Monthly Archives: Październik 2015

Dobre rady zawsze w cenie

Wydawcy chwycili haczyk. Wysyp polskich przekładów książek o francuskim stylu i szyku, slow fashion i dobrowolnej prostocie rozpoczął się mniej więcej dwa lata temu i trwa nadal. Pojawienie się polskich odpowiedników było tylko kwestią czasu. Najpierw do księgarń trafiła pozycja pod tytułem „Slow fashion. Modowa rewolucja” autorstwa Styledigger (Znak Literanova), właśnie ukazuje się poradnik autorstwa jednej z najpopularniejszych polskich blogerek Katarzyny Tusk (Muza), książkę swojego autorstwa zapowiada autorka bloga Simplicite (wyda go Znak Literanova, idąc za ciosem). I na tym zapewne nie koniec.

Przyznam: do poradników (czy to drukowanych, czy publikowanych na blogach) mam stosunek z lekka schizofreniczny. Fascynują mnie jako zjawisko, od którego zarazem chciałabym trzymać się jak najdalej. Śledzę, co się w tej dziedzinie ukazuje, doceniam, gdy jest sensownie napisane, dziwuję się (to częściej) że w ogóle ukazało się drukiem,  lecz zarazem nie istnieje na tym świecie chyba nic, co mnie samą mogłoby skłonić do skręcenia w tę stronę – czułabym się jak ktoś, kto gra w nie swoim przedstawieniu. Nie potrafiłabym wczuć się w rolę „agony aunt” ze śmiertelną powagą dowodzącej innym, że należy zrobić to, a tamto już nie, dlatego, że nie uważam, by istniał jedyny słuszny przepis na życie (i że należy układać je wedle przepisów kreślonych przez innych), oraz że dorośli ludzie mają własny rozum pozwalający ocenić, co dla nich dobre. Również dlatego, że świat, który przypominałby wyłącznie minimalistyczne profile na Instagramie (także te, które lubię przeglądać), prezentujące monochromatyczne ubrania i sprzęty na tle wnętrz w stylu skandynawskim, które wyglądają, jak jedno studio wypożyczane na zmianę różnym osobom, byłby jednak strasznym miejscem.

Slow-Fashion-Modowa-rewolucja-obrazek_duzy_4061729[1]

Slow fashion. Modowa rewolucja” Joanny Glogazy jest przypadkiem odrębnym. O jego wartości stanowi autentyczność. Nie jest zbiorem powielanych w nieskończoność uniwersalnych prawd. Ma siłę, bo stoi za nią osoba, która od podstaw zbudowała własną markę. Drogę ku traktowaniu mody w nowy sposób przedstawia na przykładach z własnego życia, a historyczną ewolucję jej poglądów można prześledzić w archiwum bloga. Nie stosuje gładkich zwrotów, tak dobrze brzmiących w poradnikach, by wydać się odbiorcy mądrzejszą. Nie udaje, że jest idealna, że pod wpływem filozofii slow zmieniła się w pańcię o równo ułożonych włosach, w nieskazitelnym makijażu i stroju bez jednego pyłka, która założywszy nogę na nogę poucza innych, jaki kolor powinny mieć prześcieradła, by ich posiadacz mógł ubiegać się o glejt minimalisty. Szczerość podobna do tej, jaką cechuje Joannę, zadecydowała też o sukcesie bloga Garance Dore (która notabene też za moment wydaje książkę „Love/Style/Life”). Wskazówki z „Modowej rewolucji” są zdroworozsądkowe i konkretne, przetestowane przez autorkę na własnej skórze. Styledigger pisze otwarcie: nie ma uniwersalnych rozwiązań, zbioru magicznych formułek, dzięki którym szafa i życie stanie się nagle uosobieniem ładu. Pokazuje za to różne możliwości, na przykładzie drogi, którą sama przeszła – od blogerki zmieniającej stylizacje jak rękawiczki do świadomej swojego stylu młodej kobiety. Pokazuje, co sama  by zrobiła, dodając: każdy może znaleźć własny sposób. Joanna ma – jak to się kiedyś mówiło – głowę na karku, poczucie wartości, ale też zdrowy dystans do siebie. Mogłaby z powodzeniem dawać wykłady o tym, jak wziąć sprawy w swoje ręce i zmienić pasję w pracę zarobkową. Mam nadzieję, że kiedyś też o tym napisze, ośmielając do działania grono osób trochę od siebie starszych, tkwiących w miejscach, których mają dość, wykonujących zajęcia nie przynoszące im satysfakcji, bo wmówiły sobie, że tak jest rozsądnie, i boją się zacząć robić to, co naprawdę gra im w duszy.

magia-sprzatania-b-iext28374139[1]

Z rozreklamowaną książką Marie Kondo rzecz ma się inaczej. W książce tej jest jedna sensowna rada: gdy chce się coś uporządkować, zamiast szukać najpierw do odstrzału rzeczy, których się nie lubi, lepiej wybrać te, które się lubi i często nosi. A potem pozbyć się całej reszty. Sto procent psychologii: chętniej wykonujemy czynności przyjemne, niż przykre. I to by było na tyle.

Niestety, w „Magii sprzątania” tę prostą prawdę, która zmieściłaby się w dwóch zdaniach, obudowano szeregiem pustych konstrukcji słownych, rozciągniętych na blisko stu stronach. Woda leje się, a w niej płyną różne przydrożne znaleziska, myśli-śmieci. Czytając je, próbuję sobie wyobrazić wyznawczynie lub wyznawców metody Kon-Mari, jak otwierają szuflady, wyjmują z nich parę skarpetek i przemawiają do nich czule, gładząc materiał. Próbuję, ale nie wierzę, że komuś może choć na moment przemknąć przez głowę myśl, by potraktować tę radę serio. Skoro jednak byli tacy, którzy pili własny mocz licząc na samouzdrowienie, bo tak zalecił jakiś znachor, muszę założyć, że wszystko jest możliwe. Ostatecznie, dialog ze skarpetkami bywa mniej szkodliwy w skutkach.

Uprzedzając stwierdzenie, że „skoro książkę Marie Kondo kupiły miliony ludzi na całym świecie, coś musi w niej jednak być”, zupełnie do mnie nie trafia. Mc Donalds codziennie sprzedaje miliony buł bez smaku z mięsną wkładką, bo ludzie dali sobie wmówić, że w tym pseudopożywieniu jest coś fajnego.

Obrońcy „Magii sprzątania” argumentują, że dziwaczne aspekty „metody Kon-Mari” to egzotyczny element wzbogacający dzieło, wyrastający wprost z japońskiej kultury, tak samo jak inne, dziwaczne dla Europejczyków zjawiska: cosplayerki, salony pachinko, Wodne Dzieci, czy wiara w bóstwa zamieszkujące każdą piędź ziemi.

To ja wolę to wszystko, plus jeszcze Hello Kitty i tamagotchi, od ponownej lektury dzieła Japonki.

Reklamy
Otagowane , , , , ,