Monthly Archives: Kwiecień 2017

Minimalizm to nie bajka

Pytanie: „co daje minimalizm?” bardzo często przewija się w Internecie. Sam światopogląd określany tym mianem przeobraził się w ciągu ostatnich kilku lat z niszowej filozofii w modny styl życia, więc każdy aspirujący do miana minimalisty pragnie wiedzieć zawczasu, jakie korzyści zyska z ewentualnej konwersji. Bo przecież muszą to być same plusy – wystarczy wdrożyć kolejne kroki z listy „10 sposobów na to, aby zostać minimalistą….” i już za rogiem czeka świetlana przyszłość, dokona się magiczna Przemiana.

Pozwolę sobie trochę zburzyć ten optymizm. Mój punkt widzenia można oczywiście zakwestionować, bo od początku istnienia bloga nie definiowałam się jako minimalistka, lecz ktoś, kto przygląda się temu zjawisku  – przygląda niemal od samego początku, z sympatią, zaciekawieniem, zgadza się z wieloma spostrzeżeniami, a przy okazji niektóre z nich stara się przełożyć na własne podwórko, własny „minimal plan”. Nie lubię etykietek, obce są mi też ekstrema, uważam je za niezdrowe. Obsesyjne liczenie posiadanych rzeczy, by nie wyjść poza jakąś z góry ograniczoną ich liczbę, narzucanie sobie ograniczeń w rodzaju roku bez zakupów albo monochromatycznej palety kolorów w najbliższym otoczeniu – też nie dla mnie. Szanuję, podziwiam, ale wolę stopniową ewolucję. Bo taka też – pod wpływem wspomnianych lektur, rozmów ze zwolennikami minimalizmu i prostego życia, a także własnych przemyśleń – dokonała się przez te lata i we mnie. Stąd zakładam, że znam już całkiem nieźle temat z autopsji.

A zatem: opowieści o tym, jak to wystarczy przystać do grona minimalistów i błyskawicznie wszystko się układa, można włożyć między bajki. Są warte tyle, co slogany różnych podejrzanych guru oferujących natychmiastową receptę na wszystkie schorzenia ducha i ciała. Jeśli rzeczywiście zaintryguje cię ten sposób myślenia i zaczniesz powoli stosować wynikające zeń wnioski do własnej codzienności, nawet na najbardziej powierzchownym i podstawowym poziomie, jak rezygnacja z nadmiernej konsumpcji i pozbycie się części nagromadzonych przedmiotów – przygotuj się, że raczej na pewno będzie bolało. Będzie momentami trudno. Nie jak w kolorowych reklamach.

Możesz oczywiście zatrzymać się na wyrzuceniu części rzeczy z szafy, uporządkowaniu mieszkania i skompletowaniu niezawodnej garderoby. Ale jeśli działasz tak z wewnętrznej potrzeby, a nie tylko ze względu na modę, szybko zauważysz u siebie niepokojące objawy.

W miarę jak redukujesz stan posiadania, dociera do ciebie, co było zbędne, a co jest najcenniejsze – najpierw w odniesieniu do rzeczy. Zaczynasz zastanawiać się nad swoim stylem – co ci się podoba i zawsze podobało, a co wręcz przeciwnie, dlaczego tak jest. Krok po kroku rezygnujesz z wielu rzeczy, które kupowałaś i nosiłaś, albo tylko kupowałaś, bo widziałaś je u innych. Zaczynasz czerpać inspiracje z wewnątrz, rozpoznawać, w czym dobrze się czujesz.

Jednocześnie zaczynasz też zastanawiać się nad innymi kwestiami, nad swoim całym życiem. Coraz częściej zatrzymujesz się i myślisz. Nie chowasz się za nieustannymi aktywnościami, jak praca do upadłego, przesiadywanie godzinami w Internecie czy kupowanie na poprawę humoru. Czyścisz głowę z nadmiaru bodźców i myśli, żeby dojść do tego, co najważniejsze. W końcu stajesz przed sobą w całkowitej szczerości. Odpadają różne warstwy, które po drodze nazbierałaś. Od ludzi, którzy ci imponowali, których chciałaś naśladować, którzy zafascynowali cię przez chwilę, i inne, które trafiły ci się przypadkiem. Przestajesz być posklejana z różnych kawałków. Zewnętrznie przekłada się to na różne sfery. Niektórzy wracają do naturalnego koloru włosów, przestają chować się za maską z mocnego makijażu i krzykliwych strojów, odkrywają naturalne kosmetyki, zaczynają dbać o to, co jedzą, unikać toksyn.

Coraz częściej zadajesz sobie pytanie, co jest dla ciebie najważniejsze. Co chciałabyś, aby po tobie zostało, jak chcesz być zapamiętana, co zawsze chciałaś najbardziej robić. Z jakimi ludźmi spędzić resztę czasu, jaki ci jeszcze pozostał. Dociera do ciebie, że nie jest nieograniczony ani twoje zasoby – fizyczne i intelektualne – też kiedyś się wyczerpią, więc warto wykorzystać je najlepiej. Gdy już znajdujesz odpowiedzi na powyższe pytania, odcinasz najmniej istotne również w sferze niematerialnej. Rezygnujesz z części znajomości, niektóre same się rozwiązują. Zaczynasz słuchać reakcji swojego organizmu – na ludzi, miejsca, sytuacje, do których nie przystajesz. Stajesz się bardziej świadomą, pewną siebie osobą – niektórych to odstrasza, inni już cię nie rozumieją. W ich miejsce przybywa innych, którzy też zadali sobie pewne pytania i zyskali wgląd.

I chyba najważniejsze: nadal wiele rzeczy budzi lęk, ale nie kierujesz się już lękiem.

3742bac652387ea811317553194365b3

Źródło: Pinterest

Tym sposobem pierwszy, podjęty dawno temu krok – banalna z pozoru decyzja o oczyszczeniu szafy – może doprowadzić do naprawdę poważnych zmian. Może to być wielomiesięczna podróż przed siebie, bez planu. Może zmiana pracy. Może rezygnacja z dotychczasowej na rzecz czegoś, co zawsze chciało się robić, ale lęk i opinie innych paraliżowały, by temu się  w pełni poświęcić. Może zmiana w związku, nowy związek albo wybór samotności. Oczywiście zainteresowanie filozofią minimalizmu, esencjalizmu, prostego życia, slow – jak zwał, tak zwał – nie jest jedynym prowadzącym na tę drogę czynnikiem. Podobnie działa praktyka jogi, medytacja, odkrycie ulubionego sportu i systematyczne go uprawianie, czy też znalezienie czasu na regularny wysiłek fizyczny. Jeśli angażuje się w nie na minimalistycznej ścieżce, wyjątkowo dobrze z nią współgrają. Dzieją się dziwne rzeczy: ktoś wraca po zajęcie, o którym zapomniał od czasów liceum, ktoś rezygnuje z mediów społecznościowych, ktoś zapisuje się do lokalnego stowarzyszenia, żeby wspierać swoich sąsiadów, jeszcze ktoś – decyduje na macierzyństwo kosztem nowych zawodowych wyzwań, ktoś inny – wręcz przeciwnie, wreszcie decyduje się poprosić o podwyżkę albo awans. Po drodze napotyka się na wiele raf, bo zmiana boli jak uwalnianie się z ciasnego pancerza. Ktoś się obrazi, ktoś inny wyśmieje, z kimś popadnie się w konflikt.

Nie zawsze odbywa się to radykalnie. W moim przypadku proces był stopniowy. Na przykład w sferze zawodowej najpierw świadomie zamknęłam jeden etap, wiedząc, że nie chcę się nim zajmować – ale bez desperackich ruchów w rodzaju rzucania dotychczasowej pracy na etacie; pracowałam nadal, jednocześnie, będąc już po przedefiniowaniu swojego życia – sięgnięcia w głąb i przypomnienia sobie, co zawsze chciałam robić – szłam małymi krokami w tym kierunku.

Potem, nie rezygnując z tej wybranej, najważniejszej drogi, podjęłam na parę lat inne, nowe, też interesujące wyzwanie, mniej angażujące czasowo niż poprzednia praca. Najpierw na cały etat, potem na pół etatu, by kilka miesięcy temu przekonać się ostatecznie, że nie nadaję się już do hierarchii, biurokracji, różnego rodzaju struktur. Że najważniejsza jest dla mnie wolność i niezależność. Że chcąc osiągnąć coś w obszarze, który uznałam za priorytetowy, muszę poświęcić mu więcej czasu i uwagi. Trzeba było się puścić; inaczej wciąż przebierałabym nogami, tkwiąc w tym samym miejscu. Tak zaczyna się nowe. Trzymajcie kciuki.

Otagowane , , , , , , , , , ,