platonem. Powstała nawet książka, wykładająca na konkretnych przykładach zasady działania esencjalistów – jej autorem jest Greg McKeown, a rozmowę z nim zamieścił w  najnowszym numerze magazyn Kinfolk.

Na czym więc polega ów esencjalizm (aż strach pomyśleć, że podobnie jak minimalizm, za chwilę może stać się najgorętszym trendem sezonu) i czym różni się od minimalizmu? Najkrócej mówiąc: też na eliminowaniu, ale punkt wyjścia jest inny. W przypadku minimalizmu kładziono raczej nacisk na to, co jest zbędne i czego należy się pozbyć; esencjalizm skupia uwagę na pozytywach, czyli wartościach, ideach, ludziach – a także przedmiotach, które są nam najbardziej bliskie, cieszą, krzepią, ku którym instynktownie się skłaniamy. Esencjalista koncentruje się właśnie na nich, resztą nie zaprząta sobie głowy. Odcina zbędny, a ciążący tłuszcz, dochodząc do jądra, do esencji. To odwrócenie, podobne do tego, jakie stosuje japońska specjalistka od sprzątania Marie Kondo – przy porządkowaniu szafy większość mądrych głów zaleca przyglądanie się zawartości pod kątem tego, czego właściciel/ka już nie nosi albo przestało się jej podobać, ona zaś poleca najpierw wybrać rzeczy, które wkładamy najczęściej i najbardziej lubimy. Z reszty rezygnujemy. Na tekst o poradniku Kondo przyjdzie czas niebawem – pomijając dwie lub trzy odkrywcze myśli lub tricki, jak opisany powyżej, dawno nie czytałam czegoś równie infantylnego, a rozciągniętego na kilkudziesięciu zadrukowanych stronach.

„Esencjalista zgłębia więcej potencjalnych opcji niż człowiek, który chwyta się wszystkiego, ale po ich przeanalizowaniu odrzuca wszystko, czemu nie może powiedzieć „tak” ze stuprocentowym przekonaniem. Gdy już wybierze, też daje z siebie sto procent w tym, co wybrał” – mówi w wywiadzie McKeown.

tumblr_np0lxlg6l31qbvkoao1_500Źródło: incessantcoffeedrinking

Punktem wyjścia jest uświadomienie sobie, co jest dla mnie najważniejsze naprawdę i nie zaprzątanie sobie głowy resztą. Dla mnie, a nie rodziców, partnerki/partnera, pracodawcy czy przyjaciół. Czyli odpowiedzi na elementarne życiowe pytania, które wydają się tak oczywiste, że przypominanie, by je sobie zadawać, trąci banałem, a jednak wielu z nas najwyraźniej zupełnie o nich nie pamięta – bo inaczej skąd braliby się ci wszyscy ludzie wokół funkcjonujący w trybie autopilota: wstający rano, bo tak trzeba, wciągający na grzbiet byle co i zapychający czym prędzej żołądek, idący do pracy z westchnieniem, że znów trzeba będzie wykonywać te czynności, których się nie znosi, w otoczeniu, które jest przykre, ale przecież trzeba za coś żyć; utrzymujący kontakty, które nie dają im satysfakcji, ale „bo tak wypada”, tkwiący w związkach już tylko z przyzwyczajenia, nieuważnie przelatujący wzrokiem przez kolejne strony internetowe i tak dalej. Kupujący wciąż różne rzeczy, byle zapełnić szafę, „bo się przyda”, by zabić nudę lub chwilowo poprawić sobie samopoczucie.

W podejściu esencjalisty najciekawszy wydaje mi się aspekt szacunku dla siebie, który w dyskusjach o minimalizmie nie był tak uwypuklony. To świadomość, że jeśli sami nie dokonamy istotnych dla nas wyborów, zrobią to za nas inni. A czy chcemy, żeby ktoś inny określał nasze życie? Gdy spojrzeć na swoje codzienne decyzje z takiej właśnie perspektywy, eliminacja wszystkich zbędnych działań –  zbędnych z punktu widzenia naszych nadrzędnych celów i wartości – przychodzi łatwo. W moim przypadku (choć nie wiem, czy chciałabym być nazywana „esencjalistką”) była to długo przemyśliwana decyzja o  rezygnacji z pracy, do której przychodziłam już tylko dla pieniędzy, i gdzie zajmowałam się tematami, które owszem, były ciekawe, ale gdybym kiedyś miała wybierać, na pewno nie wskazałabym na nie jako na pasjonujące mnie najbardziej. To, że się nimi zajęłam, było splotem różnych okoliczności, w tym próby pogodzenia własnych zainteresowań z oczekiwaniami rodziny. Teraz żałuję, że tkwiłam w niej tak długo, choć nie żałuję związanych z nią doświadczeń, które rozszerzyły mi perspektywę.  Inne aspekty tej decyzji: skupienie się na pisaniu, ale przede wszystkim na większych formach, a dziennikarsko – w rytmie tygodniowym, we współpracy z tytułami, które cenię, a nie takimi, które cenię średnio, ale dobrze płacą, rezygnacja raz na zawsze ze współpracy z dziennikami, dobór tematów według klucza: co najbardziej mnie interesuje, a nie „o czym piszą inni” albo „o czym się mówi”.

Esencjalizm w działaniu to też odejście od promowanej przez ostatnią dekadę wielozadaniowości, która zresztą, jak wykazują badania, wcale nie jest bardziej efektywna niż tradycyjne skupianie się na jednej rzeczy w danym czasie, aż będzie skończona i można się zabrać za kolejną, tym razem to temu zajęciu poświęcając maksimum uwagi. To umiejętność stawiania granic, ochrony tego, co dla nas ważne. Żeby nie dać się zjeść trywialności, nie utonąć w morzu różnych „całkiem interesujących” propozycji, które przymilają się do nas umiejętnie modulowanymi głosami. Odwaga dokonywania wyborów – czyli przypomnienie sobie, że to człowiek sam jest odpowiedzialny za swoje decyzje. A świadomość sprawczości daje siłę i przywraca wiarę w siebie. Mądrze punktuje to Pani Swojego Czasu, autorka jednego z blogów, na które lubię ostatnio zaglądać – to nie jest tak, że Facebook czy portale kradną komuś czas, tylko on sam decyduje, na co czas poświęca. Ma rozum, więc może zacząć go używać, zamknąć Facebooka, nie otwierać poczty, zanim nie wykona się najważniejszego zadania w danym dniu. Nie trzeba do tego wielostronicowych instrukcji do zarządzania czasem, które tak przyjemnie czytać, zamiast zabrać się wreszcie do właściwej roboty, na którą ponoć nam czasu nie starcza.

Przy okazji McKeown zwraca uwagę na ciekawe zjawisko: około 1400 r. do słownika języka angielskiego dołączyło słówko „priority”, czyli priorytet. Przez kolejne 500 lat funkcjonowało w liczbie pojedynczej, by wreszcie, około 1900 roku, cudownie się rozmnożyć. Nieprzypadkowo stało się to erze rewolucji przemysłowej, która miała ułatwić nam życie i zapewnić więcej czasu wolnego, a dała zupełnie odwrotny efekt. Dziś mówimy już o „priorytetach”. „Naprawdę można mieć więcej niż jedną najbardziej istotną rzecz? – zapytuje McKeown. – Przecież jeśli zacznie się robić 24 różne rzeczy naraz, traktując każdą z jednakową powagą, nie uda się wykonać dobrze żadnej.” Warto śledzić drobne zmiany w słownictwie, bo język definiuje społeczną świadomość.

tumblr_nocrwmuRTU1s2j0zlo1_500Źródło: incessantcoffeedrinking

„Droga esencjalisty nie polega na układaniu noworocznych postanowień, by częściej mówić „nie”; czyszczenia skrzynki mailowej czy doskonalenia nowej strategii zarządzania czasem. To nawyk zatrzymywania się, by zadać sobie pytanie: Czy inwestuję we właściwe działania? Czy robię to, co ma dla mnie sens? Na świecie istnieje znacznie więcej możliwości, niż zdołalibyśmy wykorzystać w czasie nam przeznaczonym i w ramach zasobów, którymi dysponujemy. Lecz choć niektóre z nich mogłyby być dla nas dobre lub wydają się całkiem dobre, w istocie większość jest niewarta uwagi, a tylko kilka istotnych. Droga esencjalisty jest zatem uczeniem się, jak je odróżnić – wyłuskiwać ziarno wśród plew” – pisze McKeown.

Ale to też tylko etykietka – esencjalizm czy minimalizm, czy dobrowolna prostota, wszystko sprowadza się do reakcji obronnej na choroby współczesnego świata: zabieganie, rozproszenie, mnogość opcji przyprawiającą o zawrót głowy.

Otagowane , , , , , , , , , , ,