Narzędzie

Lekcje wuefu były tymi, których w podstawówce nienawidziłam najbardziej, na równi z matematyką i fizyką. Nie byłam pulpetem, ale ze względu na sporą wadę wzroku (wtedy jeszcze nosiłam okulary, nie soczewki) nie poruszałam się szybko, w grupowych zajęciach typu gra w siatkówkę czy koszykówkę zawsze robiłam za klasową ofermę. Wrodzony introwertyzm też nie pomagał. Wolałam czytać książki niż szaleć na boisku, chyba że były to spontaniczne zabawy na placu pod blokiem w gronie rówieśników, bez nadzoru nauczycieli – w pierwszych klasach byłam mistrzynią skoków w gumę. Epizody wuefowe z późniejszego okresu, jak wywoływanie do zrobienia skoku przez kozioł przed grupą chichoczących nad mą nieporadnością rówieśników śnią mi się czasem w koszmarach. Z tamtego czasu została mi do dziś niechęć do wszelkiego rodzaju zbiorowych form wysiłku fizycznego i nonkonformizm.

W liceum było już lepiej, bo pojawiła się opcja wyboru typu zajęć – i zapisałam się na aerobik. Okazał się całkiem fajny, nagle odkryłam, że lubię ruszać się do muzyki, zwłaszcza gdy nikt na mnie nie wrzeszczy ani nie grozi postawieniem dwói, pojawiły się też pierwsze efekty tych z pozoru mało wymagających ćwiczeń. To już była pierwsza wskazówka, w jakim kierunku warto zmierzać.

Potem, na studiach, gdy ktoś pytał mnie, jaki sport uprawiam, śmiałam się, bo istniała dla mnie masa ważniejszych spraw, poza tym moja dwudziestoletnia ja miała świetną przemianę materii, ważyła 50 kilo, potrafiła zjeść trzy słodkie drożdżówki naraz bez żadnych konsekwencji. Poza tym zawsze byłam na co dzień w ruchu, dużo chodziłam, jeździłam po mieście rowerem, co jakiś czas wybierałam się na wycieczki w góry.

Potem była przeprowadzka do Warszawy, siedzący tryb życia w związku z pracą i odżywianie się jak dotąd – czyli bez przemyślenia, dieta, której stałymi elementami było białe pieczywo i słodycze. Na skutki nie trzeba było długo czekać – wystarczył rok, by ze szczupłej osoby stać się kimś, kogo nie do końca rozpoznawałam na zdjęciach, cięższym o dziesięć kilo, co przy ok. 164-centymetrowym wzroście skutecznie zaburzyło proporcje sylwetki.

To wtedy też narzuciłam sobie zmiany – jeść mniejsze porcje, za to regularnie, najlepiej pięć posiłków dziennie, pić dużo wody i zielonej herbaty, systematycznie się ruszać, postawić na te rodzaje aktywności fizycznej, które mi najbardziej odpowiadają. Dziś już wiem, że jest to joga, rower, bieganie – siłownia i wszelkiego rodzaju gry zespołowe nie dla mnie, nie będę się do nich zmuszać.

Na jogę zaczęłam chodzić regularnie, zmusiwszy się do wstawania o szóstej rano, by zdążyć na pierwsze zajęcia, co też samo w sobie było nowością. O jodze mogłabym napisać osobny post, tyle jej zawdzięczam – nauczyła mnie samodyscypliny (wcześniej nikt nie zmusiłby mnie do wstania rano zimą, żeby jechać na jakieś ćwiczenia), pomogła poprawić postawę, wyzwoliła śmiałość, a pośrednio uświadomiła, co jest dla mnie w życiu ważne i na czym się skoncentrować, a co odciąć. Doświadczyłam na własnej skórze tego, co słyszałam wcześniej od innych i co brzmiało trochę jak ezoteryczne blabla z głupich poradników, że rozmaite przeżycia z przeszłości, dobre i złe, zapisują się też w ciele i prawidłowa praktyka asan pomaga je odblokować. Przekonałam się, że mimo wady wzroku mogę zrobić świecę i pług. Przeszłam przez różne fazy, od początkowej nieufności, poprzez fascynację na jej punkcie rodem z książki „Pozerka”, po stan, który można nazwać normalizacją 🙂

 Podstawowe asany pokazał mi niegdysiejszy chłopak, który praktykował jogę regularnie i z perspektywy czasu  muszę przyznać, że jest to najlepszy prezent, jaki mi po sobie zostawił 🙂 Wyszkolona przez niego, z początku ćwiczyłam w domu, ale miałam problem z systematycznością i dokładnością w wykonywaniu pozycji, nikt nie korygował moich błędów. Dopiero zajęcia (szkoła Iyengara) z udziałem doświadczonych nauczycieli pokazały mi, na czym ta sztuka naprawdę polega.

Efekty w postaci zgubionych kilogramów i lepszego samopoczucia przyszły po kilku miesiącach; przez kolejne trzy lata udawało mi się, narzuciwszy sobie codzienną dyscyplinę, utrzymać stałą wagę. Jesienią ubiegłego roku miałam sporo pracy, więc nieco popuściłam – widok samej siebie na zdjęciu (jak wspomniałam w jednym z poprzednich postów) zmobilizował mnie, żeby wrócić do dotychczasowej rutyny. Zrezygnowałam ze słodyczy i białego pieczywa (po kilku tygodniach niejedzenia słodyczy przeszedł mi na nie apetyt, teraz jeśli jem coś słodkiego, to są to owoce), przez dwa miesiące zamawiałam sobie gotowe posiłki o wyliczonej kaloryczności, żeby przestawić się na tryb regularnego jedzenia pięć razy dziennie, w miarę o stałych porach i skończyć z podjadaniem. Zaczęłam pić sporo soków i zielonych koktajli, dbam o to, żeby dziennie dostarczyć sobie 2 litry wody – popijanej w ciągu dnia między posiłkami, z cytryną i miętą, sama przyjemność. Poza wyeliminowaniem pieczywa i słodkości (oraz mięsa, z wyjątkiem ryb, ale to już kilka lat wcześniej) nie stosuję żadnych diet, za to na pewno jem więcej kasz, orzechów, warzyw i owoców niż kiedyś, i w mniejszych porcjach. Staram się też dbać o to, czym się karmię, sprawdzając składy kupowanych produktów, stawiając na takie mniej przetworzone, uwzględniając w diecie sezonowe warzywa i owoce (lato i jesień są pod tym względem idealne). Organizm przestawił się na nowy tryb i zwyczajnie nie przyjąłby już posiłków w amerykańskim rozmiarze XL. Poza utrzymywaniem formy i wagi, jaką chciałam osiągnąć (jest to ok. 53-54 kg przy wzroście 164 cm) widać inne pozytywne efekty, na przykład zniknęły zupełnie problemy z cerą.

Staram się dbać o regularny, codzienny wysiłek. Rano ćwiczę przez ok. 20 minut – powitanie słońca, trójkąt, kilka innych asan i zestaw różnych ćwiczeń podpatrzonych na kanale fitness blender i u Chodakowskiej (jej styl zupełnie nie z mojej bajki, ale niektóre ćwiczenia skuteczne). Od marca do listopada nie rozstaję się z rowerem; zimą zastępują go codzienne marsze w drodze do pracy i z powrotem, zwykle ok. 6 kilometrów dziennie. Od jesieni ubiegłego roku, o czym też już pisałam, zaczęłam biegać – staram się, żeby były to 2-3 przebieżki po ok. 5 kilometrów tygodniowo. Kto by pomyślał – ja, nienawidząca w podstawówce wuefu, biegam z własnej woli i sprawia mi to przyjemność?

Piszę to przede wszystkim dlatego, żeby zaakcentować po raz kolejny prawdę podstawową  – samo stworzenie starannie wyselekcjonowanej garderoby świetnej jakości, wedle francuskich reguł stylu niewiele da, jeśli wcześniej nie zrobi się porządku we własnej głowie. Nadal człowiek będzie się miotał, niezadowolony z tego, co ma – łatwo wtedy przejść od kompulsywnego kupowania do kompulsywnego ograniczania.

