Monthly Archives: Wrzesień 2015

Tak i nie

Jakiś czas temu zrobiłam sobie listę różnych ingrediencji związanych z wyglądem, które pociągają mnie bardziej, i takich, od których od zawsze trzymam się z daleka. Pierwszą z list (tę na „tak”) można by więc uznać za rodzaj spisu składowych stylu. Wypisując to zestawienie, myślałam sobie jednak, że to tylko zbiór współrzędnych, które dopiero trzeba połączyć, żeby ułożyły się w sensowny wzór, i każdy, komu ów wykaz wyda się bliski, pewnie zrobiłby to po swojemu. Na przykład u mnie na liście jest sporo elementów zaczerpniętych z męskiej garderoby, ale jeśli zestawiam kilka z nich naraz, to zwykle dodaję czerwoną szminkę i np. rozpuszczone włosy. U kogoś innego takim przełamaniem mogą być z kolei buty na obcasie.

Myślałam też, że prostota bywa pułapką. Można ubierać się najprościej jak można, i będzie się wyglądało schludnie, przyzwoicie, nawet elegancko (pułapka tzw. przepisów na minimalistyczną „capsule wardrobe”), lecz nie oznacza to, że inni, patrząc na kogoś, kto nosi się w taki sposób, uznają, że ma swój styl, który – przynajmniej tak go rozumiem – jest raczej dojściem do stopnia samoświadomości pozwalającego twórczo łączyć to, co gra człowiekowi w duszy, z tym, jak wygląda, tak, że stwarza wrażenie spójności. Niektórzy robią to instynktownie, jakby mieli tę zdolność w genach lub urodzili się z takim naturalnym darem, inni dochodzą do tego stanu dopiero z czasem. Jeden z przykładów takiej samoświadomości z rodzimego podwórka, który przychodzi mi teraz do głowy, to Joanna Klimas. Dlatego z coraz większą rezerwą podchodzę do kolejnych „podręczników stylu”, francuskiego czy jakiegokolwiek, na które w naszym kraju najwyraźniej jest zapotrzebowanie nie mniejsze niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie ten typ literatury święci triumfy od dawna. Owszem, da się (i nawet trzeba) przekazać ludziom, jak łączyć ze sobą kolory, w czym wypada lub nie wypada pokazać się na oficjalnej uroczystości, jak dobrać proporcje, żeby skorygować sylwetkę. Nie da się powiedzieć komuś: weź to i to, złóż ze sobą te elementy i będzie świetnie, staniesz się osobą stylową. Taki człowiek musi najpierw sam wiedzieć, kim jest i czego chce, znać swoje atuty i ograniczenia, podpatrywać i testować, czasem metodą prób i błędów. To jak z gotowaniem – można zaglądać co pięć minut do przepisu, obawiając się odstępstw od instrukcji, i nauczyć się robić zupę poprawnie wykonaną, ale bez smaku. A można wiedzieć, co z czym współgra, lecz nie odmierzać każdej porcji miarką, dodać czasem szczyptę przyprawy o kontrastowym smaku. Brak tego nieuchwytnego „czegoś” i mimo usiłowań zamiast obrazu osoby, która posiada wyrazisty, własny styl mamy przebranie za grzeczną uczennicę albo prowincjonalną sekretarkę. Albo wystawowy manekin lub klona ulubionych postaci z Instagrama.

A teraz moja lista (niepełna, bo można by ją ciągnąć i ciągnąć). Macie swoją?

NIE:

  • falbanki i inne „kobiece” ozdóbki – bufki, plisy
  • białe koronki
  • mom jeans, które teraz przeżywają drugą młodość
  • bawełniane „tuniczki”
  • koszulki polo
  • obcisłe kardigany
  • haremki
  • mocno taliowane koszule
  • koszulki ze śmiesznymi napisami albo logo firm, w ogóle wszystko, co jest z napisami albo z logo, z wyjątkiem koszulek ze zdjęciami płyt zespołów
  • rybaczki
  • dwurzędowe płaszcze i marynarki
  • „wojskowe” spodnie ze ściągaczami u dołu
  • obcasy na platformie typu „końskie kopyto”, niesłychanie modne kilka lat temu
  • płaskie buty w szpic
  • trapezowe kroje sukienek, w których każda sylwetka wygląda jak w ciąży mnogiej
  • golfy
  • cienkie rajstopy w kolorze tzw. cielistym, zwłaszcza z lekkim połyskiem, noszone do spódnic
  • dresy jako ubiór na ulicę (dresy = sport)
  • styl bling-bling – dużo błysku, dużo biżuterii
  • akrylowe swetry
  • jakiekolwiek ubrania z poliestru i akrylu
  •  apaszki i krótkie chustki
  • krótkie motocyklowe botki, takie sięgające kostki (wyższe, do pół łydki, na mocnej podeszwie – to co innego)
  • kolory: żółty i zielony; z wyjątkiem „morskich” odcieni zielonego

