Z dużej chmury mały deszcz

Bardzo lubię Garance Dore i jej bloga. I jej rysunki. I zdjęcia. I filmy „Pardon My French”. I jej profil na Instagramie. I jej styl, ewoluujący z roku na rok w coraz bardziej ciekawym kierunku.

Warto to zaznaczyć na samym początku, bo teraz nastąpi ostrzeżenie przed wyrzuceniem lekką ręką w błoto ponad 50 zł. Ostrzeżenie, które i tak niewiele zmieni, bo „Love, Style, Life”, świeżo po światowej premierze, pewnie już  triumfuje także na listach bestsellerów w Polsce. Do czego – przyznaję ze smutkiem – sama dołożyłam cegiełkę, wydając wspomnianą kwotę na to, co zapowiadane było co najmniej od roku jako Książka, zamiast przejrzeć w księgarni i tam zostawić.

Dałam się nabrać, co jest zarówno smutne, jak i groteskowe, bo przecież doskonale wiem, jak działa promocyjna machina. Odwołania do Książki we wpisach na blogu. Meldunki o opuszczeniu przez Książkę drukarni, ekscytacja, kiedy Książka trafiła na księgarniane półki, zdjęcia na Snapchacie pokazujące moment odbioru pierwszych egzemplarzy Książki, pakiety z zestawem kosmetyków towarzyszące Książce, zapowiedzi spotkań autorskich….

Oszustwo doskonałe – nie pierwszy raz przecież. Wystarczy wspomnieć podręcznik stylu Ines de Fressange. Wydany pięknie, zawierający kilkanaście stron dość oczywistych porad plus całą masę reklamowych treści poświęconych wybranym sklepom, kawiarniom i barom.  

Czego więc spodziewałam się po blogerce – było nie było modowej – mógłby ktoś zapytać, przecież to nie było oczekiwanie na powieść  Myśliwskiego. Wiadomo. Nie spodziewałam się też po Garance głębokich, filozoficznych przemyśleń. Oczekiwałam jednak spójnej treści, w najgorszym razie zgrabnie napisanego pamiętnika traktującego o tym, jak nikomu nie znana dziewczyna z Korsyki przeistoczyła się w najbardziej bodaj znaną blogerkę i fotografkę zajmującą się modą. Podsumowania dotychczasowych doświadczeń życiowych czującej się wciąż młodo czterdziestolatki, z Francją i Nowym Jorkiem w tle. W ostateczności czegoś w rodzaju „Always Pack a Party Dress” Amandy Brooks, pełnego anegdot z modowego światka. Wydawało mi się, że Garance ma lekkie pióro, dystans do siebie i poczucie humoru, więc sprosta zadaniu.

Co dostałam? Nierówną składankę wpisów już publikowanych na blogu (dla kogoś może być to wartość, ja akurat mam negatywne skrzywienie na punkcie sprzedawania dwa razy tych samych treści jako nowość, co tyczy się też wszelkich książkowych składanek reportaży prasowych), paru banalnych porad, które można znaleźć w dziesiątkach „podręczników stylu”, kilku wspomnień z życia, podzielonych na sekcje zgodnie z tytułem, kilku rozmów z osobami, których styl Garance ceni, ujętymi w formie pięciu pytań i równie lakonicznych odpowiedzi, jak z podręcznika dla wtórnych analfabetów, których może zmęczyć lektura dłuższa niż kilka ilustrowanych zdań na stronie; oraz opartego na własnych doświadczeniach mini-poradnika miłosnego rodem z „Cosmopolitana”, w którym autorka streszcza w telegraficznym skrócie swój związek ze Scottem Schumanem, a także aktualnym partnerem i jeszcze kilkoma z przeszłości (bez pikantnych szczegółów, gdyby ktoś miał na nie nadzieję). Wszystko w atrakcyjnej oprawie graficznej. I gęstej otoczce reklamowej przysłaniającej rzeczywistą wartość książki. Jak supermarketowe perfumy sygnowane nazwiskiem którejś z aktualnych gwiazdek, których banalny zapach ulatnia się po kilkunastu minutach.