A zasada tego porządku jest też bardzo prosta: szanuj siebie, o czym już pisałam. Szanowanie siebie to też dbałość – bo co nam po świetnych ubraniach, jeśli „wieszak” będzie w kiepskim stanie? To o niego trzeba zadbać najpierw, żeby przejść do dalszych zmian.

Przy okazji chciałam polecić genialny blog, o którym dowiedziałam się z bloga Styledigger – pod nazwą Poczuj się lepiej. Lektura archiwum, w którym znalazłam sporo zbieżnych z własnymi refleksji, a także opis podobnej drogi, zainspirowała ten post. Autorka trafia w sedno, dowodząc, że w różnego rodzaju aktywnościach fizycznych nie chodzi o bicie osiągnięć, dążenie do idealnego (często kreowanego przez media) rozmiaru, wagi, wyglądu) – ale o dbałość o własne ciało traktowane jako narzędzie do dobrego życia. A wtedy wszystko pięknie się łączy, bo gdy się ruszasz, dbasz o siebie, czujesz zadowolenie, masz siłę, by robić, co chcesz i motywację, żeby jeszcze coś zmienić w innych sferach.

Reklamy
Otagowane , , , ,

5 thoughts on “Narzędzie

  1. iwona pisze:

    jako że dla mnie najlepszy sport to spacer, to zadam pytanie nie na temat 🙂 jak się sprawdza raw denim? nabrałam ochoty posiadać jedną (i docelowo jedyną) parę jeansów i rozmyślam właśnie nad nimi.

    • minimalplan pisze:

      Dobrze się sprawdza, choć ostatni raz miałam go na sobie wiosną, na lato jest za ciężki. Ostatecznie nie wytrzymałam i wyprałam spodnie ręcznie w zimnej wodzie, trochę je to zmiękczyło i nie trzeba już się w nie wciskać, ale muszę nosić je z paskiem, bo w pasie zrobiły się najbardziej szerokie (chyba taki urok tego fasonu)

  2. Lekcje wychowania fizycznego w polskich szkołach to dla mnie porażka. Nie byłam może zbyt rozbieganych dzieckiem, w wolnych chwilach wolałam bawić się klockami Lego lub układać puzzle niż wisieć na trzepaku, ale bardzo lubiłam jeździć na rowerze czy pływać. Szkoła nauczyła mnie wstrętu do wszelkiego wysiłku fizycznego na długie lata, ale co się dziwić, skoro wysokiej (176 cm wzrostu miałam już na pewno w szóstej klasie) dziewczynie każe się wykonywać salta i inne elementy gimnastyki artystycznej 😉 Uważam, że dziecko albo rodzice powinni mieć możliwość decydowania co do wyboru zajęć – z miłą chęcią grałabym w siatkówkę czy koszykówkę, nawet z dziewczynami z innych klas czy roczników.

    W każdym razie do sportu powoli zaczęłam przekonywać się na powrót, kiedy doszłam do podobnych co Twoje wniosków – „co nam po świetnych ubraniach, jeśli „wieszak” będzie w kiepskim stanie?” 🙂 Brakuje mi Twojej regularności itd., ale poprzez zmianę diety (posiłki o stałych porach w trzygodzinnych odstępach) i poćwiczenie od czasu do czasu schudłam prawie 10 kg i od ponad roku trzymam ten stan 🙂

  3. bulb pisze:

    joga jest bardzo fajna, dzięki za link do bloga 🙂 mi akurat się wydaje, że siłownia jest podobna do jogi. robisz wszystko w swoim tempie, w skupieniu, jakiejś tam samodyscypliny też wymaga. za to aerobik jest dla mnie całkowitym zaprzeczeniem jogi, ja go odbieram jako wymuszone kicanie do muzyki dokładnie tak jak pani pokazuje, uch. mam zasadę, że nie chodzę na żadne zajęcia z muzyką, bo myślę sobie, że epatowanie bierną agresją może jednak nie być celem ćwiczeń 😉

  4. Magdalena pisze:

    Przyznam, że wf przez lata szkolne również były dla mnie katorgą. Gry zespołowe, fiołki, najróżniejsze przeskoki właśnie przez kozła – horror. Gdzie teraz joga i bieganie pięknie się uzupełniają. Uważam, że w zdrowym wiele zdrowy duch.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: