Jak rzucić etat i przeżyć, część 1

Zainteresowanie filozofią minimalizmu, prostego życia, slow life – czy jak je zwał – początkowo sprowadzające się do przeglądu stanu posiadania, stopniowo pociąga za sobą zmiany na głębszym poziomie. Jedną z nich, na skutek zadawania sobie podstawowych pytań, może być zmiana lub porzucenie wykonywanej pracy. Zachęcona komentarzami pod poprzednim postem, kontynuuję temat, rozbijając znów trochę mitów.

Na blogach różnych coachów i minimalistycznych guru (nie wszystkich, na szczęście) przewijają się hasła w stylu Coelho, które można sprowadzić do triady: myśl pozytywnie, wierz w siebie, a wszystko samo się zrobi. Człowiek przekonany, że wykonując dotychczasowe zajęcie tylko marnuje czas, umęczony toksyczną pracą, pragnący całym sercem zmiany, czyta wspaniałe historie o innych, którzy porzucili korpo, a teraz podbijają świat, pracując na własny rachunek, i już oczami wyobraźni widzi się na ich miejscu. Bo przecież każdy może zamienić ośmiogodzinny tydzień pracy na cztery godziny tygodniowo, najlepiej w pięknym otoczeniu gdzieś pod palmami, za które na konto będą spływać miliony. Oczywiście, myśleć pozytywnie należy jak najbardziej, inaczej do sabotażu otoczenia przerażonego naszymi niezrozumiałymi dla większości ludzi wyborami dojdzie jeszcze auto-sabotaż i wspaniałe plany spalą na panewce. Faktycznie też jest coś w tym, że trzeba najpierw zamknąć jakiś rozdział, żeby pojawiły się nowe możliwości, i zwykle, gdy podąża się za swoim, jakoś się zaczyna układać. Zwykle. Nie każdy jednak ma takie szczęście lub tak mocną wiarę.

tumblr_oox8gpT8Tv1tx9kqyo1_500

Źródło: Tumblr

Najbardziej rozsądną drogą, znaną z autopsji, wydaje się mi więc zaciśnięcie jeszcze przez jakiś czas zębów i równoległe podążanie w kierunku, który nas pasjonuje. Rozwiązanie mniej drastyczne, lecz trzeba mieć świadomość, że zanim to drugie zajęcie zacznie przynosić efekty, także w postaci zarobków, minie trochę czasu. A dopóki tak się nie stanie, po drodze będzie go zdecydowanie mniej, co może być zaskoczeniem dla niejednego zwolennika lub zwolenniczki filozofii prostego życia, której jednym z przejawów jest wszak ograniczanie aktywności, celebrowanie chwil, przywiązywanie wagi do wartościowego odpoczynku. Niestety, nic samo się nie zrobi, a doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny. Gdy pracowałam ciągle na pełnym etacie i równolegle rozwijałam inne obszary, wolne wieczory i weekendy bywały rzadkością; zdarzało się, że gdy przychodził już taki wolny weekend, zostawałam w łóżku z nagłą chorobą, bo organizm sygnalizował przemęczenie. Trzeba mieć świadomość, na co się decydujemy, żeby nie zrezygnować w pół kroku z poczuciem przegranej, bo wtedy mało prawdopodobne, że spróbujemy wyrwać się na wolność po raz drugi. Żeby nie przewrócić się pod nadmiernym brzemieniem, dobrze jest wtedy zrobić sobie przegląd wszystkich swoich aktywności i odciąć na ten przejściowy czas te wszystkie, które wykonujemy, bo tak wypada, bo kiedyś się chciało, albo z przyzwyczajenia.

