Monthly Archives: Lipiec 2015

Marki godne zaufania – subiektywny przegląd

Cena i jakość – ten wątek często przewija się w komentarzach. Pisząc tutaj kiedyś negatywnie o jakości w kontekście tańszych sieciówek, przeciwstawiałam jej tzw. średnią półkę. Minęło trochę czasu i dostrzegam smutny symptom: coraz więcej marek z tego segmentu nieuchronnie zmierza w stronę sieciówkowego standardu. Weźmy choćby Benettona i Sisleya – pamiętam doskonale, i to wcale nie z odległej przeszłości, naprawdę porządnie wykonane i pomysłowe pod względem wzornictwa kolekcje – zresztą buty i płaszcz kupione wówczas służą mi do dziś, już co najmniej 3 lata –  a teraz na półkach coraz częściej króluje poliester w najbardziej tandetnym wydaniu, akryl i cienka, przypominająca szmatkę bawełna.

Styledigger ostatnio przedstawiała polskie marki, które ceni za jakość. Dokładam do tego cegiełkę w postaci zestawienia paru marek ze średniej półki – niekoniecznie polskich, ale w Polsce dostępnych (choćby online), które z czystym sumieniem mogłabym dziś polecić innym, przetestowawszy na własnej skórze w ciągu kilku lat prowadzenia tego bloga. Dla kontrastu będzie również lista największych rozczarowań – w kolejnym poście. W obu przypadkach życie zweryfikowało kilka mitów.  O większości firm pisałam już wcześniej. Nie jest to wpis w żaden sposób sponsorowany.

Marc O`Polo – Częstym zarzutem, jaki słyszę pod adresem tej marki, jest nuda i smutek. Rzeczywiście, większość rzeczy występuje w klasycznych krojach i podstawowej palecie kolorów. Moim zdaniem sporo zależy od kolekcji – tegoroczna, oparta na beżach, brązach i pastelach, nie jest w stanie wywołać we mnie żywszych uczuć, natomiast osoby o typie urody Umy Thurman, twarzy kampanii marki, na pewno znajdują sporo dla siebie. Kolorystyka kilku poprzednich była znacznie bardziej żywa i zróżnicowana. Niekwestionowaną zaletą marki jest natomiast powtarzalność, podobnie jak w przypadku znacznie droższego A.P.C. – można być pewnym, że te same elementy garderoby powtórzą się w lekko zmodyfikowanym wariancie co sezon (na przykład zawsze znajdzie się w niej klasyczna dżinsowa koszula, tylko w nieco innym odcieniu albo spodnie typu chinosy), jeśli więc ktoś  kompletuje bazę swojej szafy, może to albo zrobić raz a dobrze, albo spokojnie uzupełniać ją co sezon o te wersje ubrań, które najbardziej mu przypadną do gustu. A potem można już wcale do Marc O`Polo nie zaglądać, przynajmniej przez kilka lat, bo są to rzeczy naprawdę porządnie wykonane i  dopracowane w szczegółach. Buty o podeszwach szytych, a nie klejonych, kołnierzyki i mankiety koszul podszyte dodatkową tkaniną, jeśli torba, to ze skóry, sukienki z bawełnianą, a nie poliestrową podszewką. Najlepiej zaopatrywać się tam w podstawowe, niezbędne ubrania, jak prosta biała koszula, mała czarna, skórzane sandały, podkoszulki z mięsistej, organicznej bawełny. Plusem jest też serwis – gdy rok temu przetarły mi się gumki przy zapięciach ulubionych sandałów, bez najmniejszych problemów przyjęli je do naprawy, choć buty kupowałam dwa lata wcześniej i dawno już nie miałam paragonu. Atrakcją dla stałych klientów są sekretne wyprzedaże – kupony przesyłane na domową skrzynkę pocztową, pozwalające na tańszy o 30 proc. zakup tuż przed ogłoszeniem obniżek w sklepach, a także przygotowywany w duchu „slow fashion” wysmakowany magazyn, ukazujący się raz na kwartał i również przesyłany pocztą.

COS. – To sklep, który długo istniał dla mnie głównie w kategorii „rzeczy, które dobrze podziwiać na wieszakach, ale lepiej trzymać się od nich z daleka”. Gołym okiem widać inspiracje architekturą i designem, a więc trudne kroje, zabawa asymetrią, według opinii niektórych gwarantowany efekt „the man repeller”. Tymczasem ku mojemu zdziwieniu ostatnio coraz częściej coś wpada mi w oko, być może też zależy to od kolekcji, albo po prostu ten styl lepiej wygląda na człowieku po zrzuceniu kilku nadprogramowych kilogramów. Warto mierzyć tam ubrania niekoniecznie spektakularnie prezentujące się na wspomnianym wieszaku, bo często dopiero przed lustrem, na żywym modelu zaskakują  dopasowaniem. Szyte porządnie, zazwyczaj z naturalnych tkanin (wpadki zdarzają się, jak wszędzie, ale niezwykle rzadko), podporządkowane idei minimalizmu w duchu skandynawskim, pożenionym z japońską fantazją. Gołym okiem widać inspiracje architekturą i designem. To też marka pozwalająca skompletować trwałą bazę, tyle że w przeciwieństwie do Marc O`Polo – z pazurem. Jej siostra, &Other Stories, wciąż nieobecna w Polsce, też jest warta uwagi – choć częściej niż bawełnę można tam napotkać poliester, za to godne uwagi są buty (znacznie większy wybór niż w COS) i dodatki.  W COS, podobnie jak w Marc`O`Polo, bez bólu dla portfela najlepiej zaopatrywać się na wyprzedażach, na które czasem trafiają również rzeczy z poprzednich kolekcji.

Marimekko – o tej flagowej fińskiej marce też już tutaj wspominałam, jest celem dla zwolenniczek op-artowych zabaw i ciekawej grafiki. Perfekcja wykonania, supertrwałość ( te legendy o sukienkach Marimekko przekazywanych przez matki córkom), niestety mająca bolesne przełożenie na cenę, ale warto czaić się na wyprzedaże lub na aukcje na eBayu, a będąc w Helsinkach, zajrzeć do przyfabrycznego outletu, będącego celem pielgrzymek japońskich i koreańskich turystów. Nie dziwię się, że Marimekko jest tak popularne właśnie w Japonii – udaje im się bezbłędnie łączyć przeciwieństwa:  ascezę z rozbuchaniem wzorów. Wiem, że są tacy, których od Marimekko będzie odrzucać – zbyt odważne, zbyt kolorowe, zbyt wariackie (choć to tylko najbardziej widoczna część obrazu marki) ale dla kogoś, kto ceni sobie minimalizm, lecz lubi go przełamać pojedynczymi spektakularnymi akcentami, część asortymentu marki będzie niebezpiecznie zbliżać się do ideału.

Filippa K – dostępna w Polsce głównie w sklepach internetowych, skandynawska marka z ubraniami „bazy”, porządnie wykonanymi, ze szlachetnych materiałów. Niestety – podobnie jak wcześniej wymienione – dość droga, więc kierunek wyprzedaż…. To w trakcie jednej z nich udało mi się zupełnym przypadkiem znaleźć za pół ceny granatowy płaszcz ze 100 proc. wełny, na podszewce, jeden z nielicznych brakujących elementów w mojej idealnej garderobie. Uwaga, skandynawska rozmiarówka jest nieco większa od polskiej – to samo zastrzeżenie odnosi się do Marc O`Polo – więc lepiej jednak mierzyć ubrania lub wybierać takie sklepy internetowe, które oferują bezproblemową możliwość bezpłatnej wymiany lub zwrotu w dłuższym okresie.

A.P.C. – ceny szalone, nawet jeśli uwzględnimy obniżki, ale mimo wszystko warto oszczędzać na tę jedną, jedyną rzecz, która wpadnie nam w oko – tym bardziej, że lekko zmodyfikowane ich wersje pojawiają się w kolekcjach firmy co sezon. Na przykład bezbłędne dżinsowe koszule i sukienki, spodnie z surowego dżinsu, skórzane sandały i botki. Niestety, A.P.C. podwyższyło cenę za wysyłkę do krajów europejskich, więc zakupy poprzez ich stronę internetową zupełnie przestały się opłacać – najlepiej odwiedzić butik stacjonarny podczas wyjazdu, najbliższy znajduje się w Berlinie.

Do listy dorzuciłabym jeszcze Weekday – skandynawski minimalizm z odlotami raczej w formie niż kolorystyce (choć też warto uważnie sprawdzać skład materiałów), Muji (zasób solidnej, choć nudnej bazy) oraz brytyjski Toast, którego oferta jest w Polsce dostępna tylko przez internet – choć, co ciekawe, szyją również i u nas i można się nieźle zdziwić na widok metki „made in Poland” – dla koszul, dżinsu, butów i toreb. Zwłaszcza wyprzedażowo, choć najciekawsze rzeczy w najbardziej popularnych rozmiarach zwykle znikają z wirtualnych półek długo przed jej rozpoczęciem.

Jeśli chodzi o marki polskie, mam kilka sprawdzonych, którym ufam bez zastrzeżeń: Wearso (za świetnej jakości bawełnę i wykonanie tych ekologicznych z ducha ubrań, a przy tym za twórczą fantazję i konsekwencję), bynamesakke (też brawo za bawełnę), Dream Nation (w zasadzie wszystko co powyżej, plus kolor), Kaaskas. Fantastycznie nosi mi się kupioną niedawno piżamę Lunaby. Bez mrugnięcia okiem, gdyby tylko cena nie grała dla mnie teraz roli, zainwestowałabym w coś ponadczasowego, a spektakularnego od Joanny Klimas czy Ani Kuczyńskiej. W wypadku nagłego zapotrzebowania na torbę ze skóry zapukałabym do Kurnik Shop albo Slava Varsovia. A jednak tych nazw jest mało, choć oczywiście po zastanowieniu mogłabym wymienić jeszcze kilka innych – które przykuły moją uwagę, które chętnie bym przetestowała (gdybym nagle zapragnęła nie ograniczać, a powiększać zawartość szafy). Popieram ideę wspierania swoich i cieszę się, że pojawia się coraz więcej nowych osób chcących projektować rodzimą modę, ciągle jednak brak mi w niej różnorodności, autorskiego podejścia, odwagi w podejściu choćby do koloru – Dream Nation i Kaaskas są na tym tle chlubnymi wyjątkami.  Z jakością też, niestety, bywa różnie, zwłaszcza w przypadku marek, które chcą szybko odnieść sukces na fali popularności innych, które zapunktowały u odbiorców jakimś produktem – przykładem  może być szary dres, flagowy produkt Risk Made in Warsaw, od którego kilka lat temu zaroiły się stoiska wielu innych sprzedawców na targach młodej polskiej mody.

A jakie są Wasze sprawdzone typy, spełniające zarówno kryteria jakościowe, jak i estetyczne?

Reklamy
Otagowane , , , , , , , ,

Narzędzie

Lekcje wuefu były tymi, których w podstawówce nienawidziłam najbardziej, na równi z matematyką i fizyką. Nie byłam pulpetem, ale ze względu na sporą wadę wzroku (wtedy jeszcze nosiłam okulary, nie soczewki) nie poruszałam się szybko, w grupowych zajęciach typu gra w siatkówkę czy koszykówkę zawsze robiłam za klasową ofermę. Wrodzony introwertyzm też nie pomagał. Wolałam czytać książki niż szaleć na boisku, chyba że były to spontaniczne zabawy na placu pod blokiem w gronie rówieśników, bez nadzoru nauczycieli – w pierwszych klasach byłam mistrzynią skoków w gumę. Epizody wuefowe z późniejszego okresu, jak wywoływanie do zrobienia skoku przez kozioł przed grupą chichoczących nad mą nieporadnością rówieśników śnią mi się czasem w koszmarach. Z tamtego czasu została mi do dziś niechęć do wszelkiego rodzaju zbiorowych form wysiłku fizycznego i nonkonformizm.

W liceum było już lepiej, bo pojawiła się opcja wyboru typu zajęć – i zapisałam się na aerobik. Okazał się całkiem fajny, nagle odkryłam, że lubię ruszać się do muzyki, zwłaszcza gdy nikt na mnie nie wrzeszczy ani nie grozi postawieniem dwói, pojawiły się też pierwsze efekty tych z pozoru mało wymagających ćwiczeń. To już była pierwsza wskazówka, w jakim kierunku warto zmierzać.

Potem, na studiach, gdy ktoś pytał mnie, jaki sport uprawiam, śmiałam się, bo istniała dla mnie masa ważniejszych spraw, poza tym moja dwudziestoletnia ja miała świetną przemianę materii, ważyła 50 kilo, potrafiła zjeść trzy słodkie drożdżówki naraz bez żadnych konsekwencji. Poza tym zawsze byłam na co dzień w ruchu, dużo chodziłam, jeździłam po mieście rowerem, co jakiś czas wybierałam się na wycieczki w góry.

Potem była przeprowadzka do Warszawy, siedzący tryb życia w związku z pracą i odżywianie się jak dotąd – czyli bez przemyślenia, dieta, której stałymi elementami było białe pieczywo i słodycze. Na skutki nie trzeba było długo czekać – wystarczył rok, by ze szczupłej osoby stać się kimś, kogo nie do końca rozpoznawałam na zdjęciach, cięższym o dziesięć kilo, co przy ok. 164-centymetrowym wzroście skutecznie zaburzyło proporcje sylwetki.

To wtedy też narzuciłam sobie zmiany – jeść mniejsze porcje, za to regularnie, najlepiej pięć posiłków dziennie, pić dużo wody i zielonej herbaty, systematycznie się ruszać, postawić na te rodzaje aktywności fizycznej, które mi najbardziej odpowiadają. Dziś już wiem, że jest to joga, rower, bieganie – siłownia i wszelkiego rodzaju gry zespołowe nie dla mnie, nie będę się do nich zmuszać.

Na jogę zaczęłam chodzić regularnie, zmusiwszy się do wstawania o szóstej rano, by zdążyć na pierwsze zajęcia, co też samo w sobie było nowością. O jodze mogłabym napisać osobny post, tyle jej zawdzięczam – nauczyła mnie samodyscypliny (wcześniej nikt nie zmusiłby mnie do wstania rano zimą, żeby jechać na jakieś ćwiczenia), pomogła poprawić postawę, wyzwoliła śmiałość, a pośrednio uświadomiła, co jest dla mnie w życiu ważne i na czym się skoncentrować, a co odciąć. Doświadczyłam na własnej skórze tego, co słyszałam wcześniej od innych i co brzmiało trochę jak ezoteryczne blabla z głupich poradników, że rozmaite przeżycia z przeszłości, dobre i złe, zapisują się też w ciele i prawidłowa praktyka asan pomaga je odblokować. Przekonałam się, że mimo wady wzroku mogę zrobić świecę i pług. Przeszłam przez różne fazy, od początkowej nieufności, poprzez fascynację na jej punkcie rodem z książki „Pozerka”, po stan, który można nazwać normalizacją 🙂

 Podstawowe asany pokazał mi niegdysiejszy chłopak, który praktykował jogę regularnie i z perspektywy czasu  muszę przyznać, że jest to najlepszy prezent, jaki mi po sobie zostawił 🙂 Wyszkolona przez niego, z początku ćwiczyłam w domu, ale miałam problem z systematycznością i dokładnością w wykonywaniu pozycji, nikt nie korygował moich błędów. Dopiero zajęcia (szkoła Iyengara) z udziałem doświadczonych nauczycieli pokazały mi, na czym ta sztuka naprawdę polega.

Efekty w postaci zgubionych kilogramów i lepszego samopoczucia przyszły po kilku miesiącach; przez kolejne trzy lata udawało mi się, narzuciwszy sobie codzienną dyscyplinę, utrzymać stałą wagę. Jesienią ubiegłego roku miałam sporo pracy, więc nieco popuściłam – widok samej siebie na zdjęciu (jak wspomniałam w jednym z poprzednich postów) zmobilizował mnie, żeby wrócić do dotychczasowej rutyny. Zrezygnowałam ze słodyczy i białego pieczywa (po kilku tygodniach niejedzenia słodyczy przeszedł mi na nie apetyt, teraz jeśli jem coś słodkiego, to są to owoce), przez dwa miesiące zamawiałam sobie gotowe posiłki o wyliczonej kaloryczności, żeby przestawić się na tryb regularnego jedzenia pięć razy dziennie, w miarę o stałych porach i skończyć z podjadaniem. Zaczęłam pić sporo soków i zielonych koktajli, dbam o to, żeby dziennie dostarczyć sobie 2 litry wody – popijanej w ciągu dnia między posiłkami, z cytryną i miętą, sama przyjemność. Poza wyeliminowaniem pieczywa i słodkości (oraz mięsa, z wyjątkiem ryb, ale to już kilka lat wcześniej) nie stosuję żadnych diet, za to na pewno jem więcej kasz, orzechów, warzyw i owoców niż kiedyś, i w mniejszych porcjach. Staram się też dbać o to, czym się karmię, sprawdzając składy kupowanych produktów, stawiając na takie mniej przetworzone, uwzględniając w diecie sezonowe warzywa i owoce (lato i jesień są pod tym względem idealne). Organizm przestawił się na nowy tryb i zwyczajnie nie przyjąłby już posiłków w amerykańskim rozmiarze XL. Poza utrzymywaniem formy i wagi, jaką chciałam osiągnąć (jest to ok. 53-54 kg przy wzroście 164 cm) widać inne pozytywne efekty, na przykład zniknęły zupełnie problemy z cerą.

Staram się dbać o regularny, codzienny wysiłek. Rano ćwiczę przez ok. 20 minut – powitanie słońca, trójkąt, kilka innych asan i zestaw różnych ćwiczeń podpatrzonych na kanale fitness blender i u Chodakowskiej (jej styl zupełnie nie z mojej bajki, ale niektóre ćwiczenia skuteczne). Od marca do listopada nie rozstaję się z rowerem; zimą zastępują go codzienne marsze w drodze do pracy i z powrotem, zwykle ok. 6 kilometrów dziennie. Od jesieni ubiegłego roku, o czym też już pisałam, zaczęłam biegać – staram się, żeby były to 2-3 przebieżki po ok. 5 kilometrów tygodniowo. Kto by pomyślał – ja, nienawidząca w podstawówce wuefu, biegam z własnej woli i sprawia mi to przyjemność?

Piszę to przede wszystkim dlatego, żeby zaakcentować po raz kolejny prawdę podstawową  – samo stworzenie starannie wyselekcjonowanej garderoby świetnej jakości, wedle francuskich reguł stylu niewiele da, jeśli wcześniej nie zrobi się porządku we własnej głowie. Nadal człowiek będzie się miotał, niezadowolony z tego, co ma – łatwo wtedy przejść od kompulsywnego kupowania do kompulsywnego ograniczania.

A zasada tego porządku jest też bardzo prosta: szanuj siebie, o czym już pisałam. Szanowanie siebie to też dbałość – bo co nam po świetnych ubraniach, jeśli „wieszak” będzie w kiepskim stanie? To o niego trzeba zadbać najpierw, żeby przejść do dalszych zmian.

Przy okazji chciałam polecić genialny blog, o którym dowiedziałam się z bloga Styledigger – pod nazwą Poczuj się lepiej. Lektura archiwum, w którym znalazłam sporo zbieżnych z własnymi refleksji, a także opis podobnej drogi, zainspirowała ten post. Autorka trafia w sedno, dowodząc, że w różnego rodzaju aktywnościach fizycznych nie chodzi o bicie osiągnięć, dążenie do idealnego (często kreowanego przez media) rozmiaru, wagi, wyglądu) – ale o dbałość o własne ciało traktowane jako narzędzie do dobrego życia. A wtedy wszystko pięknie się łączy, bo gdy się ruszasz, dbasz o siebie, czujesz zadowolenie, masz siłę, by robić, co chcesz i motywację, żeby jeszcze coś zmienić w innych sferach.

Otagowane , , , ,