TAK:

  • koszule o prostym, podobnym do męskiego kroju
  • spodnie cygaretki, także w kratki lub paski
  • chinosy
  • buty na słupkowym obcasie
  • ołówkowe spódnice lub spódnice o linii A
  • spodnie typu culottes
  • wełniane spodnie z wysokim stanem i szerokimi nogawkami
  • półbuty na płaskiej podeszwie
  • skórzane lub zamszowe botki na obcasie
  • sztyblety
  • sukienki kopertowe a la Diana von Furstenberg, ale gładkie, bez wzorów
  • szmizjerki
  • bluzki zapinane na guziki na plecach
  • koszule o japońskim kroju
  • dżinsowe, proste koszule
  • bluzki w marynarskie paski
  • dekolty V albo w łódkę
  • asymetria
  • op-art
  • białe kropki na czarnym tle
  • malarskie akcenty
  • klasyczne trencze
  • kombinezony
  • krótkie skórzane kurtki
  • długie wełniane płaszcze przewiązywane paskiem
  • duże chusty
  • kapelusze
  • mocne, kontrastowe zestawienia kolorystyczne i graficzne nawiązujące do op-artu
  • zwracający uwagę dodatek, noszony często – może to być np. zegarek
  • kolory: granat – ulubiony kolor bazowy, biel i czerń, także w typowym, szkolno-podstawowym zestawieniu: biała góra, czarny albo granatowy dół; szarości, zimne odcienie niebieskiego, czerwień, amarant
  • materiały:  bawełna, len, wełna, kaszmir, wiskoza, lyocell

INSPIRACJE:

  •  Japonia (wiadomo;)
  • Skandynawia
  • lata 20, 30. i 40. ubiegłego wieku
  •  wczesna Coco Chanel
  • new wave (zarówno francuska Nowa Fala filmowa, jak i nurt muzyczny)
  • punk
  • robocze uniformy
  • klasztorne szaty
Reklamy
Otagowane , , , , , , ,

Strażnicy stylu

Christophe Lemaire to były dyrektor artystyczny odpowiedzialny za damskie kolekcje zacnego domu mody Hermes, który odszedł stamtąd, żeby zbudować od zera własną markę – Lemaire. Wcześniej był dyrektorem kreatywnym w Lacoste. Francuskie złote dziecko, kiedyś związane z nie mniej sławną, wtedy też stawiającą pierwsze kroki w świecie mody Isabel Marant, z którą wspólnie założyli markę pod nazwą Allee Simple – on projektował, ona szyła;  teraz już świętujące pięćdziesiąte urodziny, lecz – jak to z podobnymi postaciami bywa – wyglądające na dziesięć lat mniej (sekretem dobrej kondycji o kilka lat młodszej od niego Marant są podobno odprężające weekendy spędzane w domu na wsi bez elektryczności i bieżącej wody, jaki sposób na wieczną młodość znalazł Lemaire – nie wiadomo). Krewniak Roberta Caillé, nieżyjącego już wydawcy francuskiego Vogue`a, od małego otoczony przez eleganckie kobiety – jak wspomina, zarówno babka, jak i matka niemal przez całe życie były wiernymi klientkami Yves-Saint Laurenta.  Studiował literaturę i sztuki piękne,  dorabiając jako asystent stylistów i DJ. Gdy ma się podobne zaplecze i dorasta w  towarzystwie wyższych francuskich sfer, nietrudno szybko stać się wyczulonym na estetykę wszystkiego, co człowieka otacza. Po fascynacjach muzycznych (jako nastolatek uwielbiał new wave, zwłaszcza Siouxsie and the Banshees i Joy Division) dostał prawdziwego szaleństwa na punkcie Japonii – odkrył ją wraz z pierwszymi paryskimi pokazami Rei Kawakubo i Yohji Yamamoto. Potem poleciał do Tokio w 1995 r. i gdy przeszedł mu pierwszy kulturowy szok, stwierdził, że ma z tamtejszą wrażliwością wiele wspólnego – subtelność form, obsesyjne wręcz dążenie do perfekcji, znaczenie, jakie przywiązuje się do koncentracji, bycia tu i teraz. Japońskie motywy przewijały się przez twórczość Lemaire`a już od pierwszych kroków w świecie projektowania (Marant wspomina w jednym z wywiadów, że w Allee Simple wszystkie ubrania miały kwadratowe kształty, bo nie umieli ciąć materiałów z koła), choć dziś sam twierdzi, że wolałby do tamtych młodzieńczych prób nie wracać; raczej myśleć o sobie jak o winie, które nabiera szlachetności wraz z czasem. Poza tym cytuje swojego ulubionego malarza Odilona Redona: „Nie możesz wyjaśnić innym tego, co robisz, bo nie znasz samego siebie” i nie przejmuje się, że ktoś może uznać to za pretensjonalne.

6b8b7660gw1e28aba0mffj-682x102-8733-3294-1428462999[1]

tumblr_mj0aeyM4771qak1r4o1_400[1]

Muzą i nieodłączną towarzyszką życia Lemaire`a jest Sarah-Linh Tran.  Jest też dyrektorką artystyczną jego marki, odpowiadającą za jej identyfikację wizualną, zaangażowaną też w prace nad damską linią. Razem tworzą nierozłączną i wspaniale stylową parę introwertyków, którzy nieszczególnie często absorbują świat swoim istnieniem – nawet ich zdjęć w Internecie jest niewiele – chyba, że przy okazji prezentacji nowej kolekcji. Strzegą prywatności, nie zależy im na uganianiu się za fotoreporterami, świadomie rezygnują z szumu promocyjnego, starannie dobierając propozycje wywiadów – co paradoksalnie, poprzez regułę niedostępności, intryguje i często działa na ich korzyść. Teraz pewnie znów będzie ich więcej w mediach, bo marka Lemaire nawiązała współpracę z japońską sieciówką Uniqlo, do której sklepów już 2 października trafi zaprojektowana przez duet kolekcja. Niewykluczone, że także do sklepu internetowego, więc gdyby ktoś był zainteresowany…. (Uniqlo wysyła również do Polski). Można ją sobie obejrzeć na przykład tutaj. Ceny zdecydowanie przyjaźniejsze niż Lemaire solo.

Christophe-Lemaire-and-Sarah-Linh-Tran-Remodelista[1]

Pytana w jednym z wywiadów, jak opisałaby swój styl, Linh Tran (korzenie ma nie japońskie, lecz również wschodnie – wietnamskie), odpowiada dwoma przymiotnikami: „Praktyczny i dyskretny”. Lemaire patrzy na sprawę podobnie, lecz jest bardziej wylewny – podoba mu się idea osobistego mundurka (czyli tego, co od jakiegoś czasu w Polsce nazywa się uniformem). „Nie lubię rzeczy, które są zbyt kruche, zbyt luksusowe. Cenię praktyczne ubrania, które mogą służyć latami”. Na inne pytanie: „Co jest największym komplementem w odniesieniu do minimalistycznej garderoby?” oboje zgodnie odpowiadają: „Zdrowe włosy i piękna cera!”

A co mówi o sobie i o swojej pracy Lemaire?

„Nigdy nie byłem szczególnie towarzyski. Nie interesuje mnie bieganie za fotografami ani uczestnictwo w  branżowych imprezach. Chcę być rozpoznawalny dzięki swojej pracy. Ktoś kiedyś powiedział:”chcesz żyć szczęśliwie, żyj w ukryciu”. Szczerze w to wierzę. Lubię ciszę, spokój, towarzystwo ukochanej i przyjaciół. Sądzę, że problemem dzisiejszego świata mody jest to, że ludzie mylą częstą obecność w telewizji czy ilustrowanych magazynach z byciem świetnym projektantem. Tymczasem jest cała masa świetnych projektantów, którzy nie są ani trochę częścią tej gry. Żeby być rozpoznawalnym, trzeba być uzależnionym od mediów, i to jest, jak sądzę, plaga naszych czasów”.

„Nie mam konta na Facebooku. To zbytnio pochłania czas. Męczy mnie nawet odpisywanie na maile. Jeśli mam być szczery, nie dostrzegam pozytywów mediów społecznościowych; nie sądzę, by ludzie stawali się dzięki nim szczęśliwsi. Zapewne reprezentuję trochę staroświeckie podejście, ale te media wydają mi się one czymś sztucznym. Oczywiście, dzięki nim możesz spotkać ludzi, których nigdy byś pewnie nie poznał na żywo, ale z drugiej strony – ten cały koncept pokazywania światu, kogo znasz, wirtualnych przyjaźni – lekko przeraża. „

„Zawsze interesowało mnie to, co otacza człowieka na co dzień. Codzienne wybory w sensie stricte kulturowym – to, jak żyjemy, jak urządzamy nasze domy, co jemy, jakiej słuchamy muzyki. Kultura jest dla mnie wyborem tego, co się konsumuje. A styl – tego wyrazem. Zawsze wierzyłem też w sens ubrań, które podkreślają osobowość, a jednocześnie pozwalają uchwycić dany, konkretny moment z życia danej osoby. Nie interesuje mnie teatr ani cyrk, ostentacja. Jestem za prostotą i naprawdę wysoką jakością”.

Daje do myślenia, prawda? Nie tylko w odniesieniu do tego, co w Polsce nazywamy branżą modową. Cały wywiad można przeczytać tutaj.

page03-660x400[1]

Na markę Lemaire mnie nie stać, mogę sobie tylko pooglądać w internecie, co nie przeszkadza czerpać inspiracji ze stylu, jaki reprezentuje, a którego żywym ucieleśnieniem lub też najlepszą chodzącą reklamą jest Sarah Linh Tran. Prostota, dużo elementów męskiej garderoby, złagodzonych przez dodatki, a czasem tylko fryzurą albo czerwoną szminką, monochromatyczna paleta barw, niekiedy przełamywana jednym mocnym akcentem kolorystycznym, pewna surowość form, ewidentna już na pierwszy rzut oka jakość, o której na każdym kroku wspomina Lemaire, perfekcyjna koordynacja. Sporo odniesień do Japonii, ale także „lat dwudziestych, lat trzydziestych” i awangardy artystycznej tamtego okresu, estetyki Nowej Fali, wszystkiego, z czego utkana jest osobowość projektanta. Sarah-Linh Tran wyglądem potwierdza wartości, o których oboje z  mówią w wywiadach. Więcej obrazków tutaj.

Przypomina mi inną osobę noszącą się w podobnym duchu, a jednak interpretującą po swojemu – duńską projektantkę mebli Stine Gam, połowę uznanego duetu duńsko-włoskiego Gam & Fratesi –  która również tworzy parę w życiu prywatnym.  Gam można by uznać za chodzącą reklamę COS-a i innych skandynawskich marek ze średniej/wyższej półki, a jednak to, co ma na sobie, nosi piętno jej indywidualności. Nie jest to manekin ubrany w gotowe zestawy, lecz kobieta z krwi i kości, świadoma zawartości swojej szafy, wad i zalet własnego wyglądu i dokonująca świadomych wyborów. Jeśli coś jej pasuje, nosi to na okrągło, zmieniając tylko pozostałe elementy. Stałym motywem w jej garderobie są męskie buty z wysokogatunkowej skóry, łączone czasem ze spodniami typu cygaretki, chinosami albo dżinsami, a innym razem również z sukienkami w towarzystwie ciemnych rajstop.  Sama mam do takich butów słabość, więc zestawienia, w jakich pokazuje się Stine, szczególnie cieszą oko. Podobnie jak u Sarah-Linh Tran, także u Dunki ważną, a czasem wręcz kluczową częścią stylizacji są włosy – trochę dziewczęce, ale proste fryzury, które na tle ascetycznego, eleganckiego stroju nie wyglądają infantylnie, tylko ujmują lat z korzyścią dla właścicielki. Pasuje tu inny cytat z Lemaire`a:

„Od czasu do czasu warto zachować dystans do mody. Nie przemawia do mnie założenie, że chcąc wyglądać dobrze i elegancko, kobieta powinna kupić konkretny zestaw, torbę albo buty modne w danym sezonie. To przecież kompletnie bez sensu”.

Lemaire i Sarah-Linh Tran są jak strażnicy stylu i zdrowego rozsądku w świecie szybkiej mody, także szybkiej mody udającej nawróconą na jakość, luksusowych marek szyjących w Chinach. Swoim wyglądem, stylem życia, wartościami, do których się odwołują przypominają, że prawdziwa, wyrafinowana elegancja zawsze będzie wiązać się z prostotą. Teraz może są w mniejszości, wkrótce zostaną uznani za elitę, której inni będą próbowali dorównać.

Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , , ,

La rentree

Miałam się tłumaczyć, dlaczego mnie nie było, gdy przecież zapowiadałam, że powrócę po uporaniu się z zadaniem, które przez ostatnie półtora roku pochłaniało większość mojego czasu i energii. A jednak tłumaczyć się nie będę, bo zauważyłam, że nie było mnie tu przez jeden okrągły miesiąc (i trochę dłużej), czyli sierpień. Miesiąc wakacji, miesiąc przerwy, zawieszenia. Należało więc mi się. Odpoczęłam, zwolniłam, naładowałam baterie, które pikały już na czerwono. Co więcej, doszłam do wniosku, że będę tak robić co rok. Przerwa w sierpniu.

Teraz więc wracam. Idealny moment – początek nowego sezonu, wrzesień, w takiej na przykład Francji początek września nazywany jest „la rentree”, czyli nowym początkiem. Nie tylko roku szkolnego. Do tego jeszcze właśnie rozpoczął się żydowski Nowy Rok – 5776, a więc wystarczająco dużo powodów na powrót i nowe otwarcie (bo i czemu nie?)

Wracam też z przemyśleniami dotyczącymi bloga – jak go rozwijać, jakie tematy poruszać, ile razy w tygodniu publikować (innych obowiązków mam nadal sporo, więc realną opcją na razie jest jeden tekst w tygodniu, za to pojawiający się regularnie, w stałym, wybranym dniu). Czy zacząć na blogu zarabiać i jak. Na pewno niebawem pojawią się tu nowe rzeczy na sprzedaż po czyszczeniu szafy – też nie miałam kiedy się tym zająć przed wakacjami, a potem już machnęłam ręką i oddałam się zasłużonemu lenistwu.

Jeśli macie jakieś sugestie, uwagi, które mogłyby mi pomóc udoskonalić bloga – będę wdzięczna za skomentowanie (jutro odpowiem też na komentarze, które pojawiły się w międzyczasie). Nie mam wątpliwości w odniesieniu do jednej tylko kwestii – anonimowości. Być może kiedyś to się zmieni, zechcę ujawnić się i w takiej roli. Na razie konsekwentnie zostaję minimalplan. Z tęsknoty za czasami, kiedy prace na rozmaite artystyczne konkursy wysyłano w kopertach opatrzonych godłem, a pisarze chętniej niż dziś posługiwali się pseudonimami. A teraz zostawiam Was z takim cytatem, fragmentem pewnej rozmowy, który będzie osnową następnego wpisu:

” (…) Istnieje wielu bardzo dobrych projektantów, którzy nie są częścią tej gry. Aby być rozpoznawalnym, trzeba stać się uzależnionym od mediów – obawiam się, że to choroba naszych czasów.”

– Jak udaje ci się odseparować od tego?

– Trzeba pielęgnować własny ogród, takie mam przekonanie. Trzymać się własnych wartości, oczywiście nie znaczy to, żeby zamykać się na rozwój i okoliczności, ale pewna doza dystansu nie zaszkodzi. Ludzie sądzą, że prawda jest w mediach, i że chcąc być na czasie, być cool, musisz podążać za trendami i stać się ich niewolnikiem. Tyle że to nie stwarza żadnego znaczenia. Komercyjne media muszą wciąż się obracać, gnać za nowościami. Nie ma już „podziemia”, awangardy w ścisłym tego słowa znaczeniu. (…) Kultura jest dla mnie wyborem – codziennym wyborem tego, co jemy, w co się ubieramy, jak żyjemy, co mamy w domach, muzyki, którą słuchamy lub której słuchać nie chcemy. A styl jest właśnie tego wyrazem.”