Rozsądek rzecz ważna, bywają jednak sytuacje, kiedy staje się największym hamulcowym. Łatwo sobie wytłumaczyć, że jeszcze nie teraz, jeszcze trochę, gdy zmienią się okoliczności, jednocześnie czując, że każda godzina spędzona w dotychczasowym miejscu jest godziną straconą, a przed wyjściem do pracy boli brzuch. Mijają dni, miesiące, lata, szanse na sensowną zmianę maleją. Czasu nikt nie zwróci. W takiej sytuacji faktycznie nie ma na co czekać i męczyć się w dotychczasowym miejscu, tylko pożegnać się od razu z nielubianą pracą i skupić intensywnie na rozwoju nowego przedsięwzięcia. Dobrze jednak wcześniej zapewnić sobie oszczędności, które pozwolą żyć na przyzwoitym poziomie przez minimum pół roku (a jeszcze lepiej: rok). Po takim czasie powinno już być z grubsza wiadomo, czy z tego chleba będzie mąka, czy lepiej zacząć szukać nowego zajęcia w celach wyłącznie zarobkowych, zanim zaczniemy żyć z pasji. To samo dotyczy szczęśliwców, którzy mają zapewnione pasywne źródło dochodu (np. wynajem nieruchomości). W tym drugim przypadku też warto mieć jakieś pieniądze w zanadrzu na wypadek nieprzewidzianych wydatków związanych z utrzymaniem owego źródła (np. remont) i przetrwanie miesiąca-dwóch braku pasywnych dochodów, gdyby taka sytuacja się przytrafiła.

A kiedy już koniecznie musimy natychmiast, w tej chwili zmienić swoje zawodowe życie, nie bacząc na pustki na koncie, to rzucajmy się na głęboką wodę, ale mając pewność, że gdy zaczniemy tonąć, na brzegu stoi ktoś, kto zaraz nas z niej wyciągnie. Wbrew pozorom każdy (albo prawie każdy) ma takie osoby w swoim otoczeniu.

A jakie są Wasze doświadczenia w tej materii?

Advertisements
Otagowane , , , , , , , , , ,

8 thoughts on “Jak rzucić etat i przeżyć, część 1

  1. Agnieszka pisze:

    Ja rzuciłam w zeszłym miesiącu pracę (jako psycholog w klinice psychiatrycznej), w którą inwestowałam czas i energię przez ostatnie 2 lata. Nigdy nie przypuszczałam, że zostanę postawiona w sytuacji, w której po prostu uciekam z toksycznego miejsca bez planu co robić dalej. Zawsze miałam dobrze zaplanowane wszelkie zmiany w swoim życiu, ale nie wszystko da się przewidzieć i czasami trzeba wskoczyć na głęboką wodę niż dryfować na tratwie zmierzającej donikąd. Ja zdecydowałam, że najpierw muszę zamknąć ten etap by mieć siłę postawić kolejne kroki. Zobaczymy jak się potoczy dalej, na razie jestem zadowolona ze swojej decyzji, choć było bardzo ciężko.

  2. Ja rzuciłam etat właśnie w tej „ogólnopolskiej” redakcji. Przetrwałam jeszcze zmiany jakie miały miejsce w 2013 r. a o jakich pisałaś na blogu i dałam radę wytrzymać jeszcze dwa lata. Charakter tej pracy lubiłam, ale musiałam coś zmienić przez to co działo się w firmie. Odchodziłam z etatu na freelancerstwo trochę z niepewnym jutrem, miałam jednak oszczędności i rozwijałam się w nowym-mediacyjnym obszarze. Z początku było ciężko, finansowo nie wyglądało to tak kolorowo. Z biegiem czasu było jednak co raz lepiej, otwierały się nowe możliwości. Teraz, patrząc z perspektywy czasu postarałbym się jednak jeszcze wytrzymać trochę dłużej na etacie aby mocniej zbudować to coś „swojego”. Życie jest jednak pełne niespodzianek bo los obecnie rzucił mnie do Pragi, gdzie większość mojej uwagi pochłania macierzyństwo. Freelancerstwo okazuje się w tym wypadku o tyle fajne, że mogę pracować zdalnie 🙂

  3. Ruda pisze:

    Zrobiliśmy z mężem tak jak pisałaś: pracowaliśmy na etacie i jednocześnie zdobywaliśmy klientów. Potem już „tylko” prowadziliśmy firmę, ale w praktyce jest to bardziej wykańczające niż etat, bo klienci chcą, abyśmy to my świadczyli usługi, a nie ktoś, kogo zatrudnimy. W praktyce plusy i minusy są mocno widoczne: lepsze zarobki, ale brak wolnego czasu i urlopu. Czasami słyszę, jak ktoś rezygnuje z pracy i myśli, że zaraz wszyscy rzucą się na usługi, które oferuje. Ostatnio ktoś powiedział mi: zrezygnowałem z pracy na etacie. Na moje pytanie: to gdzie teraz pracujesz – odpowiedział: nigdzie. Jestem freelancerem. Szkoda tylko, że bez zleceń. Zresztą nazwa freelancer to ładniej brzmi niż – bez pracy. Być freelancerem to coś więcej niż tylko rezygnacja z pracy. Żeby to zadziałało trzeba dużo się napracować. W moim przypadku to trwało 5 lat. Najpierw dodatkowe 1 stałe zlecenie, a później kilka jednorazowych rocznie. Potem kolejne stałe zlecenie, więcej jednorazowych. I można było zostać freelancerem/przedsiębiorcą – z siecią kontaktów i rekomendacjami zadowolonych klientów.

  4. Jeżyna pisze:

    Lubię czytać pragmatyczne historie o ucieczce z etatu, bo sama z niego uciekłam i uważam, że to była najlepsza decyzja jaką mogłam w tamtym momencie podjąć. Od tamtej pory bardzo często poruszam ten temat w rozmowach ze znajomymi albo na moim blogu i zasadniczo spotykam się z dwoma rodzajami reakcji.

    1) Ludzie, którzy sami w pewnym momencie zrezygnowali z etatu uważają to za dobre doświadczenie, także możemy się razem (trochę hermetycznie) pośmiać z tego, czym jest korpo-rzeczywistość.
    2) Ludzie, którzy nigdy nie pracowali w korporacji i „młodym, dynamicznym zespole”, albo myślą, że etat w biurze z darmowymi nagodzinami to maksimum ich możliwości, reagują agresywnie. Jest taka polska blogerka i podróżniczka Anita Demianowicz, która rzuciła pracę w jakimś farmaceutycznym molochu dla podróży. Pod wywiadami dostaje czasami okrutne komentarze, że teraz jest tylko utrzymanką własnego męża, a korpo pracę najpewniej dostała przez łóżko, bo w przeciwnym razie by jej nie rzuciła tak łatwo i miała szacunek do firmy.

    Rewolucję życiową planowałam ponad rok do przodu, odkładając pieniądze, ograniczając stan posiadania i szykując się do skoku. A i tak był taki moment, kiedy nie miałam pieniędzy na czynsz i udało mi się spłacić dług dopiero parę miesięcy później, kiedy stanęłam na nogi.

    Teraz myślę, że to jest bardzo skomplikowana kwestia. Dużo myślę o przywilejach, z których korzystałam wcześniej – rodzice utrzymywali mnie na studiach, więc mogłam powoli
    i komfortowo szlifować umiejętności, z których teraz się utrzymuję. W konsekwencji pierwsze korpo do którego wysłałam CV przyjęło mnie z ucałowaniem ręki na normalną, nieśmieciową umowę. Racjonalnie rozumiem, że miałam lepiej niż wielu, więc dostałam fajną pracę i nie bałam się jej rzucić żeby mieć jeszcze lepszą. Może i jestem dobrym specjalistą, ale też szczęściarą. Nie wiem czy zdecydowałabym się na puszczenie etatu, gdybym musiała o niego walczyć i gdybym miała za sobą stereotypowe studenckie doświadczenia, czyli życie na jogurcie i lęk przed brakiem pieniędzy na opłaty.

    • Ruda pisze:

      Dobrze, że wspominasz o szczęściu, bo ono też jest ważne. Podobno Bonaparte, gdy miał mianować nowych generałów, zwykł pytać: Że są dobrymi wojskowymi, to wiem. Ale czy mają szczęście?

  5. Czasami się człowiek naczyta, że się innym udało i traci dystans. Chce natychmiast i już. I wtedy frustracja z byciu na etacie czy w starym miejscu, staje się nie do zniesienia. Niestety trzeba planować taki ruchy, po pracy czy przed działać dla naszej pasji, żeby z niej był kiedyś chleb. Troszkę za dużo jest w sieci o tym jak się różnym osobom udaje i tracimy czujność.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: