Noworocznie

To będzie historia ludzi, których dobrze znam; historia, którą przypominam sobie, gdy czasem przestaje się chcieć – zamiast noworocznych podsumowań, list i planów.

On i ona – przedstawiciele inteligencji, związani ze środowiskiem akademickim. Przykład awansu społecznego w drugim pokoleniu – poznali się w dużym mieście, do którego oboje przyjechali na studia.

On był bardzo zdolny i pracowity; wróżono mu akademicką karierę. Ona, młodsza o kilka lat, trafiła jako studentka na uczelnię, gdzie pracował jako asystent. Nie wybierała tego kierunku studiów z pasji. Chciała robić w życiu zupełnie coś innego, ale gdy nie dostała się na wymarzony kierunek, rozczarowani rodzice postawili ultimatum: albo idziesz do pracy, albo próbujesz zdać na studia, które zapewnią ci lepsze perspektywy. Po roku, który przepracowała z konieczności jako ekspedientka w przydomowym sklepie, złamała się i postanowiła spełnić oczekiwania rodziców. Wzorem miała być dla niej starsza siostra, ulubienica mamy, realizująca się w zawodzie zapewniającym społeczny prestiż i wysokie zarobki.

Studia nie interesowały jej kompletnie; byłyby porażką, gdyby nie poznała przyszłego męża. On dbał o to, żeby przeszła przez nie możliwie bezboleśnie. Pomagał w przygotowaniu się do zajęć, poprawiał prace. Zaprotegował ją kolegom, dzięki czemu po dyplomie dostała propozycję pozostania na uniwersytecie.

Trudno powiedzieć, czy chciała spełniać się w tradycyjnej roli: matki i żony. Raczej nie, zważywszy na jej młodzieńcze marzenia: dostać się do szkoły teatralnej, oblatywać świat jako stewardessa. Ale wpojone przez innych przekonania były zbyt silne, by poszła własną drogą – kiedy tylko zaczynała rozmyślać o tym, jak mogłoby potoczyć się jej życie, wewnętrzny kontroler, którego głos do złudzenia przypominał głosy rodziców, odzywał się natychmiast, przywołując ją do porządku: Tak trzeba! Mąż tymczasem dbał o to, by niczego jej nie zabrakło. Brał dodatkowe prace, udało się mu zdobyć przydział na mieszkanie, doceniano go jako młodego, dobrze zapowiadającego się naukowca. Porządny, dobrze wychowany, troskliwy, lekko naiwny i zapatrzony w nią chłopak. Ideał.

Szybko zaczęło ją to nudzić. Nie czuła się szczęśliwa. Próbowała wdawać się w romanse, ale wycofywała się zawsze w ostatniej chwili z obawy, że on dowie się i cały dotychczasowy komfort, oparty na jego staraniach, pryśnie: będzie musiała wrócić do rodzinnego domu i znów usłyszy, jaka jest beznadziejna. Zaszła w ciążę, potem w drugą, choć wiedziała, że nie nadaje się na matkę. Dzieci – dwie dziewczynki – stały się kolejną kulą u nogi. Nie miała do nich cierpliwości. Nie próbowała nawet udawać, że okazuje im uczucie. Ulokowała za to w nich wszystkie ambicje, jakie kiedyś pokładano w niej samej. Miały iść z góry wyznaczoną ścieżką – te same studia, kariera naukowa, jak ojciec. Nic to, że na pierwszy rzut oka było widać, że zupełnie nie mają do tego zdolności, o zainteresowaniu nie mówiąc.

Często nie chciało się jej nawet wstawać. Ciążyła codzienna rutyna. Najprawdopodobniej miała depresję, tylko wychowano ją w czasach, kiedy nie przyznawano się do takich schorzeń, bo wizyta u psychiatry groziła stygmatyzacją. Bała się zasnąć, więc przesiadywała do późnych godzin nocnych, a potem odsypiała do południa – zwłaszcza w dni, kiedy mąż wyjeżdżał służbowo. Czuła się niepotrzebna, zapomniana. Uzależniła się od środków nasennych. W domu panował rozgardiasz, dzieci zajmowały się same sobą.

Czasem odwiedzała ich rodzina męża. Matka i siostry popatrywały na ten stan rzeczy z przerażeniem; gdy któraś odważyła się zwrócić jej uwagę, zerwała z nimi kontakty. Gdy on wyjeżdżał do rodzinnego domu, po powrocie miał gwarancję awantury, a następnie cichych dni. Jeździł więc jak najrzadziej, by nie rozdrażniać żony – naprawdę zależało mu na jej dobru, a przecież tak poświęcała się dla domu, godząc jego prowadzenie z pracą na uniwersytecie. Dzieci rosły w przekonaniu, że rodzina taty jest dziwna, chytra, nieżyczliwa.

Wtedy nastąpił rodzinny dramat: starsza córka niespodziewanie zbuntowała się przeciw zaplanowanej dlań ścieżce. Wyprowadziła się z domu, zamieszkała z nieakceptowanym przez rodziców chłopakiem. Zdała na studia, które mogły gwarantować jej wyłącznie bezrobocie. Ona walczyła o duszę niewdzięcznej jak lwica, a wszystko przecież w dobrej wierze, wyłącznie ze strachu, że poniesie porażkę, nie poradzi sobie w najeżonym niebezpieczeństwami świecie. Nie udało się. Mąż pomagał w walce, jak umiał, bo szczęście żony było wciąż dla niego najważniejsze i też obawiał się o przyszłość córki. Jego krewni, jak zwykle, nie zawiedli: stanęli po stronie młodej, ba, nawet odważyli się dzwonić z kazaniami, by dano jej spokój, pozwolono nacieszyć się młodością, puszczono własną drogą. Musiał wybierać: albo lojalność wobec dawnej rodziny, albo wobec żony. Wybrał żonę. Przecież ją kochał. Z miłości dla niej zrezygnował z wyjazdu na zagraniczne stypendium, bo ona bała się, że nie poradzi sobie w obcym kraju, a sama zostać nie chciała. Pogodziwszy się z utratą jednej córki, całą energię ulokowała w drugiej dziewczynce – i w mężu. Teraz nie opuszczał jej lęk, że oboje też odejdą – ona pójdzie w ślady siostry, on znajdzie sobie kogoś młodszego, energiczniejszego, bardziej otwartego na świat. Myliła się – mąż był do niej już tak przywiązany, że nie wyobrażał sobie innego życia.Dla niej rozluźnił nawet więzi z własną rodziną. Zrywali też kontakty z innymi znajomymi – zawsze ktoś powiedział coś, co jej nie odpowiadało, spojrzał krzywym okiem, wydał się dziwny. Jego akcje na uniwersyteckiej giełdzie systematycznie traciły wartość. Nie rozwijał się, prześcigali go młodsi, mniej zdolni, ale bardziej wytrwali koledzy. Kiedyś marzył o naukowym odkryciu, którym zapisze się w pamięci przyszłych pokoleń.  Lubił też wycieczki w góry, uprawiał sporty, chętnie wyjeżdżał poznawać nowe miejsca, ciągle go nosiło. Teraz odbębniał zawodowe obowiązki, czasem brał zlecone prace, które niezmiennie wykonywał na ostatnią chwilę, bo nie chciało się mu do nich zabrać. Plany o naukowych odkryciach porzucił. Wracał do domu, wypełnionego narzekaniami, jakby zanurzał się w jakiejś lepkiej, ale znajomej i przez to bezpiecznej substancji. Teraz miał nadzieję, że młodsza córka, która posłusznie poszła tą samą studencką ścieżką co rodzice, zrealizuje kiedyś pokładane w niej ambicje.

Minęło sporo lat, a oni żyją nadal tak, jak żyli, tylko jeszcze bardziej odcięli się od świata. Od dawna nie podróżują, nigdy nie wyjechali za granicę. Ona już nie pracuje, skorzystała z szansy wcześniejszego przejścia na emeryturę. On pracował, ale unieruchomiła go na długo ciężka choroba, która pochłonęła część gromadzonych przez lata oszczędności z myślą o zabezpieczeniu się na przyszłość. Nie mają już prawie żadnych bliskich znajomych, tylko sąsiedzi, z którymi utrzymują kurtuazyjne relacje. Tak też czasem trafiam do nich i ja – po każdej wizycie długo muszę otrząsać się ze smutku, jaki wypełnia ich dom, po którym snują się oboje w rozwleczonych, starych dresach. Niezależnie od pory roku i dnia jest tam ciemno, zamkniętych szczelnie okien chronią kraty, w umeblowanych, ale nie wykorzystywanych pokojach piętrzą się składowiska rzeczy, które przecież mogą się kiedyś przydać. Ona nie ma już siły sprzątać – tłumaczy się za każdym razem, wyjaśniając, czemu znów zaprasza gościa do wypełnionej po brzegi przedmiotami ciasnej kuchni, nie przejmując się stołem zastawionym brudnymi naczyniami, zapasami jedzenia i opakowaniami leków. Całą energię poświęca na zajmuje się nim troskliwie, pilnując, by brał regularnie medykamenty i uważał na siebie. Trudno się dziwić, że on jest jej za to wdzięczny i pyta o zgodę nawet wówczas, gdy chce wyjść po zakupy do pobliskiego sklepu. Zapomniał już, jak to jest cieszyć się życiem. Dobra córka wytrwale pracuje, mieszka z rodzicami. Jest posłuszną i mądrą, tylko może trochę zbyt zamkniętą w sobie dziewczyną. Nie założyła rodziny, nie ma przyjaciół. Żaden z kandydatów nie prześlizgnął się przez wyśrubowane sito matczynej selekcji.

Niedawno spotkał rówieśnika, kolegę ze studenckich lat, z którym razem planowali podbój świata. O koledze pisano niedawno w gazetach z okazji jubileuszu prywatnej uczelni, którą zbudował od zera. – Co u ciebie? – usłyszał. „Może jeszcze jutro zabiorę się do pracy” – przemknęło mu znienacka przez myśl, ale kolejna refleksja brzmiała: „Nie ma mu czego zazdrościć. Najważniejsze, że jakoś żyję i jestem bezpieczny”.

Reklamy
Otagowane ,

12 thoughts on “Noworocznie

  1. Nie wiem czy dobrze zrozumiała, ale to jakaś wyniszczająca, toksyczna miłość. Podcięła tym obojgu skrzydła. A jakiż to kierunek studiów miał zapewnić matce i córce prestiż i pieniądze? ps.świetnie opowiedziana historia

    • minimalplan pisze:

      Dokładnie. Sporo jest takich historii wokół nas, dla mnie jest ona przede wszystkim przypomnieniem, żeby dążyć do realizacji własnych marzeń i celów i nie pozwalać innym kierować swoim życiem. Bo inaczej człowiek ani się obejrzy, a obudzi się w tej kuchni zawalonej gratami 😉 Ze względu na prywatność bohaterów nie chcę podawać niektórych szczegółów.

  2. zagubiony omułek pisze:

    najbardziej przerażające jest w tym wszystkim to, że osoby skrzywdzone, wtłoczone w jakiś schemat przez kogoś, krzywdzą w ten sam sposób kolejne osoby („dla ich dobra”) i ten łańcuch nieszczęść nie ma końca…

  3. Mallu pisze:

    Dziękuję za tę historię. Myślę że problem jest też taki że wiele osób wtłoczonych z różnych powodów w takie schematy nawet nie wie jakie ma marzenia i co lubi lub czego chce. Smutne…

  4. Ania pisze:

    Niesamowity tekst, i właśnie w ten sposób czasami całe życie schodzi, nie wiadomo kiedy i z kim, robiąc nie to, co by się chciało. Bez sił, bez pozytywnych emocji. Wtłoczeni i stłamszeni.

    • minimalplan pisze:

      Tak, choć z drugiej strony nie wiemy wszystkiego – tak wygląda ta historia widziana oczami moimi lub kogoś innego z zewnątrz; można natomiast założyć też taką opcję, że bohaterowie w jakiś sposób – którego my nie rozumiemy – czują się w tym układzie szczęśliwi. Każdy ma wybór…

  5. Anna pisze:

    Koszmarna historia… znam podobne o jeszcze gorszym zakonczeniu… corka trafila do psychiatryka. Latwo mowic ale nie jest to proste aby przeciwstawic sie rodzicom, rodzinie i robic swoje…

  6. Eliza pisze:

    A czy Twoi znajomi wiedzą, że opisałaś ich historię?

  7. Marta pisze:

    Przepraszam za komentarz oderwany od powyższego tekstu, ale muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tego, o czym i w jaki sposób Autorka pisze na blogu. Z przyjemnością odkrywam kolejne teksty i za każdym razem jest to dla mnie ogromna przyjemność.
    Życzę dużo czasu na pisanie w nowym roku ;>

  8. Marta pisze:

    Przepraszam za komentarz oderwany od powyższego tekstu, ale muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tego, o czym i w jaki sposób Autorka pisze na blogu. Z przyjemnością odkrywam kolejne teksty i za każdym razem jest to dla mnie ogromna inspiracja*.
    Życzę dużo czasu na pisanie w nowym roku ;>

  9. iwona pisze:

    Bardzo smutna historia, ale wszystko wygląda trochę inaczej, jak się pożyje trochę lat i nie jest się już młodym (bo wtedy wydaje się, że wszystko przed nami, że na wszystko jest czas i że mamy nieskończone możliwości). Otóż nie każdy w młodym wieku wie, co będzie chciał robić jak będzie miał 40 lat. Nie każdemu udaje się robić w życiu to, co chce, i nie zawsze to od niego zależy. Ja się nauczyłam nie rozpamiętywać (utraconych szans, innego, tzw. lepszego życia). Bo inaczej skończy się jak u ludzi z artykułu. Sztuką jest cieszyć się życiem pomimo okoliczności, zaakceptować przeszłe decyzje, które zaważyły na takim a nie innym życiu, jakie mamy teraz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: