Monthly Archives: Luty 2016

Ma, czyli przestrzeń

Gdy codzienność, polegająca na nieustannym zabieganiu, robieniu kilku rzeczy naraz, nieustannym byciu podłączonym i poganianym przez piętrzące się obowiązki, zaczyna nużyć, przypomina się japońska koncepcja „ma” (wyrażana jednym znakiem, który równa się słowu). Ideogram powstały z dwóch znaków – jeden oznaczał księżyc, drugi bramę. Nieprzypadkowo, bo wyrażał moment, w którym światło księżyca przesącza się przez uchylone drzwi. „Ma”, jak to bywa z japońskimi wyrazami, ma kilka równorzędnych i bliskich sobie znaczeń, które po polsku można by wyrazić jako „przestrzeń” (w rozumieniu wolnego miejsca – np. zostawić sobie odrobinę przestrzeni lub dać komuś przestrzeń), „odstęp”, „dziura”, „pauza”, a nawet „oddech”. Tylko – i tu już zaczynają się schody – nie chodzi o odstęp, wolne miejsce w sensie fizycznym, w przestrzeni, lecz w świadomości, w wyobraźni osoby, która doświadcza wszystkich elementów jakiejś przestrzennej kompozycji. Czasem definiuje się „ma” jako „negatywną przestrzeń”, nie w sensie naznaczenia jej złem, ale zaprzeczenia, kontrastu dla pozostałych elementów obrazu.

Kanji-for-MA

Na przykładzie: wyobraźmy sobie wypowiedź człowieka, który świadomie operuje słowem, choćby aktora wygłaszającego istotne kwestie. W jego wypowiedzi „ma” będzie przerwami, chwilami ciszy między poszczególnymi wyrazami lub częściami zdania, niezbędną do tego, by mogły mocniej wybrzmieć.  Idealnie ujęła to Sophia Coppola w tytule filmu „Między słowami”. Podobnie w muzyce – chwile przejścia między dźwiękami, idealne ich dopełnienie. Na obrazie – niedorysowanie, puste miejsca. W gestach – chwila zatrzymania między dwoma pokłonami. Przerwa na herbatę. „Ma” bliskie jest buddyjskiej koncepcji pustki, nic dziwnego – wyrasta z kultury zen. Jak w tym fragmencie starego wiersza:

„Ściany z oknami i drzwi tworzą dom,

ale to przestrzeń między nimi jest esencją domu”.

W tradycyjnej kulturze i estetyce japońskiej, gdzie bardziej ceni się to, co nietrwałe, ulotne, odległe od perfekcyjnego ideału, a niedopowiedzenie jest pożądanym efektem artystycznym, istnienie „ma” jest oczywiste.

My, Europejczycy, nie doceniamy znaczenia „ma”, dlatego w naszych językach nie istnieje dlań precyzyjny odpowiednik. Ale coraz częściej za nim tęsknimy.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , , ,

Na życzenie

Nawet takie kapryśne autorki jak ta tutaj, publikujące z rzadka mimo obietnic i samozobowiązań, od czasu do czasu rusza sumienie i żeby już całkiem się nie skompromitować, starają się zamieścić jakiś wpis skrojony pod oczekiwania czytelników. A ponieważ kilkakrotnie w komentarzach przewijał się temat, który można określić jako „minimalizm a kosmetyki”, który na dodatek całkiem przyjemnie koresponduje z poprzednią notką, wyjdźmy zatem naprzeciw.

Z góry zastrzegę: nie mam pojęcia, czym jest minimalizm w tej materii i czy moja „kosmetyczna rutyna” takowe kryteria spełnia. Daleko jej zresztą do takich aspiracji. Faktem jest natomiast, że po latach prób i błędów chyba dobrnęłam wreszcie do stanu, w którym wiem, co mi sprzyja, a czego lepiej unikać, i tego pierwszego staram się trzymać. Minęły też już czasy taszczenia w podróż kufrów wypełnionych kosmetykami na każdą możliwą okoliczność i gromadzenia w ilościach hurtowych kremów do przetestowania, które potem lądowały przeterminowane w koszu. Jak również lakierów do paznokci, skoro przecież i tak sama porządnego manikiuru nie zrobię – zawsze korzystam z usług salonu OPI, bo w przeciwieństwie do Essie, efekt nie znika po dwóch dniach (podobno to, czy lubisz się z Essie, czy z OPI, zależy od rodzaju płytki paznokcia).

Makijaż: Od paru lat wierna jestem firmie MAC, o której słyszałam wcześniej wiele dobrego. Zaczęłam od wizyty w jednym z salonów i dobrania zestawu kosmetyków do typu i koloru skóry – standardowa i bezpłatna usługa. Wcześniej jakoś wstyd był, zupełnie niepotrzebnie – przypuszczam, że zaoszczędziłoby mi to trochę środków wydanych na eksperymentowanie z podkładami, dzięki którym moja twarz w świetle dziennym przybierała zbyt mączną albo – dla odmiany – trochę za bardzo pomarańczową barwę. Okazało się, że najlepiej pasuje do mnie Studio Fix Fluid w kolorze NC20, puder w odcieniu Medium i korektor pod oczy Mineralize Concealer NW20. Szminkę idealną, po wielu poszukiwaniach, też znalazłam w MAC, i jest to odcień Ruby Woo. I to właśnie, plus róż z Inglota (numer 95) oraz masła do ust Body Shop (z masłem shea) składa się na codzienną zawartość mojej kosmetyczki. Gwoli szczerości dopełniają ją jeszcze pęseta, awaryjny krem do oczu (których malować nie mogę, bo mam niestety uczulenie dosłownie na wszystko), maść do oczu z witaminą A, która sprawdza się też w mroźne dni jako ratunkowa maść do twarzy, oraz zovirax.

Pielęgnacja: tutaj, po latach miotania się między różnymi wymyślnymi i niekiedy bardzo drogimi, a „naturalnymi”, „polskimi” kosmetykami, za sugestią własnej skóry postawiłam na kremy Vichy. Stosuję na zmianę kilka, na dzień Idealia, na noc Idealia Skin Sleep albo Aqualia Thermal oraz przeciwzmarszczkowy Liftactiv. Zimą na dzień – Vichy Nutrilogie 2, świetnie chroni skórę przed przesuszeniem. Pod oczy – też Vichy, krem do oczu Liftactiv. Każdy ma swoje dziwactwa, ja na przykład codziennie rano masuję sobie twarz kostką lodu z zamrażarki i szczotkuję taką małą szczotką z Muji.  W sumie banał, zważywszy na to, co można w tej materii wymyśleć. Od paru lat nie myję też twarzy wodą, co bardzo poprawiło mi cerę – tylko tanie jak barszcz i bardzo dobre mleczko Ziaja, a potem tonik do cery suchej i mieszanej tej samej marki. Pod ręką trzymam też maść Benzacne. Na szaleństwa pozwalam sobie za to w różnego rodzaju szamponach (oczywiście podpierając to teorią, że podobnie jak przy kremach, lepiej myć włosy różnymi szamponami na zmianę, zwłaszcza gdy robi się to codziennie, bo organizm się przyzwyczaja i słabnie ich działanie) oraz  kosmetykach do kąpieli, chociaż w tym przypadku też, jak przystało na ograniczoną konsumentkę, mam swoje stałe typy. Na przykład oliwkowe żele pod prysznic Body Shop albo francuską serię Le Petit Marseillais. Z szamponów lubię Green Pharmacy, rosyjską serię dostępną w sklepach z kosmetykami ekologicznymi (bodajże pod nazwą szampony babuszki Agafii), szampon do włosów farbowanych, oraz nieśmiertelne czerwone Vichy. Do pielęgnacji włosów używam też siemienia lnianego (raz na tydzień zagotowuję siemię i potem nakładam na około pół godziny na włosy), jem też siemię zmielone i widać efekty. Dawniej próbowałam mikstury z jajkiem i naftą kosmetyczną, ale za bardzo wysuszała skórę głowy. Do rozczesywania specyfik z Kiehls (ze słonecznikiem albo do włosów zniszczonych), który sprawia, że włosy nie plączą się podczas czesania, i pianka Schwarzkopf. I jeszcze balsam do ciała, też z masłem shea Body Shop, nieoceniony zwłaszcza zimą.

Trudno się dziwić, że modlę się, żeby wyżej wymienione firmy nie zatrudniały genialnych strategów, który postanowią odświeżyć wizerunek marki albo udoskonalić recepturę, albo jak zwał tak zwał, w każdym razie sprawić, że moje sprawdzone, solidne produkty znikną ze sprzedaży, a pojawią się nowe, szeroko reklamowane i jakoś dziwnym trafem gorsze. Tak było z Body Shopem, który kilka lat temu z niewiadomych powodów wycofał z Polski mój ulubiony wosk do włosów z woskiem pszczelim – Beeswax Texturising Wax. Na szczęście w jednym ze sklepów, gdzie dopytywałam o niego, sprzedawczyni zgromadziła profilaktycznie zapasik wycofywanych kosmetyków i odsprzedała mi kilka pudełek po regularnej cenie. Próbowałam znaleźć wobec niego alternatywę, niestety wszystkie, jakie oglądałam w drogeriach, miały zbyt tłustą albo wodnistą konsystencję. Na szczęście produkt ciągle jest w sprzedaży w Wielkiej Brytanii, więc trafiając tam czasem, rozwiązuję problem poprzez hurtowe zakupy albo zamówienia na brytyjskim eBayu. Plusem jest to, że jedno opakowanie starcza co najmniej na pół roku.  Nuda!

Otagowane , , , , , , , ,