Jedyne, co się broni w tej publikacji, to opowieść o wyborach życiowych Garance dotyczących kariery, ujęta w formie jednego rozdziału – szczere opisy niełatwych decyzji, z przesłaniem, że nie warto słuchać innych, którzy wiedzą, co jest dla nas dobre, ale pójść za wewnętrznym głosem, podpowiadającym rozwiązania niekoniecznie opłacalne – i na przykład rzucić nudne studia wiodące do dobrze płatnego zawodu, by zostać rysowniczką. Tu jest ta mądrość czterdziestolatki, na którą liczyłam.

Nie pierwszy to też raz, kiedy przekonuję się, że lekkie treści, czytane w anglojęzycznym oryginale na blogu, w druku wypadają blado, ulatuje z nich nawet charakterystyczny dla Dore humor. W jakimś stopniu to pewnie kwestia tłumaczenia.

Realna lekcja, jaka płynie z tego doświadczenia, jest taka: nawet jeśli doskonale się wie, że istnieją Książki, książki i produkty książkopodobne, niezależnie od usiłowań wydawców próbujących nam wmówić równość tych wszystkich kategorii, bardzo łatwo dać się wkręcić, choćby z czystej sympatii do autorki. Potem czuje się niesmak. Do siebie. Lepiej było za te same pieniądze kupić dwie książki prawdziwe, zamiast zawyżać statystyki na listach bestsellerów czemuś, co nie ma z nimi wiele wspólnego i tym samym pośrednio przyczyniać się do regresu czytelnictwa. Dalej będę zaglądać na bloga Garance, popatrywać na jej zdjęcia i stylizacje, oglądać filmy. Ale to, co sprawdza się jako ulotna, internetowa forma, niech lepiej nią pozostanie. Drugi raz nie dam się skusić.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , ,

19 thoughts on “Z dużej chmury mały deszcz

  1. Tofalaria pisze:

    Rzadko zaglądam do „poradników stylu” itp. (i raczej w księgarni), ale skoro na marginesie przywołałaś Myśliwskiego, to tylko wspomnę, że niedawno koleżanka chciała wyrzucić jego książkę, bo jej nie podeszła, uratowałam ją i przygarnęłam na półkę i totalnie wciągnęłam się w zagmatwany świat „Widnokręgu” – moja nowa literacka miłość. 😉

  2. moreandlessblog pisze:

    Ale wylałaś na mnie wiadro zimnej wody! I dobrze 😛 Wczoraj czytałam bowiem bardzo pozytywną recenzję tej książki u Harel i tak jak nie kupuję raczej tego typu wydawnictw tak poczułam się mega zachęcona do zakupu tej książki! Dzięki za otrzeźwienie, poczekam jak zaczną ją wyprzedawać na allegro 😛

  3. Kamila pisze:

    Już miałam klikać „dodaj do koszyka” ale w ostatniej chwili zajrzałam do Ciebie, i jest 🙂 Dzięki, kupię za te pieniądze Książki.
    Pozdrawiam

  4. Sylwia pisze:

    Mnie już ostudził fragment czytany przez samą Garance „How to Not Fuck Up Your Hello”. Też lubię Garance, ale litości!!

    • Małgosia Okołów pisze:

      Dokładnie! Widziałam ten sam film i też mnie dosyć otrzeźwiło… Pomijając już, że dosyć specyficznie podchodzę do blogerów w formie książkowej, jak blog to blog.

  5. Eliza pisze:

    Hm, w życiu ważne są te rzeczy, które nadają mu sens, ale równie istotne to te, które nadają smak. Książka Garance należy do tych ostatnich 🙂

  6. Ola pisze:

    Mini pisz żesz częściej 🙂

  7. Agata pisze:

    Kupiłam książkę Garance Dore bardziej z sentymentu do autorki, oczekiwania miałam niezbyt wygórowane, ale że ją lubię… Przyznam, że dla mnie to wideo „How not… „, też było wiadrem zimnej wody. Garance poznałam dzięki felieton, które od czasu do czasu publikowała kiedyś we francuskim Vogue i zawsze były bardzo zabawne i to właśnie za poczucie humoru ją lubię.
    Nawiązując jeszcze do Twojego wcześniejszego wpisu, to chyba jestem jedną z niewielu osób, którym Slow Fashion Joanny Glogazy też się średnio podobała… Jak dla mnie to ta książka też powtarzała znane już treści, momentami miałam wrażenie, że czytam Sztukę minimalizmu w życiu codziennym D. L. Wydaje mi się, że napisanie oryginalnego poradnika, to po prostu bardzo trudne zadanie, ponieważ poszukiwanie własnego stylu zazwyczaj przebiega tą samą drogą, zwłaszcza jeśli przy okazji zahaczamy o minimalizm. Trudno nie uderzyć w tym temacie o banał… a uciekanie przed nim też może mieć różne dziwne konsekwencje ;).
    Muszę też dodać, że Myśliwskiego uwielbiam!
    🙂

  8. Anna pisze:

    Mam pytanie troche z innej beczki, a mianowicie chciałam Cie zapytać o przemyslenia zwiazane z minimalizmem, a w szczególności posiadaniem małej ilości rzeczy za to dobrej jakości. Jak to się sprawdza u Ciebie długofalowo?
    Jestem ciekawa bo ja mam taki problem że kupuję dobre jakościowo rzeczy, które nudzą mi się po 2-3 sezonach. Rzeczy są jeszcze dobre, to klasyki, jednak po 3-4 latach są już lekko nieaktualne (w sklepach są nowocześniejsze fasony, materiały). Takich rzeczy szkoda wyrzucic, jako uzywane sprzedają się słabo i jest z tym dużo zachodu, leżą więc w szafie. A ja mam ochotę i kupuję nowe, chcę odświeżyć wizerunek. Czy ma więc sens inwestowanie w ubrania i dodatki, np torby (bo w buty chyba najwiekszy jest sens ze wzgledu na wygodę).
    Pozdrawiam,
    Ania

  9. shelovesclassic pisze:

    Dlaczego inna czcionka? 😮

  10. Ola pisze:

    Witaj, właśnie zagościłam przypadkiem na Twoim blogu…i zostałam dobrych kilka godzin, czytając wpisy z archiwum. Jestem pod ogromnym wrażeniem, gdyż tematyka jest mi bliska, a sposób w jaki piszesz bardzo mi odpowiada. będę wracać tu regularnie. Pozdrawiam Cię serdecznie!

  11. simplifepl pisze:

    Jest ostatnio jakaś taka tendencja do promowania książek we wszystkich możliwych mediach (blog, facebook, instagram) tylko dlatego, że są modne. A wcale nie niosą za sobą żadnych wartości. Trochę dziwna to plaga, nagle jedna i ta sama książka pojawia się na wszystkich zdjęciach. Tak samo było zresztą z książką Garance, której na szczęście nie kupiłam 🙂

  12. Domi pisze:

    Dziekuję za tę recenzję, bo właśnie miałam sobie zrobic prezent świateczny, w końcu Garance podziwiam od dawna

  13. Dorota pisze:

    Dzięki Bogu za ten tekst, już myślałam, że to ze mną coś nie tak jest, bo do tej pory czytałam same recenzje opiewające książkę Garance. Przed kupnem jej uratowała mnie przyjaciółka, która zaopatrzyła się w nią pierwsza i zdecydowanie odradziła wydawanie na nią 50 zł. Książka bardzo mnie zawiodła, jest banalna i infantylna. Porady żenujące. Treść niespójna. Spodziewałam się czegoś zdecydowanie oryginalniejszego. Po tej „lekturze” zrezygnowałam nawet ze śledzenia jej bloga. Pozdrawiam.

  14. Kasia pisze:

    Przeczytałam. Chciałam od początku, bo bardzo lubię teksty Garance na blogu i wiedziałam, że żadna recenzja deprecjonująca tę książkę mnie nie przekona. I tak:
    – graficzna oprawa, nagromadzenie czcionek i kolorów doprowadzało mnie do szału

  15. Kasia pisze:

    Przeczytałam. Chciałam od początku, bo bardzo lubię teksty Garance na blogu i wiedziałam, że żadna recenzja deprecjonująca tę książkę mnie nie przekona. I tak:
    – graficzna oprawa, nagromadzenie czcionek i kolorów doprowadzało mnie do szału
    – podobnież banalne wnioski z historii miłosnych
    – jednak ciekawe były dla mnie historie upadków i wzlotów oraz ścieranie się z sobą samą o samoakceptację – lubię prawdziwe historię prawdziwych ludzi. Prawda jest najciekawsza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: